W kuchni ciocia Ania robi śniadanie. Generalnie cała rodzinka już na nogach. Czuję w kościach wczorajszy dzień i naszą wyprawę na skrajny Granat. Dziś za to spełniam marzenie Oli i zabieram ją na Rohacze. Nigdy tam nie była, bardzo by chciała, więc czemu nie? Tym bardziej, że pogoda sprzyja, za oknem słonko, więc warunki na tę górę idealne. Przy śniadaniu podejmujemy strategiczną decyzję, że cała ekipa jedzie do doliny Chochołowskiej. My z Olką zrobimy swoje, a reszta po prostu dla zdrowia przespaceruje się do schroniska na Polanie. Plecaki spakowane, humory dopisują. Ładujemy się do auta i ruszamy. Niestety ruch, jak to w tym rejonie Podhala w okresie wakacyjnym, jest gigantyczny. Wreszcie, przebijając się przez zatłoczoną zakopiankę, docieramy na parkingi przed szlakiem. Omijamy pierwszy i kolejny. Paweł mówi, że przy samym wejściu na szlak jest dobre miejsce, żeby zostawić auto. Nie bacząc na machanie szmatami przez miejscowych naganiaczy parkingowych, jedziemy na sam koniec i bez problemu znajdujemy miejscówkę. Tym sposobem, schodząc ze szlaku, od razu będziemy mogli wsiąść do auta.  Oli i mi się spieszy, więc żegnamy się z resztą ekipy, rozkładamy kije trekingowe i naprzód. Droga do schroniska wiedzie na początku asfaltem, a później szutrem. Idąc, mam mieszane uczucia. Z jednej strony chodzenie w górach po asfalcie to jakaś makabra, z drugiej jednak strony mam sentyment do tego szlaku. Wiele razy go przemierzałem, czy to piechotą, czy rowerem. W sumie fajnie jest wrócić na stare śmieci.
Samo dojście do schroniska nie trwa długo. O dziwo czas mamy rewelacyjny. W trakcie marszu umawiamy się, że w schronisku na Polanie Chochołowskiej zagościmy tylko na moment i lecimy na górę o wdzięcznej nazwie Grześ. Tam zjemy posiłek i zbierzemy siły do dalszej drogi. W schronisku robimy pauzę na szybką toaletę i w drogę.
Mimo że szlak na Grzesia nie jest wymagający, to ja czuję, jak uchodzą ze mnie siły. Mam mały kryzys. Spoglądam na Olę i to samo widzę w jej oczach. Oboje stwierdzamy, że nasze wczorajsze wojaże po Tatrach Wysokich mocno dały nam w kość. Sam szlak, jak wspomniałem, nie jest trudny. Nie ma na nim żadnych wyzwań technicznych. Ot, mozolna wspinaczka do celu. W pewnym momencie mam po prostu dość i po cichu marzę już o tym, żeby zameldować się na szczycie, pacnąć dupskiem na trawie i złapać oddech. Z lasu wychodzimy na szlak wiodący przez kosodrzewinę. Zawsze, kiedy tu chodziłem, był to dla mnie sygnał, że już jestem blisko celu. Tak było i tym razem, z tą różnicą, że idziemy, idziemy, a wierzchołka nie widać. Jakaś masakra. Jak ma tak dziś wyglądać cały nasz dzień, to ja nie wiem, czy doczłapiemy się do tych Rohaczy. Po wielu jękach i stękach docieramy tuż pod wierzchołek Grzesia.
