Dojeżdżamy w okolice największego dworca kolejowego w Rzymie, czyli Termini. Tam zatrzymuje się nasz autobus. Ulica via Marsala. Przystanek znajduje się naprzeciwko hotelu Best Western Rogal Santina. Pierwsze, co robię to sprawdzam, o której możemy tym autobusem wyruszyć, kiedy będziemy żegnać Wieczne Miasto i będziemy chcieli dostać się na lotnisko. Na rozkładzie jazdy odczytuję, że pierwszy autobus na Ciampino wyrusza o godzinie 4.30. Ola jeszcze się dopytuje obsługi, czy na pewno, żeby nie było żadnych przykrych niespodzianek. Dzięki swoim zdolnościom oratorskim uzyskuje potwierdzenie. Teraz nie zostaje nam nic innego jak dostać się do naszego hotelu. Mimo, że lot trwał tylko 2 godziny, to jestem trochę padnięty. To chyba przez emocje, jakie towarzyszą nam w tej podróży. Wklepujemy w mapy Google adres naszego hotelu i spokojnym krokiem zmierzamy na kwaterę. Na szczęście Olka tak ogarnęła nam spanie, że od przystanku do celu dzieli nas około 15 minut spaceru. Pamiętajcie, kiedy będziecie organizować sobie takie wypady, zadbajcie o to, żeby nocleg był w miarę blisko od dworca, albo od przystanku komunikacji miejskiej. W dużych miastach nie jest to problem, ale w mniejszych miejscowościach już może być. Rozsądnie wybrane miejsce noclegowe może znacząco ułatwić i umilić pobyt.
Pierwsze wrażenie, jeśli chodzi o miasto? Hm. Nic wystrzałowego. Jestem nawet trochę rozczarowany. Nie czuję nic szczególnego. Po prostu wielkie miasto z mnóstwem aut na ulicach. Kiedy tak idziemy zastanawiamy się nad tym jak będzie wyglądał w rzeczywistości nasz hotel.
Wiecie, inaczej jest na zdjęciach, a inaczej może być w realu. Mi się marzy jakiś balkonik. Może być nawet mały, skromny – takie miejsce żebym mógł wieczorem przed snem usiąść, napić się wina i popatrzeć jak żyje ulica. Mam nadzieję, że uda się nam dostać coś takiego. Wreszcie docieramy do celu. Stajemy przed pięknym budynkiem. Zadzieram głowę i oczywiście spoglądam w górę. Japa mi się cieszy, bo balkony są. Obiekt wygląda naprawdę imponująco. Przez głowę przechodzi mi myśl, że jest za ładnie. Chwilę nam zajmuje dostanie się na jego teren. W końcu ktoś przy pomocy domofonu otwiera nam metalową bramę. Trafiamy do recepcji. Za biurkiem siedzi mężczyzna o azjatyckich rysach twarzy. Kiedy nas widzi robi trochę dziwną minę. Chyba przerywamy mu sjestę. Ola podaje nasze nazwiska i numer rezerwacji. Jak to we Włoszech zaczyna się rozmowa. Muszę przyznać, że Olka świergoli po włosku tak, że miło posłuchać. Nie rozumiem z tej konwersacji ni słowa. W pewnym momencie facet bierze w dłoń jakąś wizytówkę, coś na niej kreśli i jej wręcza. Okazuje się, że mamy rezerwację w hotelu, ale w Rzymie właściciele mają trzy takie obiekty. My nie będziemy spali w tym, tylko musimy się przemieścić pod inny adres. Tak się składa, że jest to dość blisko więc nie ma problemu. Dziękujemy pięknie za informację bierzemy wizytówkę i wychodzimy. Oczywiście nie zauważamy przycisku, który otwiera bramę i jak dwa osiołki łazimy w poszukiwaniu wyjścia. Z pomocą przychodzi pracownik hotelu, który z uśmiechem na ustach pokazuje, w jaki sposób możemy opuścić teren. Swoją drogą znalezienie tego magicznego przycisku otwierającego wrota nie było wcale tak oczywistą rzeczą, ale co tam. Najważniejsze, że się udało!
Pięknie się zaczyna nasza rzymska przygoda. Najpierw pijany pasażer samolotu na lotnisku w Modlinie, potem walka z biletomatami, co to były parkometrami. Teraz nie trafiamy do naszego hotelu i na dokładkę trafia się nam brama, której nie potrafimy otworzyć. Myślę sobie, co jeszcze dziś może nas spotkać? 😉
Do już właściwego hotelu docieramy po kilku minutach. Obiekt nazywa się dumnie Palma Residence. Za pobyt zapłaciliśmy 616 zł i po 14 euro opłaty klimatycznej. Budynek wygląda elegancko, a co najważniejsze widzę balkony.
Wchodzimy na recepcję. Dalej sytuacja rozwija się już po naszej myśli. Tu obsługuje nas kobieta. Pani bierze od nas dokumenty, wydaje klucze i prosi żebyśmy szli za nią, to pokaże nam nasz pokój. Wychodzimy przed recepcję. Zaczynam się niepokoić, bo zamiast do głównego wejścia kobieta schodzi schodami w dół. Otwiera drzwi, przez które wchodzimy do piwnicy. Orientuję się, że nasze spanie jest w podziemiach. Żegnaj opcjo balkonowa ! 😉 .
Przekraczamy próg naszego pokoju. Pierwsze, na co zwracam uwagę to czystość. Nie ma się do czego przyczepić. Mały pokój – dwa łóżka, nad którymi wisi okazała replika obrazu Gustawa Klimta. Wyrka idealnie pościelone, łazienka bez zrzutów. Całość dopełnia mały telewizor i lodóweczka. W zasadzie nic więcej nie potrzeba. Proszę Olę, żeby zapytała recepcjonistkę o namiar na jakąś dobrą restaurację dla lokalsów. Kobieta z uśmiechem na ustach mówi, że nie jada w tutejszych knajpach, ale poleca nam jedną trattorię. Nazywa się da Adriano. Żegna się z nami mówiąc, że gdybyśmy czegokolwiek potrzebowali, to zawsze jest ktoś na recepcji do naszej dyspozycji.
Walimy się na wyrka. Łapiemy chwilę odpoczynku i mapę w rękę. Postanawiamy, że jak tylko się rozpakujemy, to śmigamy najpierw coś zjeść a po kolacji pójdziemy zobaczyć turystyczny klasyk, czyli Koloseum. Taki mamy plan na dzisiejszy wieczór.
Sprawdzam w necie polecaną miejscówkę na jedzenie i niestety okazuje się, że do 18.30 jest zamknięta. Szybko wbijam się na facebookową stronę „Rzym – informacje, ciekawostki, porady, noclegi”. Tam trafiam na rekomendację lokalu o wdzięcznej nazwie AQUILA NERA, co na polski oznacza Czarny Orzeł. Szukam „ptaszyska” na mapie. Okazuje się, że jest w sąsiedztwie naszego hotelu. Mało tego – jest otwarty! W tym momencie wiemy, że za 15 min zasiądziemy tam do naszej pierwszej rzymskiej obiadokolacji.
CDN…


