Z uwagi na brak odzewu (dotyczącego quizu zamieszczonego w ostatniej relacji) z Waszej strony, nagroda w postaci weekendu dla dwóch osób w pięciogwiazdkowym hotelu w Kołobrzegu niestety przepada.
Z przykrością musiałem o tym poinformować Naszego dobroczyńcę – fundatora 😉
Na kawę !!! Bo to już była ta pora. Mogliśmy oczywiście kawę zamówić w Crisfamie, ale chcieliśmy ją wypić w nowym miejscu – gdzieś w lokalnej kawiarni. No i mieliśmy ochotę na Deltę – kawę, którą po raz pierwszy zachwyciliśmy się w kawiarni Lisboa w Krakowie. Oboje jesteśmy kawoszami. Przyznam się, że „mała czarna” jest jedną z moich słabości.
Ruszyliśmy prowadzeni kofeinowym głodem rozglądając się za kawiarnią, która by nam odpowiadała. Po drodze było kilka miejsc jednak żadne nie przypadło nam do gustu. Szliśmy w kierunku naszej ulicy. Pokonywaliśmy kręte uliczki, wzniesienia, by totalnie przypadkowo dotrzeć na punkt widokowy Miradouro da Senhora do Monte.

Na miejscu było kilka osób, przy drodze stał objazdowy kram z zimnymi napojami, na ławce siedział jakiś koleś i grał na gitarze a dookoła rozpościerała się fantastyczna panorama miasta. Przystanęliśmy na moment w tym uroczym miejscu, by gonieni pragnieniem kawy ruszyć w dół w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Schodząc ulicami do Rua de Magdalena minęliśmy pewne miejsce, które na tyle nas zainteresowało, że się cofnęliśmy i postanowiliśmy tam pójść. Zeszliśmy po schodach, które zaprowadziły nas do parku Jardim da Cerca da Graca. Park bardzo kameralny, ukryty między zabudowaniami. Przy wejściu stał kiosku, w którym można było zamówić przeróżne napoje w tym kawę, herbatę, piwo czy przekąski. Przed kioskiem stały stoliki przy których siedzieli Portugalczycy. O dziwo w całym parku nie zaobserwowaliśmy żadnych turystów. Siedliśmy przy stoliku. Ala zamówiła kawę która była 50% tańsza niż w kawiarniach przyległych do głównych szlaków komunikacji turystycznej. Siedliśmy przy stoliku, piliśmy Deltę, gapiliśmy się w słońce.
W parku było kilka osób, przeważnie młodzi ludzie, kilka osób ze swoimi psami, kilka par. Fantastyczne miejsce odkryte zupełnym przypadkiem. Powiem szczerze, że kiedy tam zasiedliśmy to dupy nam się nie chciało ruszać. Po kawie zamówiłem sobie jeszcze piwo i tak mijał czas upajania się spokojem tego miejsca. Po raz kolejny dopadła mnie magia Lizbony – zero pośpiechu, zero gonitwy i odhaczania „atrakcji turystycznych”. Park w którym się znaleźliśmy był w tym momencie naszą atrakcją i chyba nic by nie przebiło tego w tamtym czasie. Więc po co gnać jak chwile są piękne tu i teraz.
Siedząc w parku i kontemplując święty spokój usłyszałem charakterystyczny dźwięk mojego telefonu wieszczący nadejście sms-a od Aśki z informacja, że dziś od godziny 20:30 na placu De Comercio będzie się odbywał pokaz jakiś iluminacji. Chwila namysłu i postanowiliśmy, że jeśli się nam uda to chętnie możemy zobaczyć te show tym bardziej, że od naszej kwatery do placu było bardzo blisko.
Wszystko co miłe szybko się kończy można by rzecz jednak nie w Lizbonie. Bo koniec miłych rzeczy następuje dopiero po wejściu na pokład samolotu lecącego do domu. Na szczęście do tego czasu dzieliło nas jeszcze kilkadziesiąt godzin, które mieliśmy zamiar dobrze wykorzystać.
Nadszedł czas powrotu do domu tym bardziej, że czekały na nas jeszcze zakupy w pobliskim markecie i wieczorny wypad na pokaz iluminacji. Bardzo nam się nie chciało ruszać tyłków, no ale cóż począć. 😉
Schodząc w dół krętymi uliczkami dotarliśmy na Rua de Magdalena. Szybkie zakupy i na kwaterę. Standardowo naszego gospodarza nie było w mieszkaniu. Zacząłem się nawet zastanawiać czy on istnieje. Ciężko było to stwierdzić mimo, że rano słychać było jak ktoś krząta się po mieszkaniu to w dalszym ciągu gospodarz był w wersji widmo.
