Październikowy Szpiglas – w drodze, epizod I

 Dziś jest środa, jutro wyjazd. Siedzę wieczorem przed monitorem komputera i analizuję połączenia kolejowe. Jestem cały czas na telefonie z Olką. Pierwotnie chcę jechać bardzo wcześnie rano, ale ta koncepcja szybko upada. Moja odrobina portugalskiej mentalności mówi mi, że nie ma się co spieszyć. Umawiamy się z Olą, że odbierze mnie z Krakowa i razem jej autem pojedziemy do Poronina, w którym mamy mieć nocleg. Podróż PKP przebiega o dziwo bez niespodzianek. Pociąg nie ma opóźnienia, co mnie pozytywnie zaskakuje. Po drodze nadrabiam zaległości książkowe i kinowe. Ludzi w wagonie praktycznie zero, pewnie dlatego, że dziś jest czwartek. Jutro się zacznie armagedon, bo weekend, natomiast dziś cieszę się komfortem podróży. Czas mija mi bardzo szybko. Po drodze dosiada się do przedziału młoda dziewczyna, z którą zamieniam kilka zdań. Okazuje się, że jest z Ukrainy. Miło się nam gawędzi.
Lubię podróżować pociągami. Swego czasu przemierzałem nimi wiele kilometrów. Często można w nich spotkać ciekawych ludzi, porozmawiać czy pogapić się przez okno na przemijające krajobrazy. Ilekroć mi się zdarza przemieszczać w ten sposób, tylekroć mam refleksję, że nasz kraj jest po prostu piękny. Kiedy jeździ się autem, nie ma za bardzo sposobności, żeby móc załapać tego typu zadumę. Na dworcu Kraków Główny melduję się planowo. Przed wysiadką upewniam się, czy niczego nie zostawiłem. Wysiadam z pociągu, wchodzę do tunelu dworcowego i wychodzę w wielkiej galerii handlowej. Jestem trochę w szoku i nie za bardzo wiem, jak się tu poruszać. Telefonuję do Oli, która czeka na mnie gdzieś na parkingu. Daje mi wskazówki, jak tam trafić, ale za cholerę nie mogę się połapać, dokąd mam iść. Po kilkuminutowej akcji poszukiwawczej udaje się nam spotkać. Witamy się serdecznie, śmigamy na parking, wskakujemy do jej auta. Ola odpala nawigację, wrzuca muzykę i w drogę. Wyjazd z Krakowa w godzinach szczytu to istna gehenna, dlatego też po drodze lecą siarczyste bluzgi na zachowania miejscowych kierowców, którzy trąbią, wymuszają pierwszeństwo. Słowem, nie jest prosto wydostać się na „wylotówkę”. Na wyjazd z Krk tracimy około godziny. Na szczęście nie spieszy się nam. Dziś tylko chcemy dojechać do Poronina, zjeść kolację i zaplanować jutrzejszy dzień.
Wreszcie udaje się nam wyjechać na drogę prowadzącą do stolicy Tatr. Jestem zdziwiony, że nie ma wielkiego ruchu, a tego się obawiałem, bo zakopianka nie cieszy się dobrą opinią wśród kierowców. Z reguły panuje tam duży ruch i nie jest zbyt bezpiecznie. Tym razem jest inaczej, na drodze jest prawie pusto, co naprawdę miło mnie zaskakuje. Podróż mija nam na pogaduchach, planowaniu naszych górskich eskapad i słuchaniu muzyki. W pewnym momencie robi się nawet taka mini lista przebojów. Ola puszcza mi swoje ulubione utwory, potem ja jej przedstawiam moje muzyczne propozycje. Na szczęście nasze gusta, mimo różnicy wieku, są w zasadzie podobne.
W Poroninie meldujemy się już dość późno, ale nie na tyle, żeby nie zrobić zakupów w miejscowym spożywczaku. Zaopatrujemy się we wszystkie produkty potrzebne na kolację i jutrzejsze wczesne wyjście w góry. Pakujemy siatki z jedzeniem i po chwili meldujemy się przed bramą naszej kwatery. Nocleg mamy u pani Ani. Ola, kiedy jest w Tatrach, zawsze tu nocuje i z tego co zdążyłem się zorientować, kiedy byłem tu w sierpniu, jest traktowana przez domowników jak członek rodziny. Brama na posesję została zamknięta. Ola prosi mnie, żebym ją otworzył. Wysiadam więc z auta, otwieram wrota i kiedy tylko je uchylam, zauważam, jak w moją stronę pędzi wielkie psisko. Domyślam się, że to Kruszon. Za nim biegnie jego właściciel – Adam. Nim zdążył krzyknąć, żebym zwierzaka nie wypuszczał, pies z błyskiem w oku śmignął obok mnie i tyle go widziałem. Kruszon zniknął w ciemnościach Poronina. Miałem przez chwilę odruch, żeby złapać go w ostatniej chwili za ogon, ale mój Anioł Stróż szybko wybił mi ten pomysł z głowy. Adam wita się z nami serdecznie, ale widzę, że jest zatroskany o swojego pupila. Jest mi trochę głupio, że to w zasadzie przeze mnie Kruszon jest na gigancie.
Rozpakowujemy nasze bagaże i umawiamy się, że jak uda się sprowadzić uciekiniera do domu, to Adam zajdzie do nas na wieczorną posiadówę. Na początku nie rozumiem, dlaczego tak ważne było to, żeby pies nie wyrwał się z posesji. Ola uświadamia mnie, że Kruszon nie jest zwykłym psem i dla bezpieczeństwa innych zwierząt i pojazdów mechanicznych lepiej jest, kiedy na spacery wychodzi ze swoim panem. Na Kruszona w rodzinie mówi się „stara Nokia”. Dlaczego? Kiedyś wpadł pod samochód. Jemu nic się nie stało, natomiast auto było dość poważnie uszkodzone. Taka historia 😉 .
Wchodzimy po schodach do naszego pokoju. Jest ciepło, przytulnie. Zwalamy bagaże, bierzemy prysznic i zasiadamy do kolacji. Za około pół godziny zachodzi do nas Adam. Kruszon został złapany, doprowadzony do domu, a co najważniejsze, obyło bez żadnych przykrych incydentów. Możemy spokojnie siąść do kolacji. Posiadówa trwa do późna. Rozmawiamy, śmiejemy się, planujemy jutrzejszy dzień. Proponujemy Adamowi wspólny wypad w góry. Niestety obowiązki nie pozwalają mu na wyprawę, a szkoda. Nawet nie zauważamy, że jest już bardzo późno. Adam żegna się z nami. Kładę się do wyrka, nastawiam budzik i po chwili zasypiam.

 

CDN…