Po przejściu kilkunastu kroków zauważamy, że teren klifu jest ogrodzony siatką, ale możemy tam wejść przechodząc przez furtkę. Zaraz przy wejściu stoi budka, w której siedzi młoda kobieta. Okazuje się, że w pełni sezonu turystycznego, żeby móc tam się dostać trzeba zapłacić. To samo dotyczy plaży. Kiedy tylko zaczyna się włoskie lato, za wejście na teren plaży trzeba uszczuplić portfel o kilka euro. Dlatego, że jesteśmy tu przed sezonem mamy tę atrakcję za darmochę 😉 . Przechodzimy przez furtkę, mijamy budkę i stajemy na skraju klifu. Jesteśmy tu sami. Widok faktycznie kapitalny. Jedyne co zakłóca idyllę to latający nad nami dron. Poza tym tylko szum fal i fantastyczna panorama.
Szybko dochodzę do wniosku, że gdybym wiedział o tym miejscu wcześniej to z pewnością nie leżelibyśmy na plaży, tylko właśnie tutaj. Zdajemy sobie sprawę, że inaczej by to wyglądało, gdyby byli tu ludzie, ale póki co jesteśmy sami i to jest wspaniałe. Robi się już trochę późno, a my jesteśmy już głodni. Podejmujemy decyzję o powrocie. Odpuszczamy sobie posiłek w porcie i śmigamy od razu na pociąg. W Rzymie pójdziemy do naszej ulubionej tawerny i tam „wciągniemy” obiadokolację.
To jest to, co w podróżach bardzo cenie. Do tego wszystkiego zero dzikich turystycznych tłumów. Wychodzimy na uliczki położone przy porcie, a kilka minut później docieramy na plac, od którego rozpoczęliśmy naszą dzisiejszą przygodę. Po drodze wyłapujemy niesamowite i kuszące zapachy jedzenia. Postanawiamy jednak twardo, że dziś zjemy „u Andrzeja”, tym bardziej że jest to nasz ostatni wieczór w Rzymie. Nieoczekiwanie obok placu lokalizujemy małą lodziarnię.
O dziwo, mimo że znajduje się na uboczu jest mocno oblegana. Taka sytuacja mówi mi tylko jedno. Lody muszą być tam wyśmienite. Oczywiście nie możemy sobie odmówić tej przyjemności. Ola rzuca mnie na głęboką wodę, bo sam muszę złożyć zamówienie. Mam trochę tremę, ale myślę: „Co tam!” Chwila niepewności czy sobie poradzę. Okazuje się, że mimo nieznajomości języka daję radę. Trochę machania rękoma, kilka wydukanych słów po włosku, mnóstwo uśmiechu i w moim ręku trzymam „wielkiego pistacjowego”. Jest pyszny!
Opowiadam Olce jak go zamówiłem. Ona tylko z niedowierzaniem kręci głową. Śmieje się ze składni jakiej użyłem, ale też jest pełna podziwu, że dałem radę. Cóż jeszcze kilka dni w słonecznej Italii i nawijałbym po włosku, że ho ho 😉 .
Biorę swój kartonik, podchodzę jeszcze raz do tego piekielnego wynalazku. Wkładam bilet i delikatnie przeciągam w lewo. W tym momencie słyszę charakterystyczny odgłos. Bilet został skasowany! O moim odkryciu informuje szybko Olę. Śmiejmy się, że niby zwykły kasownik, a jakie wyzwanie. Oczywiście naszym doświadczeniem dzielimy się z parą Polaków, która ma taki sam problem jak my. Nigdy jeszcze nie widziałem kasowników działających na takim patencie 😉 .
Wchodzimy na pokład samolotu. Maszyna kołuje na pas startowy, by po chwili wzbić się w powietrze. Cało i zdrowo lądujemy w Modlinie. Tak oto kończy się nasz zmysłowy wypad do Wiecznego Miasta.