Niebo za oknem przykryte chmurami. Taki widok utwierdza nas tylko, że dziś wybierzemy się do centrum handlowego, mieszczącego się w dzielnicy Wembley. Mają się tam znajdować sklepy outletowe znanych marek i projektantów mody. Ale zanim wybierzemy się do świątyni zakupów, schodzimy na nasze angielskie śniadanie. Stołówka jest już pełna gości. Udaje się nam znaleźć stolik. Dziś tradycyjnie: kiełbasa, bekon, croissanty z nutellą i kawa. Nie narzekamy. Najważniejsze, że najadamy się jak mopsy. Wychodzimy ze stołówki. Rolę przewodników przejmują Marta z Hubertem. Dziarsko maszerujemy na stację kolejową West Brompton.
Wchodzimy na peron. Czekamy dosłownie chwilę, kiedy nadjeżdża pociąg. Wskakujemy do środka i w drogę. Za oknami widzimy Londyn zupełnie inny niż na pocztówkach. Wyjeżdżamy poza ścisłe centrum. Tu próżno szukać turystycznych atrakcji. Prym wiodą zakłady pracy, skupy złomu i inne tego typu industrialne historie.
W pewnym momencie zauważam dwie młode kobiety ubrane w granatowe uniformy. Okazuje się, że panie kontrolują bilety. Jestem trochę tym zdziwiony, bo jak do tej pory nic takiego nam się nie przytrafiło. Ala jest w lekkim szoku. Mówi, że podczas jej kilkumiesięcznego pobytu w Londynie nigdy nie miała sprawdzanych biletów, a tu proszę. Wyciągamy nasze i pokazujemy jednej z kobiet. Pani kontrolerka skanuje kartę i po sprawie. Szybko, sprawnie i z uśmiechem na twarzy. Nagle pociąg zatrzymuje się na jakieś stacji. Okazuje się, że nasz skład uległ awarii. Nie jesteśmy szczęśliwi z tego powodu i zastanawiamy się co dalej. Kiedy już wszyscy podróżni wysiedli, skład odjeżdża. Po chwili na peron wtacza się zastępczy. Wszystko trwa kilka minut. Organizacja i logistyka na najwyższym poziomie. Praktycznie nie odczuwamy jakichkolwiek niedogodności związanych z awarią. Wsiadamy do klejonego pociągu i już bez problemu docieramy do naszego punktu przesiadkowego. Kiedy wychodzimy ze stacji kolejowej, łapiemy czerwonego angielskiego piętrusa.
Jedziemy kilka przystanków i meldujemy się na Wembley. Jestem podekscytowany, bo już z daleka widzę kopułę piłkarskiego stadionu. Świątynię nie tylko angielskiego, ale śmiało można powiedzieć, światowego futbolu. Podziwiam ten obiekt z zewnątrz. Faktycznie robi duże wrażenie.
Nasze kroki kierujemy do London Designer Outlet. Jest to centrum handlowe, w którym można ubrać się od stóp do głów. Jeśli chodzi o moją osobę, to nie mam parcia na shopping. No ewentualnie, jeśli trafię na jakąś fajną kurtkę w góry to czemu nie. Natomiast Ala, Hubert i Marta rzucają się w wir konsumpcjonizmu.
Korzystając z tego, że ekipa jest w zakupowym szale rozglądam się po okolicy. Wkoło mnie nowoczesne budynki, kawiarnie, restauracje. Nad wszystkim góruje piłkarski stadion. Stojąc na ulicy i przyglądając się temu, wyobrażam sobie co tu się dzieje, kiedy rozgrywany jest jakiś mecz. To dopiero musi być widok! Może kiedyś uda się odwiedzić Wembley przy takiej okazji. A gdyby jeszcze grał Manchester United byłaby pełnia szczęścia! Z rozmyślań wyrywa mnie dźwięk telefonu komórkowego. To znak, że rodzinne zakupy są zakończone. Spotykamy się przed centrum. Faktycznie wszyscy obkupieni. Co najważniejsze Ala sprawiła sobie nowe, wydaje się, że wygodne i „lansiarskie” trampki.
Postanawiamy, że wracamy do hotelu, by zostawić tam zakupy. Później wymyślimy ciąg dalszy na dzisiejszy dzień. Idąc do metra wychodzimy na główną aleję, którą kibice piłkarscy z pociągu podążają na stadion. Mimo, że w tym momencie jest zupełnie pusto, to czuję tu prawdziwego ducha futbolu. Robię kilka ostatnich pamiątkowych fotek i żegnamy się w Wembley.
