Po słowackiej stronie Tatr – Banikov

Gdzieś z oddali słyszę nieznośne odgłosy miarowego pukania. Właśnie w tym momencie wystrzeliło mnie z sennej katapulty. Jeszcze nie bardzo kontaktuję co się dzieje, natomiast dźwięk pukania dobiega od strony drzwi wejściowych do mojego pokoju. Staram się zebrać myśli, zastanawiając się co jest grane? Automatycznie cedzę grzecznościowe: „Proszę”. Spoglądam w kierunku wejścia. Zza drzwi wychyla się głowa Adama.
– No stary już prawie 7. Dawaj na dół, czekam na ciebie z kawą.
W tym momencie zaczynam łapać fakty. Wczoraj były urodziny Adama, poświętowaliśmy. Natomiast na dziś jestem umówiony z nim na wypad w słowackie tatry. Kojarzę, że koło godziny 6 dźwięk mojego budzika starał mi się o tym przypomnieć, ale zdusiłem dziada w zarodku. Towarzyszyła mi przy tym standardowa myśl, że jeszcze chwilkę pośpię, tylko kilka minut. Nic się nie stanie. Stało się! Zaspałem wzorowo. 
Wyskakuję z wyrka, szybko ogarniam toaletę, ubieram ciuchy i schodzę do kuchni. Już na schodach czuję zapach kawy, którą przygotował mi gospodarz. Siadam przy stole i wcinam śniadanie. Przy okazji „przyklepujemy” pomysł dzisiejszego męskiego wyjazdu na słowacką stronę. Cel minimum jaki chcemy uzyskać to wejście na Banikov. Cieszę się, bo na szczyt mamy dotrzeć idąc szlakiem przy Rohackich stawach. Mimo, że wiele razy włóczyłem się po tatrzańskich ścieżkach to jeszcze tą drogą nie szedłem. Na Banikovie już kiedyś stałem, ale wgramoliłem się tam nie zahaczając o słowackie wodne oczka ???? .
Do samochodu pakujemy się prawie punktualnie o 7. Adam odpala silnik, zakłada okulary przeciwsłoneczne i mknie w stronę granicy. Kiedy wjeżdżamy do Słowacji widzimy jak mieszkańcy mijanych wsi ciągną do kościołów na mszę świętą. Myślę sobie, że my będziemy dziś naprawdę blisko stwórcy o jakieś dwa tysiące z kawałkiem bliżej ????.
Do parkingu Spalena docieramy bez żadnych przygód. Za wjazd na plac płacimy 5 euro. Tyle kosztuje postój auta za cały dzień. Wręczam parkingowemu banknot 20 euro. Mężczyzna wydaje mi resztę. Kiedy chowam pieniądze do kieszeni dochodzę do wniosku, że tylko w Polsce można kroić ludzi z kasy. Mistrzami świata w tej konkurencji jest TPN, który za pozostawienie auta na palenicy Białczańskiej potrafi kasować nawet do 85zł. Taka cena!! Nie mieści mi się to w głowie!
Parking jest ogromny z dobrą infrastrukturą. Bez problemu znajdujemy wolne miejsce postojowe. Rozglądam się i dostrzegam restaurację. Jestem ciekawy, ile kosztuje kufel piwa?  Mam nadzieję, że przekonam się o tym kiedy zejdziemy  z grani.
Wysiadamy z busa, lokalizujemy wejście na szlak. Rozkładam kije trekkingowe i ruszamy w drogę. Przechodzimy przez las, z tym, że jest to bardzo krótki odcinek trasy. Wychodzimy na asfalt. Na drodze praktycznie nie ma ludzi. Totalnie inny widok od tego do jakiego jestem przyzwyczajony na szlaku  prowadzącym do Morskiego Oka.
Tu jest jakoś cicho i spokojnie. Idzie się nam tak dobrze, że w pewnym momencie zamiast skręcić w stronę Rohackiego wodospadu idziemy kilkadziesiąt metrów w przeciwnym kierunku. Na szczęście szybko orientujemy się, że coś jest nie halo. Zawracamy i wchodzimy na odpowiednią ścieżkę. Początkowo idziemy razem jednak po kilku minutach mój towarzysz narzuca swoje ekspresowe tempo. Umawiamy się, że będziemy na siebie czekać przy kierunkowskazach. Ewentualnie „złapiemy” się przy stawach.
Zostaje w tyle, ale jakoś się tym nie przejmuję. Spacer sprawia mi ogromną przyjemność. Na szlaku mijam kilka osób. W spokoju kontempluję tatrzańską przyrodę. Początkowo ścieżka wiedzie między drzewami. Wychodzę z lasu i wśród kosodrzewiny maszeruję z uśmiechem na twarzy.
Pogoda dziś zdecydowanie jest łaskawa. Słońce kryje się za chmurami co sprawia, że wędrówka przebiega w komfortowych warunkach termicznych. Po drodze robię krótkie przystanki. Pstrykam foty, podziwiam widoki, uzupełniam płyny i kalorie. O tym, że zbliżam się do stawów świadczą coraz liczniejsze grupki turystów. Wśród nich jest wielu naszych rodaków. Od dawna górscy łazicy z kraju nad Wisłą chętnie wybierają wędrówki u naszych południowych sąsiadów. Jest tu zdecydowanie ciszej, mniejszy tłok, więcej spacerowych możliwości, życzliwości i piwo Słowacy mają genialne???? 
