Przełęcz Krzyżne – wyrypa na rozruch

Drzwi zakopiańskiego busa się otwierają. Wchodzimy do środka i nie wierzymy własnym oczom. W aucie jesteśmy tylko my dwoje i kierowca. Dziwne uczucie. Szczerze mówiąc tutaj taka sytuacja zdarza mi się po raz pierwszy. Żartując mówię do szofera, że mamy kurs „VIP-owski”. Kiedy kończę zdanie „drajwer” rozpoczyna swój monolog:
„Panie to przez tego Kaczyńskiego i jego przystanki. Narobili ich tyle, że są dosłownie co kilkadziesiąt metrów. Właśnie przed momentem mój kolega zabrał wszystkich, a ja jadę na pusto. Panie gorzej niż za komuny”.
Na takie słowa reagujemy zdziwieniem. Górale narzekają na władzę? Hm, podgadujemy go dalej. Podróż robi się coraz bardziej interesująca:
„Pani, górale to nie chcą jeździć (kierować) busami. Oni to, aby dalej od chałupy. Ja tam nie narzekam mam dniówkę 350zł, plus na obiad 43zł. W nosie mam czy wożę cały bus czy tylko kurz.”
Facet ewidentnie potrzebował się wygadać i zrobił to. Kiedy kończył kolejny wątek, w którym mieszała się polityka, kościół i góralski punkt widzenia, docieramy na autobusowy dworzec zastępczy. Został on przeniesiony z terenu dworca kolejowego do centrum miasta. Po drodze orientujemy się, że całe Zakopane wygląda jak jeden wielki plac budowy. Rozkopane ulice, objazdy, ronda przypominające rozłożone na jezdni pontony. Widać, że stolica Podhala jest w przebudowie.
Nasza pierwsza część podroży dobiegła końca. Żegnamy się pięknie z „naszym” kierowcą. Przechodzimy kilkadziesiąt metrów dalej, gdzie stoi transport, który wozi turystów do najbardziej popularnych szlaków turystycznych. Kierowcy pojazdów z papierowymi kubkami kawy w dłoniach, jak sroki za błyskotkami rozglądają się za pasażerami. Bus jadący na Palenice Białczańską jest już podstawiony. Wchodzimy do środka, zajmujemy sobie miejsca. Jestem trochę zdziwiony, bo spodziewałem się większych tłumów. W pamięci odszukuję wspomnienia, kiedy to zakopiańskie środki transportu były załadowane podróżnymi pod sam sufit. Kierowca stojąc przed pojazdem głośnymi okrzykami nawołuje i zachęca turystów do skorzystania z podwózki. Mimo jego usilnych starań chętnych za bardzo nie widać. Po kilku minutach szofer wsiada do auta, zamyka drzwi i rusza.
Bus zatrzymuje się na Palenicy. Wysiadamy i od razu stajemy w kolejce, żeby kupić bilet wstępu do Tatrzańskiego Parku. Przy okazji przyglądam się najdroższemu parkingowi w kraju, nie wiem czy nie w Europie? Za pozostawienie samochodu zarządca krzyczy sobie 55zł w dni powszednie, natomiast na weekendy ta cena może osiągać kwotę nawet 85 zł. Jak dla mnie to czyste zdzierstwo. Mimo tak absurdalnej ceny, aut na placu stoi sporo.  Wstęp na teren Parku kosztuje nas 9zł od osoby. Dowiedziałem się też, że jeśli chcielibyście zrobić sobie sesję ślubną czy rodzinną na terenie TPN to musicie za taką możliwość oczywiście też uiścić zapłatę w kwocie 150zł!!! Nie będę tego komentował!!!
Rozkładamy kije trekkingowe i wraz z falą turystów ruszamy po najsłynniejszej w kraju asfaltowej drodze prowadzącej do Morskiego Oka. Mimo, że jest środek sezonu turystycznego to dzikich tłumów nie ma. Owszem ludzi jest sporo, ale o ścisku mowy być nie może.
