W drodze po Bystrą

Budzik dzwoni o 06:30. Instynktownie szukam telefonu i wyłączam ten nieznośny jazgot. Błoga cisza. W głowie pojawia się myśl: Jeszcze chwila, jeszcze 10 minut, zasypiam. Otwieram oczy. Patrzę na sąsiednie wyrko. Olka z telefonem w ręku katuje sosziale. Która godzina? 08:00. Ja pierdziu, jest już późno. Kuzynka z szelmowskim błyskiem w oku komunikuje mi, że nie chciała mnie budzić. Czuję jak boli mnie całe ciało. Wczorajsza wyrypa na Szpiglas dała się mi mocno we znaki. Cóż młodość nie wieczność. Kiedy ostatnimi razy mój przyjaciel Piotr mówił mi, że po czterdziestce już tak nie pobrykam po Tatrach nie chciałem mu wierzyć. Dziś dobitnie się przekonuję, że w jego słowach jest dużo racji. Wstaję z wyrka, idę do łazienki, potem śniadanie. Taternicy miesiąca na śniadanie jedzą nieśmiertelną jajecznicę 😉 . Dziś plan jest ambitny. Chcemy wgramolić się na Bystrą. Z uwagi na późną porę zagęszczamy ruchy. Ubieramy się, pakujemy najpotrzebniejsze rzeczy do plecaków i wychodzimy z chaty. Ola proponuje, by na Chochołowską  podjechać jej autem. Przed domem czeka na nas mała niespodzianka. Domownicy tak zaparkowali swoje samochody, że Ola ma problem z wyjazdem i prosi mnie, żebym jej pomógł, czyli wsiadł za „kółko”. Chociaż nie jestem dobrym kierowcą, to udaje mi się nas z tej parkingowej pułapki wyprowadzić bez szwanku. Droga do Doliny Chochołowskiej przebiega w miarę sprawnie. Na szczęście nie ma żadnych korków. Kiedy wjeżdżamy na polanę po obu stronach jezdni widzimy ludzi machających w naszym kierunku trzymanymi w dłoniach szmatami. Zachęcają nas w ten sposób do zaparkowania auta właśnie u nich. Mając doświadczenie z sierpniowego wypadu, jedziemy praktycznie do końca drogi żeby zatrzymać auto jak najbliżej wejścia na szlak. Udaje się nam to bez problemu. Płacimy za tą przyjemność 15 zł za cały dzień. Czy to dużo? Chyba nie? Potem już idzie z górki. Kupujemy bilety wstępu na teren doliny i zaczynamy. Rozkładamy kije trekkingowe, ale jakoś nie dostrzegam entuzjazmu w naszych oczach. Ola mówi, że jest jakoś dziwnie zmęczona. Mnie z kolei martwi późna pora. Jest już koło godziny 10.00. Nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek będąc w Tatrach startował na wycieczkę o tak późnej porze. Właśnie w tym momencie zajeżdża chochołowska kolejka. Traktorek z doczepionymi dwoma wagonikami. Nie zastanawiam się długo. Nigdy tym jeszcze nie jechałem, bo uważałem, że w górach jest się po to, by chodzić a nie dupę wozić, ale dziś jest wyjątkowa sytuacja. Po pierwsze jesteśmy w plecy z czasem i podjechanie tym cudem pozwoli nam sporo go nadrobić. Po drugie perspektywa ponownego dreptania po asfalcie jest bardzo demotywująca. Moja towarzyszka początkowo sceptycznie podchodzi do tego pomysłu. Chyba jej duma piechura nie pozwala na ułatwianie sobie drogi. Jednak po kilku przytoczonych przeze mnie argumentach zgadza się na takie rozwiązanie. Pakujemy się do wagonika, płacimy 7 zł od osoby i ruszamy. Po drodze Olka mówi nawet, że na powrocie, kiedy zejdziemy ze szlaku, to na dół też łapiemy kolejkę za te „wielkie” pieniądze. Kończy się droga asfaltowa, a z nią trasa naszego przejazdu. Do wejścia na szlak mamy jeszcze kilkanaście minut spaceru. Ten dystans pokonujemy błyskawicznie. Po drodze mijamy wielu turystów. Nie lubię takich tłumów i liczę na to, że kiedy już wejdziemy na szlak, prowadzący na Siwą Przełęcz tłum się przerzedzi. Mam nadzieję, że większość z mijanych przez nas piechurów idzie na Wołowiec czy Rohacze. To bardziej popularne kierunki, na które wiodą szlaki z tej doliny. Faktycznie moje przypuszczenia się potwierdzają. Kiedy tylko skręcamy w lewo na szlak oznaczony kolorami czarnym i żółtym, tłum znika jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki.