Nie pchamy się na sam szczyt, tylko na trawie robimy sobie zasłużony postój. Czas na jedzenie, picie i oczywiście foty. Ola wyciąga ze swojego plecaka żelki i mnie częstuje. Czuję, jak cukier przywraca mi energię. Miło się siedzi, ale Rohacze czekają na swoich zdobywców. Zbieramy się, robimy kilka kroków i meldujemy na Grzesiu. Wysokości 1653metrów nad poziomem morza. Nie jest to, jak na Tatry, zbyt imponująco, ale widoki z tego miejsca są kapitalne. Długo się nimi nie cieszymy, tylko praktycznie od razu śmigamy dalej. Kolejna góra przed nami to Rakoń –wysokość 1879n.p.m. Mimo że jest to szczyt, to nie wyróżnia się on zbytnio, wygląda jak zwykły pagórek. Droga do niego wiedzie nas ścieżką przez kosodrzewinę. Po małym odpoczynku pod Grzesiem czujemy, że mamy moc. Poza tym napędza nas widok Rohaczy. W miarę pokonywania dystansu szczyty tej słowackiej Orlej Perci, jak się ją nazywa, wyrastają nam przed oczyma.
Martwią mnie trochę chmury, które wiszą nisko na niebie, ale nie wiem, czemu jestem przekonany, że kiedy tam już dotrzemy, to pogoda będzie git. Takie moje przeczucie. Nie może być inaczej. Jestem w Tatrach pierwszy raz od ponad 5 lat, musi być dobrze. Rakoń zostawiamy za plecami. Teraz przed oczyma mamy Wołowiec, a po jego prawej stronie nasz główny cel –Rohacze. W zasadzie są to dwa szczyty, pierwszy od strony polskiej nazywa się Ostry, natomiast kolejny to Płaczliwy. Zawsze, kiedy się im przyglądam, mam wrażenie, że to jakaś pomyłka architekta. Wkoło są góry wyglądem przypominające wysokie kopce, a tu nagle ni stąd ni zowąd piękne, strzeliste, skaliste szczyty. Widok zachwycający. Nie pchamy się na Wołowiec, a obchodzimy go trawersem, schodząc na słowacką stronę. Co ciekawe, kiedy tylko schodzimy z głównego szlaku na „Woła”, ludzie jakby się rozpłynęli w powietrzu. Jesteśmy praktycznie sami. Z daleka przyglądam się rohackim wierzchołkom i nie dostrzegam tłumów. To bardzo dobry znak. W takim miejscu im mniej ludzi, tym lepiej, bezpieczniej. Docieramy do podnóża Rohacza Ostrego. Z bliska robi jeszcze większe wrażenie niż z daleka. U podnóża góry robimy sobie krótki postój.
Chowamy kije do plecaków, żeby nie przeszkadzały nam we wspinaczce, uzupełniamy płyny, kalorie i zaczynamy się piąć. Mimo, że Rohacz Ostry na pierwszy rzut oka wydaje się trudną technicznie górą, to podejście pod jego szczyt nie jest zbytnio wymagające. Typowo mozolna wspinaczka po skałach. Powoli do góry, kamień po kamieniu łapiemy wysokość. Idzie nam elegancko bez żadnych przeszkód. Za chwilę zmierzymy się z najbardziej eksponowanym momentem tych szczytów, a mianowicie Rohackim Koniem. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz szedłem tym szlakiem, widok konia faktycznie robił wrażenie. Natomiast kiedy się już zacznie go pokonywać, okazuje się, że nie taki diabeł straszny. Jeśli nie mamy problemu z wysokością i ekspozycją to śmiało można to przeskoczyć. Poza tym są tam pomontowane odcinki stalowych łańcuchów, które stanowią dodatkowe zabezpieczenie, więc naprawdę nie jest tak źle. Jestem ciekawy, jak poradzi sobie z tym przejściem Ola.