Wśród piechurów dominują rodziny z małymi dziećmi, są też zorganizowane kolonijne grupy. Pocieszam się tym, że za Wodogrzmotami Mickiewicza odbijemy na szlak do „Piątki” i zostawimy zdecydowaną większość tego towarzystwa za sobą.
Zaraz za wodospadem skręcamy w prawo. Wchodzimy na kamienisty szlak wiodący do jednej z najpiękniejszym dolin w całych Tatrach. Lubię tę drogę.
Szedłem nią wiele razy. Spacer wśród drzew dla mnie osobiście to wielka przyjemność. Nawet nie wiem kiedy meldujemy się przy bezpośrednim podejściu do Doliny. Mimo, że ten fragment szlaku wygląda  dość niewinnie, to przez swoje przewyższenie potrafi dać w kość.
Na górę wspinam się bardzo powoli. Groty kii miarowo stukają o kamienie. Po około 10 minutach czuję jak z mojej twarzy zaczynają spływać krople potu. Powoli kamień po kamieniu, krok po kroku łapię wysokość. Uwielbiam to uczucie. Co jakiś czas przystaję, podziwiam zmieniające się widoki. Mimo, że znam trasę jak własną kieszeń to zawsze jest ona w stanie mnie zachwycić. Za moment będę w dolinie, oddam się magicznej aurze tego miejsca. Ta myśl sprawia, że japa mi się śmieje. Ola zostaje nieco z tyłu. Każde z nas idzie swoim tempem. Jesteśmy umówieni że spotkamy się przy schronisku. Mimo, że wcale się nie spieszę, to moja wspinaczka kończy się jakoś wyjątkowo szybko. Popularna Piątka wita mnie słońcem i wspaniałymi widokami. Mam wielki sentyment do tego miejsca. Ilekroć tu jestem odczuwam radość i spokój.
Znajduję sobie ławeczkę przy stawie i o dziwo nie ma z tym problemu. Strzelam kilka fotek, uzupełniam płyny, kalorie i czekam na Olkę. Po około dziesięciu minutach na miejsce dociera moja towarzyszka. Siada obok mnie. Pierwsze co robi, to wyciąga aparat fotograficzny, który zawsze na wyjazdach dzielnie targa w plecaku. Kiedy kadry ma już połapane możemy wspólnie podziwiać otaczającą nas panoramę.
Przez moją głowę przelatują setki wspomnień. Zostawiam Olę na moment i wchodzę do schroniska. Trochę się tu pozmieniało. Miejsce, w którym swego czasu kimałem na podłodze jest teraz zabudowane. Cała sala nieco się zmniejszyła kosztem kuchni i bufetu.
W środku nie ma żywej duszy, co zresztą mnie nie dziwi, bo pogoda dziś jest genialna. Zamiast  przesiadywać w jadalni ludzie okupują ławki przed schroniskiem.
Olka łapie oddech, zbieramy nasze „graty”, dźwigamy tyłki i ruszamy na podbój Przełęczy Krzyżne. Szlak wiodący do celu naszej wędrówki początkowo wiedzie nad brzegami stawów, by po czasie skręcić w prawo.
Mijamy charakterystyczny drewniany, instagramowy  mostek i zaczynamy naszą wspinaczkę. Szedłem kilka razy tą drogą i wiem czego mogę się spodziewać. Początkowo łagodne podejście jest tylko przedsmakiem tego, co nastąpi za kilkanaście minut.
Olka idzie tędy pierwszy raz. W pewnym momencie zostaje nieco z tyłu. Nie dziwię się, bo kamienista ścieżka szybko zaczyna zmieniać się w dość strome podejście. Krok po kroku, kamień po kamieniu pnę się do góry. Pot zalewa mi oczy. Przystaję co jakiś czas, podziwiam spektakularne widoki. Ludzi na szlaku jest dosłownie zero. No może nie tak do końca zero, ale mijanych piechurów można policzyć na palcach jednej ręki. Odnoszę wrażenie, że nie jestem tu w pełni letniego sezonu, tylko pod koniec września. Cieszę się tymi chwilami jak dzieciak.