Meldujemy się w hotelu. Łapiemy chwile oddechu. Pora jest jeszcze wczesna więc trzeba wykorzystać ten dzień maksymalnie jak tylko się da. Pada pomysł wyjścia do muzeum techniki. Szczerze mówiąc mi za bardzo nie przypada taka opcja do gustu. Po chwili dyskusji dochodzimy do wniosku, że Ala i dzieciaki idą do muzeum. Natomiast ja będę miał popołudnie dla siebie. Wychodzę z hotelu z planem w głowie. Dziś mam chwile, żeby zobaczyć, jak wygląda nasza dzielnica. Generalnie chcę dojść nad rzekę i tam spędzić trochę czasu.
Idę ulicami lawirując między mieszkańcami. Do mojego nosa docierają zapachy z pobliskich restauracji. Wszędzie słychać gwar i tętniące życie ulicy. Mijam sklepy, stoiska z artykułami przemysłowymi i stragany warzywne wystawione na chodniku. Wkoło nich ludzie oglądają wystawione warzywa i owoce, dotykają, wąchają, kupują. Wszystko świeże, kolorowe i pachnące. W tym momencie nie czuję się jak turysta tylko jak mieszkaniec Fulham. Rozglądam się dookoła. Jest tu tyle uliczek, które wiodą na pokuszenie. Każda z nich wydaje się być bardziej interesująca od poprzedniej. Staram się trzymać swojego planu i dotrzeć nad rzekę. Odpalam nawigację w telefonie. Od Tamizy dzieli mnie 30 minut spaceru. W miejscowym spożywczaku kupuję wino. Idąc w kierunku rzeki orientuję się, że nad moją głową co kilka minut przelatuje samolot, który traci wysokość szykując się do lądowania. Maszyny przelatują bardzo nisko – dosłownie nad głową. Uwielbiam gapić się na samoloty. Siadam na murku przed jakimś domkiem, odkręcam wino. Biorę łyka. Na telefonie uruchamiam aplikację flight radar i na bieżąco obserwuję maszyny, które przelatują nad dzielnicą. Aplikacja informuje mnie o tym jaki aktualnie samolot widzę i skąd wystartował.
Szybko orientuję się, że nad głową przelatuje mi dosłownie cały świat. Oglądanie samolotów wciąga. Zaczynam łapać się na tym, że czekam na kolejny, żeby dowiedzieć się skąd leci i jaka to będzie maszyna. Siedzę na tym murku chyba pół godziny. Dopiero zaczynający delikatnie padać deszcz sprawia, że dźwigam tyłek i maszeruję nad Tamizę. Po drodze mijam puby, sklepy, kwiaciarnie, punkty usługowe. Czuję się jak u siebie. Dziwne, bo nie spodziewałem się takich odczuć. Dzielnica mnie kupiła, a ja ją.
Nad rzekę prowadzi droga wiodąca przez park. Kiedy wchodzę na jego teren wita mnie tablica informacyjna.
Okazuje się, że wkraczam w progi Bishop Park and Fulham Palac. Przechodzę przez park. Ludzi praktycznie tu nie ma i to jest fajne. Cisza i spokój. Mam zamiar zobaczyć Fulham Palac i jego ogrody. Spodziewam się jakiegoś stylowego budynku z wieżami i innymi atrybutami pałacowymi. Kiedy go widzę, jestem delikatnie zawiedzony. Piętrowy budynek wykonany z cegły w kształcie kwadratu.
Wchodzę do środka z nadzieją, że może tam będzie coś ciekawszego, ale niestety spotyka mnie rozczarowanie. Wewnątrz znajduje się plac, na środku którego umiejscowiona jest skromna fontanna. Szczerze mówiąc piękniejsze pałace to ja widziałem chociażby na Dolnym Śląsku. No cóż, zostawiam to! Za to jestem pod wrażeniem zielni jaka porasta teren. Pięknie utrzymane trawniki, wspaniałe drzewa. Klimat iście bajkowy. Obchodzę pałac dookoła. Na jego tyłach znajduje się kawiarnia pod chmurką. Idę dalej mając nadzieje, że trafię na pałacowe ogrody. W pewnym momencie widzę przed sobą otwartą bramę. Przechodzę przez nią i wpadam w zachwyt.
Może nie jest to najbardziej spektakularny ogród jaki widziałem, ale w tym momencie jestem pod jego dużym wrażeniem. Mam poczucie, że idealnie pasuje do reszty otoczenia. Pięknie przystrzyżone żywopłoty, między którymi rosną przeróżne rośliny, alejki między drzewami owocowymi. Wszystko dopieszczone. Moje przekonanie o tym, że Angole znają się na ogrodach tylko się utwierdza. Wychodzę poza mury, mijam stary cmentarz, kościół i moim oczom ukazuje się Tamiza. Mam fart, bo właśnie niebo się przejaśnia i zaczyna świecić słońce.
CDN…