Pokonuję kilka ostatnich kamiennych stopni i docieram do pierwszego Rohackiego stawu. Z tej strony masyw Wołowca i szczyty Rohaczy  robią kapitalne wrażenie. Cieszę się, bo jestem tu pierwszy raz. Nad stawem siedzi kilka osób.
Po chwili lokalizuję Adama. Dosiadam się, chwilę odpoczywam. W pewnym momencie zdaję sobie sprawę, że on już tu przesiaduje kilkanaście dobrych minut. Cholera, ale ma tempo! Pozazdroszczę kondycji. Wyciągam coś do jedzenia. Kiedy tylko wkładam rękę do plecaka od razu atakuje mnie rohacka dzika kaczka, licząca na darmowy posiłek. Ptaszysko niczego się nie boi. Gdybym jej tylko pozwolił włożyła by dziób do środka bez pardonu.
Rozkładam mapę. Patrzę i analizuję trasę. Musimy jeszcze minąć niebieskie jeziorka, zejść trochę w dół i przy kolejnym drogowskazie skierować się znowu do góry w stronę przełęczy. Cóż pora ruszać w dalszą drogę. Mijamy kolejne stawy.  
Idzie się nam kapitalnie dlatego, że ścieżka wiedzie w dół. Jest tak sympatycznie, że po dotarciu do kolejnego dogowskazu zamiast do góry pokonujemy kilkanaście metrów w dół. Coś mi ewidentnie nie pasuje. Wołam Adama, żeby chwile poczekał. Nie jestem pewny czy podążamy w dobrym kierunku? Rozkładam mapę i faktycznie zauważam, że popełniamy dziś drugą pomyłkę. Zamiast iść w stronę przełęczy Smutne Sedlo to my jak dwa baranki drepczemy w dół szlakiem Rohackiej Doliny. Śmiejmy się, że przy zejściu zawsze jest lżej, ale my przecież mamy do zrealizowania nasz ambitny plan ???? Robimy woltę i ruszamy w stronę przełęczy. Nasz wspólny marsz trwa dosłownie kilka minut. Po tym czasie Adam znika mi z oczu. Mamy spotkać się na Smutnym Sedle, ewentualnie na szczycie Banikova.
 Podejście nie jest wymagające, za to widoki naprawdę zacne. Szedłem kiedyś tą trasą i staram się odnaleźć w pamięci te obrazy. Coś niecoś mi się przypomina, ale w zasadzie to czuję się jakbym był tu po raz pierwszy. Jestem pod wrażeniem roślinności, która porasta zbocza doliny. Dywan fioletowych kwiatów i zielonych liści wygląda kapitalnie.
Wkoło mnie jest cicho i spokojnie. Ścieżka wyścielona kamieniami pnie się do góry. Za sobą pozostawiam dumnie wznoszący się nad doliną Wołowiec. Mojej wędrówce majestatycznie przypatrują się Rohacze.
Powoli, krok po kroku zbliżam się do celu. Jestem ciekawy czy spotkam Adama. Nie mam jednak przekonania, że będzie tam na mnie czekał. Kiedy zaczynaliśmy dziś naszą wędrówkę widziałem w jego oczach głód gór. Doskonale znam to uczucie. Jestem pewny, że mój towarzysz nie będzie tracił czasu na przełęczy i popędzi w stronę Banikova łapać piękne chwile.
Wreszcie staję na przełęczy Smutne Sedlo. Wysokość jaką osiągam to 1963 m n.p.m. Adam czeka na mnie przy rozwidleniu dróg. Robimy sobie pamiątkową fotę.
On pędzi dalej. Umawiamy się na kolejne spotkanie na szczycie Banikova.  Znajduję sobie miejscówkę, robię krótką przerwę. Przez moment widzę jeszcze sylwetkę towarzysza wędrówki by po chwili stracić ją z oczu.
Widok z przełęczy jest kapitalny jednak doskonale wiem, że im wyżej tym panoramy będą jeszcze bardziej spektakularne. Od najwyższego szczytu słowackich tatr zachodnich dzieli mnie dosłownie 2 godziny i 15 minut marszu. Nie spieszę się, bo czas mam całkiem dobry. Boję się trochę o moją kondycję i przede wszystkim o kolana, ale o dziwo daję radę. Nie jest jeszcze ze mną tak źle ????.