Wreszcie stajemy przed Rohackim Koniem. Olka patrzy na ten fragment i już wiem, że będzie kłopot. Ewidentnie jest wystraszona tym, co ma przed oczyma i z czym musi się zmierzyć. Chwilę stoimy, przyglądamy się, jak inni turyści pokonują tę przeszkodę. Ola się „zacięła” nie na żarty. Mówi, że się boi i nie przejdzie. Nie myślała, że to tak wszystko wygląda. Dziesięć metrów łańcucha, a po obu stronach skalnych płyt urwisko. Widok może wywołać negatywne odczucia. Przechodzę pierwszy i pokazuję Oli, jak ma to zrobić. Melduję się na szczycie i zachęcam, żeby zrobiła to samo. Nic tym nie osiągam. Wracam do niej i próbuję ją zmotywować, dodać otuchy. W międzyczasie kilka osób pokonuje tę przeszkodę w bardzo sprawny sposób. Spoglądam na Olę i dochodzę do wniosku, że sama musi sobie to przerobić. Mówię jej, że jeśli faktycznie się boi, a ten lęk ją paraliżuje, to po prostu odpuścimy temat. Przyjdziemy tu przy innej okazji. Nie jestem zwolennikiem robienia czegoś w górach na siłę. Wspinaczka ma dawać nam przyjemność i pozytywne emocje, a nie strach. Z drugiej jednak strony jest to najlepszy moment, żeby przełamać swoje lęki.
Moja gadka motywacyjna zadziałała. Ola przełamuje swoją obawę i powoli, spokojnie przechodzi przez ten fragment. Kiedy jest na szczycie, stwierdza, że to faktycznie nie było takie straszne. Jestem z niej bardzo dumny, że dała radę. Jeśli poradziła sobie w takich okolicznościach ze swoimi słabościami, to jestem pewny, że mogę z nią w Tatrach jeszcze „zdeptać” wiele szczytów. W tym momencie dociera do mnie, że właśnie do mojej ekipy tatromaniaków dołącza Ola. Mam kolejnego kompana do szlajania się po górach. Przed nami Rohacz Płaczliwy, kolejny, już nie tak wymagający szczyt, ale w sytuacji, w jakiej się znajdujemy, nie będziemy mieli czasu na jego zdobycie. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej już bez problemu wracamy na drugą stronę konia i schodzimy w dół. Oglądając się za siebie, obiecujemy sobie, że jeszcze tu wrócimy. Jeśli nie w duecie to solo. Mijamy Wołowiec trawersem idziemy szlakiem, którego szczerze nie lubię. Wolałbym iść na Grzesia i tam schodzić, ale nie mamy czasu, a droga przez Wyżnią Dolinę Chochołowską  jest najkrótszą opcją powrotu. Jestem mega zmęczony, za to Olka, jakby dostała skrzydeł. Umawiamy się, że spikniemy się już w schronisku. Schodząc, w pewnym momencie tracę ją z oczu. Śmiga po kamiennych stopniach jak kozica. Ja wlokę się jak żółw, uważając na swoje kolana. W drodze na dół mam tylko jedną myśl: kiedy zamelduję się w schronisku na Polanie, pierwsze co zrobię, to wypiję zimnego browarka. Mam takiego smaka na piwo, że szok. Droga mi się bardzo dłuży, ale wszystko, co nie jest miłe wreszcie się kończy. Wychodząc z lasu, kieruję się w stronę schroniska. W pewnym momencie zauważam Olę, która odpoczywa na trawie. Kiedy mnie dostrzega, lekko się uśmiecha. Rzucam pytanie z nadzieją w głosie: „Masz piwo?” Wtedy ona z totalnie rozbrajającym uśmiechem wyciąga z plecaka puszkę zimnego Okocimia i mi wręcza. W tym momencie kupuje mnie po całości i ma u mnie dozgonny szacunek 😉 . Padam na trawę, otwieram piwo, biorę potężnego łyka. Jak ono smakuje, o matko i córko! Leżymy jeszcze jakiś czas i odpoczywamy, a raczej ja łapię oddech. Dopijam browar i zbieramy się do ostatniej odsłony tego dnia. Na parking docieramy już bez żadnych przygód. Wskakujemy do busa i wracamy do Zakopca. Idziemy do Fisu gdzie fundujemy sobie królewską obiadokolację.
Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Czas wracać do Krakowa. Rozstajemy się na przystanku PKS-u. Olka wraca do Poronina, a ja ładuję się do nabitego jak strzelba autobusu. Wysiadam na AGH-u i wracam do hostelu. Kładąc się spać, myślę, kiedy znowu wrócę w góry. Zasypiam z refleksją, że był to naprawdę dobry dzień.

 

KoNiEc