Żeby dostać się do Poronina, gdzie będziemy rezydować te kilka dni muszę najpierw pociągiem dojechać do Płocka. Jestem umówiony z Olką, że jak tylko tam dotrę, to od razu pakuję się do jej auta i mknąc polskimi drogami dostaniemy się na Podhale. Początkowo droga PKP przebiega bez problemu. Z Piły śmigam do Bydgoszczy. Tu mam godzinkę na przesiadkę. Wychodzę z pociągu. Swoje kroki kieruję do dworcowej, już sprawdzonej z poprzednich wojaży kawiarni. W środku nie ma praktycznie ludzi. Zajmuję miejsce przy stoliku, zamawiam średnią americanę. Z plecaka wyciągam laptopa. Popijając czarny jak smoła napar, nadrabiam blogowe zaległości.
Czas mija mi błyskawicznie. Akurat, kiedy łapię wenę muszę się zwijać, bo za chwilę na stację wtoczy się skład do Kutna. Wychodzę na peron. Pociąg  już stoi. Z jednym plecakiem na grzbiecie, z drugim trzymanym w dłoni podchodzę do składu. Naciskam przycisk przy drzwiach. Dosłownie po sekundzie  wrota wagonu z charakterystycznym dźwiękiem rozsuwają się  niczym wejście do statku kosmicznego z Gwiezdnych Wojen.  Zajmuję swoje miejsce i w drogę. Lubię jeździć z przesiadkami. Mam wtedy wrażenie, że podróż trwa jakoś krócej. W Kutnie do mojej dyspozycji jest trochę mniej czasu na przesiadkę. Z tego dworca pojadę już prosto do polskiej stolicy naftowej ????  
Wysiadam w Kutnie i po około 30 minutach czekania widzę jak moje ostatnie tego dnia połączenie kolejowe wtacza się na peron. Drzwi otwierają się automatycznie. Jedni pasażerowie wysiadają, drudzy karnie czekają aż ten proces dobiegnie końca. Kiedy ostatni wysiadający opuszczają wagon do środka pakują się Ci, którzy właśnie rozpoczynają swoją podróż. Wchodzę do wagonu. Mój przedział jest zupełnie pusty. Ładuję plecaki na półkę i wygodnie rozsiadam się na kanapie.
Jestem mile zaskoczony, bo podróż przebiega naprawdę sprawnie i w komfortowych warunkach. Kiedy postanawiam zabrać się za pisanie na korytarzu, słychać podniesiony głos kierownika pociągu.
„Proszę państwa, na naszej trasie miał miejsce wypadek. Skład zderzył się z samochodem. Nie mam pojęcia, ile będziemy tu stali, kiedy będziemy mogli ruszyć dalej”.
Po tym komunikacie opadają mi ręce. Nie ma to jak podróż polskimi kolejami. Zawsze się coś „zesra”. Oby tylko w wypadku, o którym mówił kierownik nikt nie ucierpiał. Telefonuję do Oli. Mówię, że utknąłem w Kutnie. Nie słyszę szczęścia w jej głosie. Im dłużej będę tu tkwił, tym później dotrzemy do Poronina. Sytuacja wydaje się być beznadziejna, ale… Tuż obok kolejowego dworca jest miejsce, z którego odjeżdżają busy w kilku kierunkach. Mam alternatywę. Okazuje się, że najbliższy kurs do Płocka mam za 20 minut. Czekając na transport nasłuchuję komunikatów płynących z dworcowych głośników. Żaden z nich nie dotyczy mojego feralnego kolejowego połączenia. W momencie, kiedy wsiadam do busa widzę, że mój pechowy skład nadal stoi.
Podróż po mazowieckich drogach przebiega w tempie iście ślamazarnym. Zająłem sobie miejsce z przodu i obserwuję prędkościomierz. Szału nie ma. Auto w spacerowym tempem jedzie w stronę polskiej „petro stolicy” ???? .
W pewnym momencie zatrzymujemy się na jakimś przejeździe kolejowym. Przez okno widzę, że skład, którym miałem podróżować właśnie śmignął mi przed nosem. Szybko spoglądam na mapę. Z mojego położenia i prędkości z jaką jedziemy wynika jasno, że czasowo będę w plecy jakieś 30 minut.
Wreszcie wysiadam na płockiej ziemi. Telefonicznie, z małymi perypetiami wynikającymi z mojej nieznajomości płockich przystanków busowych spotykam się z Olą. Pakuję plecak do bagażnika jej samochodu, odpalamy muzyczkę i rozpoczynamy naszą drogę na Podhale.
Kiedy docieramy do Poronina jest już po godzinie 21.00. Mimo, że jestem tu drugi raz, czuję się jak u siebie w domu. Takiej serdeczności, którą prezentują nasi gospodarze to na Podhalu ze świeczką szukać. Przed snem zastanawiamy się z Olą jaki szlak jutro zdepczemy? Na telefonicznym wyświetlaczu obserwuję pogodynkę. Deszczu nie będzie, więc wypada dobrze to wykorzystać. Dochodzimy do wniosku, że pierwszy dzień w górach potraktujemy bardzo ulgowo, typowo rozruchowo. Pada na Dolinę 5 Stawów i Krzyżne.
Po całym dniu w podróży jestem totalnie padnięty. Mimo to znajduję jeszcze trochę energii i przygotowuję swój plecak do jutrzejszej wyprawy. Wkładam ciuchy na zmianę, batony, picie, mapę. Zapinam zamek plecaka i w końcu ląduję w wyrku. Nawet nie wiem, kiedy zasypiam.  
CDN…   
Jeśli moje pisanie przypadło Ci do gustu, to będzie mi niezmiernie miło jeśli zechcesz postawić mi kawę. W ten sposób wesprzesz mnie w mojej blogowej twórczości. Wystarczy kliknąć poniższy link https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat
Pięknie dziękuję