Szlak na Krzyżne ma to do siebie, że bardzo szybko łapie się wysokość. W pewnym momencie widzę cel naszej wędrówki Od przełęczy dzieli mnie dosłownie może 15 minut. Biorę głęboki oddech i powoli idę do góry. W myślach obiecuję sobie, że pierwsze co zrobię jak już dotrę na miejsce, to najzwyczajniej w świecie legnę na glebie i odpocznę????.
Kiedy docieram na miejsce rzucam plecak, siadam na trawie i podziwiam widoki. Mimo, że moje ciało, szczególnie kolana odczuwają trudy wspinaczki, to jednak to co widzę sprawia, że tej w chwili nie myślę o przyziemnych kwestiach. Podziwiam jedną z najpiękniejszych panoram w całych Tatrach.
Oprócz mnie na szczycie jest jeszcze jeden turysta. Wymieniamy kilka kurtuazyjnych zdań. Rozmawiamy oczywiście o prognozie pogody. W górach jest to jedna z fundamentalnych kwestii ???? . Póki co aura jest dla nas łaskawa, ale wszelkie znaki na niebie i w telefonicznej pogodowej aplikacji mówią, że o 16-tej będzie padał deszcz. Idąc na ten szlak tak to sobie wyliczyłem, żeby o tej godzinie, kiedy ma lunąć być już w górskim hotelu Murowaniec. Mam nadzieje, że nam się ten plan uda i tyłków po drodze nie zmoczymy. Żegnam się z moim towarzyszem od pogodowych rozmów. Proszę go, żeby zmotywował Olę do „zagęszczania ruchów”. On schodzi do Doliny Pięciu Stawów więc bankowo  będą się mijać. Oczywiście mówię mu o tym z uśmiechem. Każde z nas idzie swoim tempem. Poza tym w takich okolicznościach przyrody chętnie tu na nią będę czekał.
Po kilku minutach Ola dociera na miejsce. Siedzimy razem i gapimy się na to, co nas otacza. Na naszych twarzach gości szeroki uśmiech. Na mojej, bo znowu tu jestem i mogę to wszystko podziwiać kolejny raz. Na twarzy Oli, bo na  przełęczy jest po raz pierwszy. Oczywiście sesja foto musi być i chwila odpoczynku. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Żegnamy się z tym magicznym miejscem i zaczynamy schodzić.
Z czystym sumieniem i bez ogródek mogę powiedzieć, że nienawidzę tego zejścia. Niekończąca się droga wyłożona kamieniami. Początek jest bardzo stromy. Kiedy stawiam kolejny krok, czuję jak moje kolano po raz kolejny  wysyła mi sygnał, że nie jest komfortowo. O dziwo nie jest to te, które kilka lat temu miałem operowane. Z całą uważnością podpierając się kijami stawiam kolejne kroki. Zdecydowanie wolę podejścia niż zejścia. Co jakiś czas spoglądam w niebo i na zegarek. Zaczynam się niepokoić. Jestem ciekawy czy uda się nam przed deszczem dotrzeć do Murowańca. Wiszące nad naszymi głowami chmury gwarantują nam porządną ulewę – to tylko kwestia czasu. W pewnym momencie obydwoje stwierdzamy, że nasza dzisiejsza wyprawa, dojście do Doliny Pięciu Stawów, podejście na Przełęcz Krzyżne daje się nam mocno we znaki. Ten dzień miał być tylko rozruchem, przyjemnym spacerkiem przed dalszymi wypadami w góry. Natomiast my jesteśmy już „wyjechani” jak konie po westernie. Śmiejemy się, że miało być lekko, a wyszło jak zawsze w naszym wykonaniu.