Żeby dostać się na szczyt Banikova po drodze mijam Tri Kopy. To kilka wierzchołków, które swoim ukształtowaniem i ekspozycją bardziej przypominają góry Tatr wysokich niż zachodnich. Ścieżka wiodąca tymi szczytami na kilku odcinkach jest zabezpieczona łańcuchami. Odszukuję w pamięci chwile, kiedy razem z moją ówczesna koleżanką szliśmy tędy dźwigając na plecach wielkie plecaki. Odniosłem wówczas wrażenie, że te łańcuchy na trasie nie były potrzebne aż w tak wielu miejscach. Bez problemu można sobie poradzić bez dodatkowego zabezpieczenia, ale jak to się mówi strzeżonego Pan Bóg strzeże. Mijam łańcuchowe udogodnienia i przeskakuję z wierzchołka na wierzchołek.
Jestem na wysokości ponad 2000 metrów. Z tego miejsca rozpościera się jedna z piękniejszych panoram na Tatry wysokie. Zatrzymuję się co chwila, żeby uwiecznić widok na fotografii. Mam dziś fart. Widoczność jest kapitalna. Póki co pogoda jest dla mnie łaskawa. Zostawiam za sobą postrzępioną grań Trzech Kop i Hrubą Kopę. Wreszcie docieram na Banikov. Jestem na wysokości 2178 m n.p.m.
Na szczycie nie ma wielu osób. Atmosfera jest bardzo kameralna, widoki przepiękne. Jedyne co zakłóca moją idyllę to mocno wiejący wiatr. Kryję się za skałami i przyjmuję kolejną porcję kalorii. Adama nie ma. Możliwe, że czeka na mnie niżej na banikowskiej przełęczy. Jednak co do tego to nie mam dużych nadziei. Podejrzewam, że ruszył dalej. Zaliczy wierzchołek Spalenej, Brestowej i tamtym szlakiem zejdzie na parking. Też mam taki plan. Spoglądam na zegarek. W sumie pora nie jest późna, ale perspektywa jeszcze co najmniej kilku dobrych godzin w trasie skutecznie mnie odstręcza od tego pomysłu. Wiem, że mógłbym to zrobić, ale po zejściu pewnie potrzebowałbym pomocy medycznej ???? . Nie chce się „wyrypać” maksymalnie, dlatego odpuszczam temat. Schodzę na przełęcz i stamtąd podążając za żółtymi znakami kieruję się do Spalenej Doliny.
Samo zejście jest dosyć mozolne. Kamień po kamieniu, krok po kroku. Na szczęście szybko tracę wysokość. W takich momentach doceniam kije trekkingowe, które znakomicie odciążają moje zdewastowane stawy kolanowe. Docieram do Doliny Rohackiej. Czuję, że jestem zmęczony. Ten stan tylko potwierdza, że podjęcie decyzji o zejściu było słuszne. Po drodze zahaczam jeszcze o Rohacki wodospad. Strumień wody spadający z wysokości 23 metrów rozbija się o skały. Widok bardzo uspakajający. Łapię się na tym, że nie chce mi się z tego miejsca ruszać. 
Obmywam twarz zimną wodą, robię kilka fotek i kieruję się już prosto do asfaltowej drogi prowadzącej na parking. Po drodze zastanawiam się czy na miejscu zastanę Adama. Cóż, za około 30 minut będę mógł się o tym przekonać.
Kiedy docieram do drogi, którą rano szliśmy od razu wpadam w nurt ludzkiej rzeki. Dopiero teraz widzę jak wiele osób było w górach. Co ciekawe na szczytach nie było tego czuć. Natomiast tu na asfalcie ludzi schodzących z górskich szlaków jest naprawdę sporo.
Wreszcie jestem na parkingu. Rozglądam się, ale nigdzie nie dostrzegam mojego towarzysza. Przejście tak zacnej górskiej trasy uczczę w restauracji. Zostawiam plecak na ławce pod parasolem, wchodzę do środka. Zamawiam zimnego Pilsnera lanego z beczki. Jestem ciekawy, ile zapłacę? W naszym kraju w takich okolicznościach przyrody za piwo trzeba zapłacić jak za zboże. Okazuje się, że u braci Słowaków cena to 3€. Jestem pozytywnie zaskoczony. Chwytam w dłoń zimną szklankę, siadam na ławeczce i biorę potężny łyk. Browar smakuje genialnie. Pierwsze piwo wypijam dosłownie w oka mgnieniu. Ponownie ruszam do restauracji, zamawiam kolejnego Pilsnera i już na spokojnie delektuję się jego smakiem.
Kiedy jestem w połowie widzę idącego w moją stronę Adama. Okazuje się, że on czekał na mnie już ponad pół godziny. Facet jest niesamowity. Dużo dłuższą trasę niż moja przeszedł w zdecydowanie krótszym czasie. Naprawdę jestem pod wrażeniem. Zazdroszczę kondycji.
Dopijam zimne czeskie złoto i zbieramy się do domu. Bez żadnych przygód docieramy do Poronina. Po drodze zdaję sobie sprawę, że nasz pobyt w Tatrach dobiega końca. Jutro wracamy do domu. Zastanawiam się kiedy znowu będę mógł zagościć na Podhalu? Mam nadzieje, że szybko ????
Zostań PaTrOnEm bloga Zmysłami przez Świat. Jeśli lubisz moją twórczość wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl  
Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem ????  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat 
Do moich Patronów i kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży ???? 
Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuje !
KoNiEc