Mamy Szpiglas – epizod II

Budzę się wcześnie wyspany jak niedźwiedź po zimie. Olka już nie śpi. Jestem podekscytowany dzisiejszym dniem. Na śniadanko grzejemy sobie nieśmiertelne parówki. Potem szybka toaleta, spakowanie najpotrzebniejszego sprzętu i wychodzimy. Kiedy staję przed domem, łapię głęboki oddech. Spoglądam w niebo i wiem, że dziś będziemy mieli super pogodę. Jak mawia mój przyjaciel Piotr: „każdy ma taką pogodę w górach, na jaką zasłużył”. Ja chyba zasłużyłem. Zapowiada się naprawdę fantastyczne łażenie. Spośród wielu pomysłów, jakie się nam przewijały, wybieramy na dziś „drogę emerytów”. Mianowicie, idziemy do Morskiego Oka, stamtąd na Szpiglasowy Wierch, potem schodzimy do Doliny Pięciu Stawów, z niej do Palenicy i wracamy do Zakopca na kolację w Fisie. Dlaczego opcja dla emerytów? Nie chcemy się „wyrypać” za bardzo, a podejście asfaltem do Morskiego i od tej strony zdobycie szczytu nie jest zbyt wymagające i powinno nam zostać trochę sił na jutro 😉 . Raźnym krokiem idziemy na przystanek, skąd dojedziemy do Zakopanego. Kiedy tylko podchodzimy do zatoczki, widzimy, że nasz transport już nadjeżdża. Mamy farta, bo nie musimy czekać niewiadomo ile czasu. Pakujemy się do środka i sruuu do Zakopca na dworzec. Jesteśmy ciekawi, ile czasu będziemy tam musieli czekać na bus, który zawiezie nas na Palenicę. Mam pewne obawy, że to może potrwać. Górale zawsze czekają do momentu, kiedy w aucie będą zajęte wszystkie miejsca i dopiero wtedy odjeżdżają. Jest już teoretycznie poza sezonem, więc może być problem ze skompletowaniem składu. Zakładam, że minie wiele czasu, zanim ruszymy. Trochę nas taka opcja martwi, ale w zasadzie jak to będzie wyglądało, przekonamy się na miejscu. Dojazd z Poronina do Zakopanego zajmuje nam dosłownie chwilę. Wpływ na to ma niewielki ruch i brak korków, które na tym odcinku drogi w sezonie są praktycznie zawsze. Wysiadamy na dworcu PKP. Rozglądam się w poszukiwaniu kolejnego środka transportu. Widzę bus z tabliczką Morskie Oko. Jesteśmy w domu. Mam tylko nadzieję, że jest komplet pasażerów i długo nie będziemy musieli czekać na odjazd. Wchodzimy do środka, zajmujemy sobie miejsca. Po nas wchodzi jeszcze kilka osób i dosłownie za chwilę ruszamy. Razem z Olką stwierdzamy, że mamy dziś furę szczęścia jeśli chodzi o komunikację, bo wszystko nam się zgrywa i praktycznie nie tracimy czasu na transport. Wysiadamy na parkingu przed wejściem na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego. Ludzi nie ma jeszcze zbyt wielu. Płacimy za wejście na teren TPN-u, rozkładamy kijki trekingowe i ruszamy w drogę do Morskiego Oka. Chodziłem tą trasą już kilka razy i nie lubię jej. Dlaczego? Nienawidzę łazić w górach po asfalcie. A droga do Morskiego to 8 km czarnego asfaltu. Do tego często dochodzą tłumy turystów. Ta droga jest najpopularniejszym szlakiem chyba w całych Tatrach. Na szczęście dziś jest inaczej. To znaczy asfalt leży na swoim miejscu, ale ludzi jest naprawdę niewiele. Idziemy żwawo pod górę. Po chwili naszym oczom ukazują się górskie szczyty.