Z niepokojem ponownie spoglądam na tarczę zegarka. Jest godzina 15-ta z minutami. Wiszące nad naszymi głowami ołowiane chmury nie dają mi spokoju, za to są dobrym motywatorem. Mimo zmęczenia spinamy się i jak na nasz stan fizyczny narzucamy całkiem niezłe tempo. W pewnym momencie mijamy chłopaka z dziewczyną. Trochę mnie to dziwi, bo my schodzimy a oni prą do góry. Oczywiście pozdrawiamy się tradycyjnym górskim „cześć”. Przystajemy na moment. Wymieniamy kilka zdań. Dowiadujemy się, że zamierzają wejść na Krzyżne. To by mnie w zasadzie nie dziwiło, ale fakt, że w planach mają powrót tą samą drogą, nie schodzą do Doliny Pięciu Stawów już wprawia mnie w osłupienie. Mało tego, od przełęczy dzieli ich jeszcze naprawdę sporo czasu i bardzo mozolne końcowe podejście. Żegnamy się życząc powodzenia. Rozmawiamy o tym spotkaniu z Olą. Oboje stwierdzamy, że „nasza para” postawiła sobie naprawdę ambitny cel. Jeśli dotelepią się na górę, to będą wracać już „na czołówkach”, jeśli je mają. Nie jest to bezpieczna opcja, ale cóż, każdy robi to, co lubi. Słysząc w oddali pomruki zbliżającej się burzy mamy nadzieję, że cało i bezpiecznie wrócą.
Szlak po, którym idziemy do Murowańca tradycyjnie wydaje się nie mieć końca. Oboje funkcjonujemy tylko na oparach energii. Z utęsknieniem jakiego dawno nie czułem wypatruję znajomego widoku murowanieckiego hotelu. Kiedy już ledwo co powłóczę nogami, mój organizm jest na granicy buntu i lada chwila mogę spodziewać się komunikatu, że nie ma opcji i trzeba odpocząć. To właśnie w tym momencie do moich uszu zaczynają docierać odgłosy cywilizacji. Przyspieszam kroku. Zza zakrętu dostrzegam kilku turystów. Udało się !!! Wreszcie jesteśmy. Kiedy docieramy pod drzwi hotelu z nieba delikatnie kropla po kropli  zaczyna padać. Przy głównym wejściu robi się tłoczno. Wszyscy, którzy do tej pory siedzieli na zewnątrz usiłują skryć się w środku. Wciskamy się do głównej sali. W tym momencie widzę przez okno jak z nieba lunął deszcz. To nie jest jakiś kapuśniaczek, tylko porządne oberwanie chmury.
Znajdujemy wolne miejsce przy stole. Ludzi w środku jest mnóstwo. Siedzą, jedzą, piją, grają w karty, studiują mapy. Słowem, prawie jak w schronisku, ale prawie robi różnicę. Idę zamówić nam piwo. Kiedy podchodzę do baru dowiaduję się, że nie mogę zapłacić kartą. Facet zza lady informuje mnie, że zaraz obok stoi bankomat. Dziwię się: „Jak to bankomat?” Odwracam się i faktycznie pod ścianą jak wół stoi. Cholera, nie dowierzam w to, co widzę. 
Czekając na koniec ulewy, która według pogodowej aplikacji ma przejść za jakieś 30 minut, popijamy browar. Jak on smakuje!! Po takiej wyrypie jest po prostu boski!! Robi się nam tak dobrze, że nawet myśl, że czeka nas jeszcze zejście do Kuźnic nie jest w stanie w tej chwili popsuć nam humorów.
Kiedy za oknem znowu widać błękit nieba postanawiamy się zwijać. Samo zejście do Kuźnic jest już wisienką na torcie naszego fizycznego upadku. Początkowo niesie nas jeszcze trochę energia jaką uzupełniliśmy w hotelu. Jednak im bliżej do Kuźnic tym bardziej czujemy, że nasze organizmy są zmasakrowane. Zdecydowanie nie była to trasa na rozruch.