Wieczorem chcąc wykorzystać każdą chwilę wyskoczyliśmy na miasto coś zjeść. Zamierzaliśmy spróbować lokalnej kuchni. Wcześniej udało nam się dotrzeć na Plac de Comercio, gdzie mogliśmy obejrzeć pokaz multimedialny z cyklu „reklama na fasadzie budynków zachęcająca turystów do odwiedzin jednej z chińskich prowincji”. W ten sposób Chińczycy promowali i zachęcali ludzi do odwiedzenia swojego kraju. Na placu było sporo ludzi, głównie właśnie turystów. Show ?! No powiedziane na wyrost ale…. Pokaz trwał około 25 minut. Kiedy się zakończył postanowiliśmy zjeść gdzieś kolację. Ruszyliśmy w górę dzielnicy Baixa. Szliśmy przed siebie wiedzeni zapachem, szukając miejsca, które zachciałoby nas do zakotwiczenia. W końcu przekroczyliśmy progi jakieś restauracji. Niestety nazwy nie pamiętam, bo szczerze mówiąc nie było czego. Generalnie weszliśmy, bo w środku zobaczyliśmy kobietę, która siedziała na krześle, grała na gitarze i śpiewała Fado. Przyznaję, że ten widok nas skusił. W restauracji było sporo gości choć też wiele pustych miejsc. W lokalu uwijał się personel w ilości dwóch osób. Szczerze mówiąc patrzyłem na nich z podziwem, bo uwijali się jak pszczoły w ulu. Złożyliśmy zamówienie, następnie słuchaliśmy rzewnych pieśni śpiewanych przy dźwiękach gitary. Tak jak fanem Fado nie byłem, tak ten występ umocnił mój brak zachwytu tą muzyką. Za to zebrani w środku turyści byli zauroczeni. Cóż zdecydowanie nie moje klimaty 😉 .
Na stół po koło 20 minutach oczekiwania „wjechały” nasze dania. Ryba Ali i moja ośmiornica. Wcześniej przystawki. Dania generalnie smaczne. Ośmiornice jadłem pierwszy raz. Była grillowana, podana z ziemiankami i sałatą. Tak jak smak był całkiem, to rozmiar porcji był w wersji mini. Rachunek wyniósł coś koło 32€. Czy to dużo ? Czy mało ? Nie wiem. Czułem natomiast lekki niedosyt i to dosłownie. Po kolacji ruszyliśmy w stronę kwatery przeżywając miniony już dzień i zastanawiając się co będziemy robić jutro. Po drodze zaszliśmy jeszcze do sklepu po zakupy na śniadanie.
Lizbona jest pięknym miastem, ale jedna rzecz mnie mocno irytowała. I teraz nie wiem czy ja wyglądam na potrzebującego 😉 czy z taką częstotliwością atakowani są wszyscy turyści. Idąc wieczorową porą byliśmy non stop zaczepiani przez miejscowych dilerów narkotyków, którzy usiłowali nam sprzedać czy to kokainę czy marihuanę. W ofercie była też ekstaza, a generalnie są w stanie załatwić wszystko. O ile pierwsza taka sytuacja nie zrobiła na nas wrażenia o tyle po raz „nasty” zaczepienie przez handlarza wywoływało we mnie delikatne wkurwienie. Widać było, że w Lizbonie jest z tym problem. Chce jeszcze tylko Wam powiedzieć, że mimo takich kwaśnych sytuacji czuliśmy się bardzo bezpiecznie, bo prawie na każdym rogu w centrum stał policjant. Dziwna sytuacja kiedy na „winklu” stoi gliniarz, a koleś podchodzi i oferuje na sprzedaż pełną gamę narkotyków. Należy też dodać że sprzedający nie są nachalni. My na takich nie trafiliśmy. Powiedzenie stanowczo NIE!!, rozumieją bardzo dobrze. Jednak wykazanie delikatnego zainteresowania sprawia, że ciężko się potem od takiego typa opędzić. Kolejnego dnia Ala słyszała rozmowę jakiegoś anglojęzycznego przewodnika, który swoim klientom wyjaśniał, że w Portugalii po zalegalizowaniu tzw. miękkich narkotyków i zachłyśnięciu się liberalizmem społecznym jest teraz z tym olbrzymi problem. Narkomania stała się zjawiskiem, które szybko się rozprzestrzeniło i przysparza wiele problemów. My narkotykom mówimy stanowcze NIE !!!! Natomiast Ci z Was którzy będą chcieli zajarać skręta nad Tagiem nie będą mieli w Lizbonie żadnego problemu z zakupem.
Po zakupach wróciliśmy do domu z planem na kolejny dzień. Z planem ?? Podobno w Lizbonie nie należy niczego planować. Aaaa w gwoli ścisłości naszego gospodarza oczywiście w mieszkaniu nie było. Kładziemy się spać, zamykamy okno, bo z ulicy dochodzą nas odgłosy dobrej imprezy. Okazało się, że w kamienicy na przeciwko odbywała się chyba jakaś domówka. Było naprawdę grubo. Muza niosła się na pół dzielnicy. My jednak byliśmy tak zmęczeni naszym dreptaniem po lizbońskiej kostce, że zasnęliśmy bez problemu.
CDN…