Początkowo droga wiedze przez teren zrywki. Po rosnących tu drzewach pozostało tylko wspomnienie. Słońce operuje dość mocno i gdyby nie rześki wiaterek to można by powiedzieć, że temperatura mogłaby nie być naszym sprzymierzeńcem, a tak to jest całkiem przyjemnie. Czuję jak z każdym krokiem moje ciało się rozgrzewa. Obawiam się trochę o prawe kolano, ale póki co działa bez zarzutu. Szlak jest dość „sympatyczny” –  są fragmenty odsłonięte, ale też takie, które wiodą przez las, gdzie można przez chwilę skryć się przed słońcem. W pewnym momencie dostrzegam, że Ola odstaje. Robię przystanek na uzupełnienie płynów i kalorii.
Młoda dochodzi do mnie i mówi, że nie wie, co się z nią dzieje, ale jest bez siły. Nie jest to dobra wiadomość w perspektywie zdobycia Bystrej. Takim tempem nie uda się nam tego zrobić. Osobiście nie mam ciśnienia na tę górę, bo już kiedyś piłem na niej Browarka. Bardziej chodzi mi o moją towarzyszkę, która na Bystrej miałaby swój debiut. Umawiamy się, że dojdziemy do Siwej Przełęczy i tam zadecydujemy co dalej. Wszystko będzie zależało od tego, o której godzinie się tam zameldujemy i jaki stan fizyczny będziemy sobą prezentować. Po tych ustaleniach ruszamy w dalszą drogę. Mi idzie się fantastycznie, Oli trochę trudniej. Widzę, że wiele ją to kosztuje i nie jest w takiej formie jak chociażby wczoraj. Wreszcie dochodzimy do miejsca, w którym zaczyna się bezpośrednie podejście. Oglądam się za siebie, żeby upewnić się, że Olka jest za mną. Widzę ją w oddali. Spoglądam na górę i zaczynam wspinaczkę po kamiennych stopniach. Idę powoli, ale bez zbędnych przystanków. Jeśli o mnie chodzi i o moje chodzenie po górach, to mogę powiedzieć jedno. Na dole się meczę, ale kiedy zaczyna się podejście czuję jak moc przybywa. Nie wiem, na czym to polega, ale dla mnie im wyżej tym lepiej. Oczywiście się nie spieszę, nie biegnę, ale mozolnie stopień po stopniu pnę się do celu. Powoli, systematycznie „łapię wysokość”. Pot zalewa mi twarz, mięśnie nóg napięte pracują jak dobrze naoliwiony mechanizm. Dużą pomoc mam w tym momencie używając kiji trekkingowych. Odkąd kilkanaście lat temu zacząłem z nich korzystać zmieniły całą filozofię mojego górskiego dreptania. Teraz nie wyobrażam sobie bez nich żadnej wędrówki. Co jakiś czas podnoszę głowę i podziwiam to, co ukazuje się przed moimi oczami.

Tatry zachodnie są niesamowite. Inne od wysokich, ale jakże piękne i majestatyczne. Widok zapiera mi dech w piersiach. Podejście nie jest trudne, ale przewyższenie spore i czuję to w kościach. Zatrzymuję się żeby wziąć łyka wody. Oglądam się za siebie i nie widzę Oli. Postanawiam, że poczekam na nią na przełęczy. Do końca pozostało mi już niewiele. Spinam się i idę do góry. Po drodze mija mnie kilka osób schodzących w dół, ale o tłumach nie ma mowy. W zasadzie to mogę powiedzieć, że oprócz mnie na podejściu nie ma nikogo. Uwielbiam to uczucie, kiedy jestem tylko ja i góry. W pewnym momencie spoglądam przed siebie i widzę cel mojej drogi.
Jeszcze kilka minut i wreszcie koniec. Widok przepiękny. Jestem w środku trójkąta: Starorobociański Wierch, Błyszcz, i te wszystkie górki ornakowe. Znajduję sobie kawałek trawy, ściągam plecak, siadam.
Cieszę się tą chwilą. Wyciągam telefon, pstrykam kilka fotek i po prostu odpoczywam. Co jakiś czas patrzę gdzie jest Ola. Zaczynam się nawet trochę niepokoić. Wreszcie widzę jak powoli zmierza na górę. Różnica w czasie między nami przy wejściu to około 15, no może 20 minut. Kiedy dołącza do mnie i siada obok pierwsze jej słowa brzmią: „Otwieraj piwo”. Myślę sobie zuch dziewczyna 😉 .
