Turek na szlaku

Schodzimy w dół i w zasadzie już pod samą przełęczą szlak zabezpieczony jest łańcuchami. Nie jest to zbyt wymagające zejście, ale przy sporej liczbie turystów można tam utknąć. Idę pierwszy i trafiam na moment, kiedy nie ma w tym miejscu wielu ludzi. Schodząc, poślizgnąłem się, co uświadamia mi, że w zacienionych miejscach szlak jest oblodzony. Od razu zapala mi się czerwona lampka mówiąca, że muszę zachować dużą ostrożność. Warstwa lodu jest miejscami tak cienka, że praktycznie na skale ciężko ją dostrzec. Nie jest to bezpieczne, bo można się nieźle przejechać. Krzyczę Oli, żeby uważała.
Widzę, że w dole na łańcuchu robi się kolejka. Jedni ludzie schodzą, inni chcą wejść na górę. Jest to dość groźna sytuacja. Korzystając ze swojego doświadczenia, znajduję sobie bezpieczną  drogę ponad łańcuchami i tamtędy bardzo ostrożnie i spokojnie schodzę na dół. Z uwagą obserwuję, co dzieje się ponad moją głową. Olka utknęła, czekając na swoją kolej przy łańcuchu. Jestem pełen nadziei, że szybko do mnie dołączy jednak mylę się i to bardzo.
Ludzie, którzy do końca nie wiedzą jak się wspiąć na górę powodują duży zator. W oczekiwaniu na zejście Oli przyglądam się wszystkim będącym na tym odcinku szlaku. Jedni  jak kozice wspinają się w stronę szczytu, ale są też tacy po których widać, że się boją. Ludzie przystają w miejscu, gdzie zaczynają się łańcuchy i widzę, że są  sparaliżowani strachem, który ciężko im opanować. Większości się to udaje i gramolą się na górę. Jest kilka osób, które rezygnują. Na tych, którzy się cofają, patrzę  z podziwem. Moja filozofia gór jest taka, że  kiedy nie czuję się na siłach, to nie mam problemu z tym, żeby  zrezygnować z dalszej wspinaczki. W górach ważne jest, by mierzyć siły na zamiary i zawsze starać się zachować zdrowy rozsądek. Góry powinny sprawiać człowiekowi frajdę i dawać szczęście. Kiedy zaczyna dominować strach, z którym nie możemy sobie poradzić, to lepiej sobie temat odpuścić i go przepracować. Jeżeli chodzi o Tatry, to jestem zwolennikiem zaczynania przygody z nimi od zachodniej części. Można tam oswoić się z wysokością i ekspozycją. Jeśli tam będziemy się dobrze czuć, można uderzać w Tatry Wysokie. Ot, takie moje przemyślenia, które mnie nawiedziły w trakcie czekania na Olkę.
Z rozmyślań wyrywa mnie widok znajomej postaci dyndającej na łańcuchu. Rozpoznaję kolesia po charakterystycznej skórzanej kurtce. To ten gość, którego mijaliśmy w drodze na szczyt. Jestem trochę zdziwiony, że go jeszcze spotykam, bo on powinien być już dawno na dole. Miał nad nami potężną przewagę czasową. Ta sytuacja może wróżyć tylko jedno – kłopoty. Chłopak mocno wystraszony uczepił się zabezpieczeń i wisi na nich nieruchomo przez dłuższą chwilę. Przyglądam się temu i mam złe przeczucia. Facet nie może się ruszyć ani do góry, ani w dół. Wreszcie udaje mu się zrobić kilka kroków. Wygląda to wszystko bardzo dramatycznie. Spoglądam w stronę Oli i widzę, że ona nadal czeka na odpowiedni moment, żeby wreszcie zejść. Skupiam uwagę na koledze w skórze. Wydaje mi się, że mimo rozpaczliwej sytuacji da radę. Schodzi bardzo powoli, wręcz ślamazarnie. Cały się przy tym trzęsie. Jego kroki są bardzo niepewne. Kiedy jest już blisko końca łańcuchów widzę  jak jego stopa