W Kuźnicach łapiemy busa do centrum. Wysiadamy przy dworcu PKP. Idziemy na obiad do FIS-u, naszej sprawdzonej knajpy. Posiłek wcinamy w oka mgnieniu. Kotlet schabowy jest pycha. Po całym dniu w górach smakuje wybornie. Dla mnie osobiście obowiązkowym punktem programu w tej restauracji jest szklaneczka kompotu domowej produkcji. Napitek kosztuje 3 ziko, ale zdecydowanie jest wart swojej ceny 😉 
Żeby dotrzeć do Poronina wracamy do centrum, stajemy na przystanku z nadzieją, że szybko uda się nam złapać jakiś transport. Niestety okazuje się, że nie jest to takie proste. Mało tego, takiej „chamówy” w stosunku do pasażerów to jeszcze nie widziałem. Mianowicie w pewnym momencie na przystanek podjeżdża bus. Pytam się kierowcy bardzo grzecznie, czy jedzie pan przez Poronin? Koleś odpowiada, że on nie musi mi odpowiadać i generalnie to spieszy się do domu. Zamyka drzwi przed nosem i odjeżdża.  Patologia pełną gębą. Po chwili sytuacja się powtarza. Kolejny kierowca  nas spuszcza.  Nie mogę się nadziwić temu jak wygląda tu traktowanie podróżnych, chcących zapłacić za bilet i skorzystać z usługi. Po kilkunastu minutach zgodnie stwierdzamy, że przechodzimy przez jezdnię i stajemy na dworcu, który jest na przeciwko nas. Mija kolejnych kilkanaście minut, kiedy wreszcie udaje się nam wskoczyć do busa jadącego przez Poronin i wyjechać z Zakopanego. Bywałem kilkanaście razy w tym mieście, ale takiego podejścia kierowców do pasażerów to nie widziałem nigdy.
Na kwaterę docieramy bez żadnych przeszkód. Na miejscu czeka już na nas Pani Ania, z kolacją. Pierwsze co robię po przyjeździe do naszego urlopowego domu przy Kasprowicza, to pakuję się pod prysznic. Gorąca woda zmywa ze mnie cały trud dzisiejszego intensywnego dnia. Czuję, jak bolą mnie plecy, nogi, ręce. Cóż pesel daje o sobie znać ????. Pocieszam się tym, że za chwilę zjem porządny przygotowany od serca posiłek.  Kiedy schodzę na dół okazuje się, że Adam gości u siebie kumpla z pracy, jest też jego siostra Kasia. Do tak zacnego grona dołącza jeszcze przyjaciółka Oli, Marysia i jej mąż Jakub. Góralska chata wypełnia się pod sufit ???? . Atmosfera robi się bardzo rodzinna. Jest czas na pogaduchy, plany, wspominki i gratulacje, gdyż Marysia i Jakub niedawno zawarli święty związek małżeński.
Marysiu i Jakubie wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia???? .
Kładę się spać z myślą, że po pierwsze, dziś był „górsko” bardzo i zacny dzień, po drugie jutro wyśpię się na maxa. Razem z Olą robimy sobie dzień odpoczynku od wędrówek. Jedziemy do Zakopanego zobaczyć, co słychać stolicy polskich Tatr ????

KoNiEc

Możesz wesprzeć mnie w mojej blogowej działalności. Będzie niezmiernie miło jeśli postawisz mi kawę. Wystarczy kliknąć w link——>  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat
Zostań Patronem bloga Zmysłami przez Świat. Tak też wesprzesz mnie w  tworzeniu tego projektu. Kliknij link —-> https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl 
Być Patronem Zmysłów to brzmi dumnie!!!! Dla moich patronów w ramach wdzięczności mam przygotowane artefakty wszelakie z naszych podróży 😉 
Za okazane wsparcie serdecznie dziękuję !!!