Ale mówiąc poważnie widzę, że jest mocno zmęczona. Łapie oddech, z plecaka wyciąga swoje nieśmiertelne żelki mocy i ładuje energię. Jak już dochodzi do siebie, to oczywiście nie obywa się bez sesji foto. W jej trakcie stwierdzamy, że na tym etapie kończymy naszą przygodę z Tatrami zachodnimi. Raz, że pora jest już dość późna, dwa, że Ola za bardzo nie ma sił. Czy czuję niedosyt? Nie!!!
Siedzimy tak sobie na tej przełęczy i jest nam, a przynajmniej mi tak zajebiście, że nie chce mi się dupy ruszać. Czuję się spełniony. Głowa wyczyszczona ze wszelkich negatywnych emocji. Cieszę się tą chwilą jak dzieciak.
Zapada decyzja, że przez Ornak schodzimy do Chochołowskiej. Pakujemy plecaki i ruszamy w drogę. Przyjemność z takiego spaceru trwa do momentu dotarcia do zejścia prowadzącego w dół w kierunku schroniska. Droga jest bardzo stroma i wyłożona kamiennymi stopniami. Idzie się po niej niezbyt komfortowo, a kolana dostają potężną dawkę bólu. Po kilkunastu minutach takiego dreptania mam już serdecznie dość. Z utęsknieniem wypatruję końca. W pewnym momencie na szlaku mijam mężczyznę, który prowadzi w dół może czteroletnią dziewczynkę. Dziecko jest blade i ledwo co idzie. Nie mogę tego zrozumieć. Jak można robić takie rzeczy swojemu potomstwu. Raz, że teren jest naprawdę niebezpieczny, bo nachylenie ścieżki jest bardzo duże. Dwa, że ta dziewczynka jest naprawdę drobna. Ledwo co pokonuje stopnie. Nie mogę pojąć, dlaczego ludzie to robią i narażają swoje dzieci. Może chore ambicje rodziców? Sam nie wiem?
Wreszcie udaje się nam dotrzeć do miejsca skąd do Doliny Chochołowskiej mamy tylko godzinę marszu. Tu odpoczywamy, zbieramy siły i robimy przedostatni skok. W dolinie meldujemy się dokładnie po godzinnym spacerze. Kiedy docieramy do miejsca, gdzie szlak czarny łączy się z żółtym, widzimy jak wielu ludzi schodzi z gór. Wygląda to jak ludzka rzeka. Wskakujemy w jej nurt. Wydaje mi się, że jest to ostatni moment na zejście. Szybko się ściemnia i gdybyśmy jeszcze marudzili na wysokości, to prawdopodobnie nasze zejście odbyłoby się na ”czołówkach”, a to nie jest zbyt komfortowa sytuacja. Zbliżając się do początku drogi asfaltowej i przystanku kolejki, widzimy jak nasz transport stoi. Mam wrażenie, że czeka tylko na nas. Mówimy sobie, że mamy farta, bo nie chce się nam dreptać po tej czarnej drodze, tym bardziej, że czujemy duże zmęczenie. Niestety skład rusza tuż przed naszym nosem. Nie udaje się nam załapać na zjazd i zmuszeni jesteśmy schodzić na nogach. Po dobijającym spacerku meldujemy się na parkingu.
Po drodze do domu bierzemy sobie obiadokolację na wynos i śmigamy już prosto do Poronina. W planach była jeszcze wizyta w kinie. Chcieliśmy iść na nowego Bonda, ale jesteśmy tak wyrypani, że już najzwyczajniej w świecie nam się nie chce. Wieczór kończymy bardzo sympatyczną kolacją, na którą zaprosiła nas przesympatyczna Pani Ania, czyli nasza gospodyni. Natomiast rolę gospodarza domu pełni Adam. Przy tej okazji poznaję jeszcze Kasię, siostrę Adama. Atmosfera, jaka panuje jest iście rodzinna. Popijając pyszną herbatę z sokiem i epicką nalewkę na miodzie, róży i imbirze zdaję sobie sprawę, że nasz pobyt na Podhalu się kończy. Czas wracać do domu. Jutro rano mam pociąg do Piły z międzylądowaniem w Krakowie. 
Podsumowując stwierdzam, że wyjazd był niezwykle satysfakcjonujący, pomimo tego, że nie udało się zdobyć tego, co planowaliśmy. Pogoda dopisała, a towarzystwo tym bardziej. Czekam z niecierpliwością do kolejnego wyjazdu w Tatry, bo co by nie mówić są moją miłością.
ThE EnD
Jeśli moje pisanie przypadło Ci do gustu, To będzie mi niezmiernie miło jeśli zechcesz postawić mi kawę. W ten sposób wesprzesz mnie w mojej blogowej twórczości. Wystarczy kliknąć poniższy link http://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat
Pięknie dziękuję.