łapie poślizg. Trzymając się kurczowo zabezpieczenia odpada i z dużym impetem uderza w skałę. Całe szczęście, że się nie puścił, bo mogło być bardzo nieciekawie. Wreszcie udaje mu się dotrzeć do bezpiecznego miejsca i od razu siada na ziemi. Podchodzę do niego bliżej. To, co widzę  nie napawa optymizmem. Chłopak jest totalnie wystraszony. Na dłoniach ma rękawiczki z dzianiny, która czy to na skale, czy to na łańcuchu nie daje dłoniom żadnej przyczepności. Poza tym widzę, że jedna z nich jest rozerwana, a ręka zakrwawiona. Musiał dłonią porządnie przytrzeć o skałę. Jestem przekonany, że zaraz wstanie i już bez problemu zejdzie do schroniska, jednak nic z tego. Trąc „siedzeniem” o ziemię  przesuwa się o kilka centymetrów. Podchodzę jeszcze bliżej. Pytam, jak się czuje. Okazuje się, że mężczyzna mówi tylko po angielsku. Na tyle, ile znam ten język, pytam jeszcze raz, jak się czuje. Pokazuje mi swoją nogę i z grymasem na twarzy mówi, że go boli. Podaję mu rękę, żeby go podnieść, ale on jest jak przyklejony do ziemi. Strach i panika paraliżuje jego ciało. Staję przy nim i nie do końca wiem, co mam robić. Upewniam się jeszcze raz, czy wszystko z nim w porządku. Gość odpowiada, że już dobrze, ale nadal się nie podnosi. Pytam, czy jest głodny. Kucam, rozpinam plecak, wyciągam paczkę daktyli i podaję mu solidną garść suszonych owoców. W ten sposób staram się jakoś pomóc. Nieszczęśnik powoli dochodzi do siebie, ale jeszcze jakieś kilka metrów ześlizguje się na tyłku. Dopiero, kiedy łapie stabilniejszy grunt, decyduje się wstać . Ten widok mnie uspakaja, tym bardziej, że droga do Pięciu Stawów już w zasadzie nie ma żadnych trudności technicznych. Czekam na Olkę, której wreszcie udaje się zejść. Na jej twarzy widzę sporo emocji. Przyznaję, że przez to, że szlak miejscami jest oblodzony, nie było to łatwe zejście. W głębi ducha cieszę się, że mamy już to za sobą. Wiem, na ile ją stać, bo udało się nam już razem po górach pochodzić i wiedziałem, że sobie poradzi. Bardziej martwiłem się o to, żeby nikt inny nie wywinął nam na tych łańcuchach jakiegoś „numeru”. Oczywiście mówię jej o tym, co mnie spotkało. Ola widziała wszystko z góry i też zauważyła, że sytuacja, w której kolega w skórzanej kurtce się znalazł, nie była zbyt wesoła. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i możemy już tylko śmigać do schroniska, gdzie czeka na nas nieśmiertelna szarlotka i zimne pyszne piwo.
Schodząc, doganiamy mojego znajomego. Ola, znając język angielski, zaczyna z nim rozmawiać. Okazuje się, że gość jest z Turcji, ale pracuje we Wrocławiu. Nazywa się Murat, obejrzał film o Rockym Balboa i też, tak jak on chciał spędzić czas w górach. W pierwszej wersji planował jechać w Karkonosze, ale w ostatniej chwili zdecydował się na Tatry. Generalnie był bardzo zmęczony, poobijany, umorusany, ale szczęśliwy, że przeżył. Razem z naszym nowym znajomym, który nie opuścił nas na krok meldujemy się w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich.
Oto nasza górska przystań zwana  potocznie „Piątką”. Uwielbiam to miejsce. Swego czasu spędziłem tu wiele fantastycznych chwil. Cała dolina jest magiczna i jest super miejscówką, z której można wyjść na kilka tatrzańskich szczytów z Kozim Wierchem na czele.