 Do schroniska dochodzimy ekspresowo. Widoki kapitalne. Delikatna mgła unosi się nad stawem. Szczyty błyszczą się smagane słońcem, a niebo jest tak błękitne, że można się w nim utopić. Nad wszystkim, niczym strażnik, czuwa Mnich. Mimo że jest to bardzo popularne miejsce i byłem tam wiele razy, to za każdym razem jestem wszystkim, co mnie otacza, zachwycony. Wcale się nie dziwię, że jest to najpopularniejsze miejsce w Tatrach. Jeśli chcecie poczuć prawdziwą aurę tej krainy, to warto wybrać się tam bardzo wcześnie rano, kiedy nie ma jeszcze turystów, ewentualnie przespać noc w schronisku, by skoro świt wypić sobie kawę, posłuchać ciszy i pogapić się na te przepiękne widoki.
Wchodzimy do schroniska, siadamy przy stoliku, wcinamy śniadanie, popijając herbatą, którą w termosie dzielnie targa Ola. Klimat schroniskowy jest niepowtarzalny. Mnóstwo przewijających się ludzi wszelakiej maści. Od rodzin z dziećmi, przez weekendowych turystów, po wytrawnych łazików i wspinaczy, którzy z błyskiem w oku ładują akumulatory i bez zbędnej zwłoki ruszają dalej, nie chcąc tracić ani chwili z możliwości obcowania z górami.
Do tego trzeba dodać gwar i docierające zewsząd rozmowy, których tematem przewodnim są góry. Nie ma mowy o polityce, chorobach, konfliktach. Tylko góry 😉 . My też nie siedzimy tu zbyt długo – Szpiglas wzywa. Wychodzimy ze schroniska i szlakiem kierujemy się na nasz cel. Trasa nie jest zbyt wymagająca. W większości wiedzie szeroką kamienną ścieżką. Widoki są niesamowite. Największe wrażenie robi Mnich, którego mijamy po naszej lewej stronie.
Rozświetlony słońcem szczyt, na którym widać wspinaczy­–­ ten obraz wywołuje w nas silne przeżycia. Krok po kroku nabieramy wysokości, a wraz z nią zmieniają się widoki. Oczywiście po drodze robimy foty, żeby mieć pamiątkę z tej wędrówki. Łapię się na tym, że mam następujący problem, mianowicie, za każdym razem kiedy pstrykam fotę, jestem przekonany, że jeśli zrobię kilka kroków dalej, to kolejny kadr będzie jeszcze piękniejszy. Cholera, ciężko jest się zdecydować, kiedy „focić”.
Co jakiś czas robimy sobie przystanek, żeby się napić i uzupełnić kalorie żelkami mocy, które są odkryciem kulinarnym Olki. Od zdobycia góry dzieli nas kilkanaście minut wspinaczki po skałach. Po drodze mijamy chłopaka, który zwraca na siebie moją uwagę. Gość na grzbiecie ma kurtkę skórzaną, taką jaką noszą motocykliści, zresztą totalnie nienadającą się na takie wędrówki, na tyłku spodnie dresowe. Zwróciłem też uwagę na jego buty, które bardziej pasują do spacerów po parku niż na wędrówkę po wysokich górach. Ale tym, co szczególnie wzbudziło moje zainteresowanie było to, że facet, schodząc ze szczytu po stosunkowy łatwym terenie, tarł dupą o skały, można powiedzieć, że ześlizgiwał się na dół po kamieniach. W oczach miał furę strachu i przerażenia. Widok naprawdę nieciekawy. Zastanawiałem się, jak on w ogóle wszedł na szczyt? Cóż, my przemy do góry, żeby zameldować się na szczycie. Wreszcie stajemy na Szpiglasowej przełęczy. Wysokość tego punktu to 2110 m n.p.m. Tu spotykają się szlaki ­– ten, którym my idziemy, czyli od Morskiego Oka i szlak wiodący z Doliny Pięciu Stawów. Ludzi na przełęczy jest sporo, ale o tłumach nie ma mowy. Robimy tu krótki przystanek, pstrykamy klika fotek, uzupełniamy płyny i atakujemy szczyt 😉 .Po kilkunastu minutach osiągamy cel naszej dzisiejszej wędrówki – Szpiglasowy Wierch. Meldujemy się na wysokości 2172 mn.p.m.
Widoki, jakie się rozpościerają, są przecudne. Z jednej strony widać Dolinę Pięciu Stawów, a z drugiej kotlinę Morskiego Oka. Człowiek nie wie sam, w którą stronę patrzeć. Widoczność doskonała. Teraz przyszedł czas na odpoczynek, łyk piwa, które w takich okolicznościach smakuje wybornie.

Siadam na kamieniu i napawam się tą chwilą. Nie zapominam o moich bliskich, którym posyłam foty oraz o kumplach, którzy akurat w tym dniu mają urodziny. Chyba dziś nie ma lepszego miejsca, z którego można wysłać im życzenia 😉 . Olka jest tu pierwszy raz i widzę, że jest pod dużym wrażeniem tego miejsca.
Jest pięknie, ale pora wracać do domu. Ze szczytu schodzimy na przełęcz, a z niej w dół prosto do Doliny Pięciu Stawów. Oczywiście w planach mamy postój w tamtejszym schronisku. To kolejne magiczne miejsce w polskich Tatrach, do którego mam wielki sentyment, a którego nie odwiedzałem kilka dobrych lat. Jestem ciekawy, jak i czy się coś tam zmieniło?

 

CDN…