 

Siadamy na ławce, wyjmujemy jedzenie, picie i najzwyczajniej w świecie odpoczywamy. Czuję zmęczenie – zresztą nie tylko ja. Olka też ma dość. Sytuację ratuje oczywiście szarlotka. Nasz turecki kolega swoje morale dźwiga ciepłym obiadem i zimnym piwkiem. Gapiąc się na otaczające nas szczyty  dochodzimy do wniosku, że dziś trasę dobraliśmy  idealnie. Dzięki temu, że start był w Morskim Oku, zaoszczędziliśmy wiele czasu i sił. Szlak od strony „Piątki” na Szpiglas jest zdecydowanie bardziej wymagający.
 Nie chce nam się ruszać stąd tyłka, ale chcąc dotrzeć do Palenicy przed zmrokiem, musimy powoli się zwijać. Przed zejściem wchodzę jeszcze do schroniska, żeby zobaczyć jak się zmieniło. Kiedy przekraczam jego próg, wracają do mnie wszystkie miłe wspomnienia, a jest ich naprawdę sporo. Taka trochę sentymentalna podróż w czasie.
Zejście ze schroniska do Palenicy, mimo że miejscami również jest delikatnie oblodzone, nie sprawia nam już żadnych trudności. Murat też daje radę. Po drodze Ola szlifuje swój angielski z naszym nowym tureckim kolegą. W górach tak już jest, że ludzie jakoś bez problemu potrafią nawiązywać relacje z obcymi osobami. W tych czasach to fenomen, że nie znając się, idąc szlakiem, albo siedząc w schronisku, zaczynacie ze sobą rozmawiać. I tak Oli na konwersacjach polsko-angielskich mija droga. Ja mam swoją chwilę na przemyślenia i pożegnanie z tym przepięknym miejscem, które właśnie niesamowitymi jesiennymi kolorami szykuje się do zimowego snu.

Wychodzimy z lasu na asfaltową drogę prowadzącą do Palenicy. Czuję jakbym dołączał do pielgrzymki na Jasną Górę. Fala ludzi schodzi z Morskiego Oka, która zmierza w kierunku parkingów. W duchu cieszę się, że w zasadzie nam udało się te dzikie tłumy do tej pory ominąć. W porannej drodze do Morskiego i na szlaku wiodącym na Szpiglas czy do Doliny Pięciu Stawów nie było aż tylu turystów. Były momenty, że mogliśmy cieszyć się górami w zupełnej ciszy.
Będąc blisko końca naszej wędrówki, pozostaje nam jeszcze kwestia dotarcia do Zakopanego. W perspektywie mamy bus, którym dojedziemy na miejsce. Po drodze jednak Murat proponuje nam, że nas podwiezie. Okazuje się, że ma na parkingu auto. Na dole ładujemy nasze toboły do czerwonego Seata Murata i przy dźwiękach zespołu Metallica docieramy na dworzec PKP w Zakopanem.
Jesteśmy solidnie zmęczeni i jest nam cholernie zimno. Cały dzień spędzony w górach daje się  we znaki. Mimo, że słonko świeciło, to wiatr zrobił swoje. W tym momencie marzymy tylko o solidnym posiłku i powrocie do domu. Decydujemy, że w pierwszej kolejności idziemy na obiadokolację do Fisu. Jest to nie takt dawno powstała jadłodajnia tuż obok dworca PKP. W czasach, które ja pamiętam, w tamtym miejscu startowały busy, a samo miejsce jakoś mi się nie kojarzyło pozytywnie. Do czasu, kiedy byłem tam z Olą podczas naszego sierpniowego wypadu w góry.
Lokal duży, jasny, czysty i z dobrym jedzeniem. Zamawiamy zestaw turysty górskiego czyli filet z piersi kurczaka ze szpinakiem i serem. Do tego surówki, ziemniaki i domowej roboty kompot. Jedzenie palce lizać. Robi się nam trochę cieplej, ale po posiłku totalnie opadamy z sił i nic się nam nie chce. Dźwigamy się z trudem. Lecimy do spożywczego naprzeciwko i robimy zakupy. Potem już tylko bus do Poronina i meldujemy się w domu. Siadamy na łóżkach i przeglądamy foty. To był bardzo fajny dzień. Jestem spełniony 😉 . W pewnym momencie zagląda do nas Adam. Chwilę rozmawiamy, ale jesteśmy tak skonani, że padamy na pyski. Jedyne, co udaje się nam zrobić wieczorem, to pyszny drink i plan na jutrzejszy dzień. Bierzemy pod uwagę kilka opcji ale ostatecznie staje na tym, że rano ruszymy w Tatry Zachodnie. Naszym celem będzie Bystra. Zamierzenia ambitne. Już za kilkanaście godzin przekonamy się czy uda się nam ten cel zrealizować 😉 .

 

CDN…