Willa Tugendhat

Na szczęście restauracja w której zamierzaliśmy zjeść jest praktycznie po sąsiedzku. Meldujemy się w Jean Pauls, wchodzimy do środka. Wewnątrz praktycznie pusto. Zajmujemy stolik i składamy zamówienie. Po mojej głowie od rana „chodzi” makaron z sosem parmezanowym, natomiast Ala zmawia opcję z łososiem. Po około 20 minutach dania pojawiają się stole.
Moje spaghetti jest genialne. Makaronowi z łososiem też nic nie brakuje. Kiedy tak siedzimy i „wcinamy” zaczynamy się śmiać z tego, że po to żeby zjeść dobrze zrobiony makaron trzeba przyjechać do Brna. Obiad kosztuje nas 650 koron.

Zjedzony posiłek daje nam zastrzyk energii. Przy obiedzie Ala wyciąga przewodnik. Pokazuje mi pewien dom, który dla mnie wygląda jak bunkier i oświadcza, że skoro już jesteśmy w Brnie to ten dom musi koniecznie zobaczyć. No a jak uda się wejść do środka, to już będzie jak to mówią młodzi „sztos”. Jestem trochę tym zdziwiony, bo jak ma się nie udać wejść do środka. Przecież to zwykły dom. Co jest w nim takiego żeby nie można było się do niego dostać. W tym momencie właśnie zostaję uświadomiony o tym, że dom przypominający bunkier to willa Tugendhat. Klasyka stylu modernistycznego. Obowiązkowy punkt programu wszystkich tych, których konikiem jest architektura. Do tego domu ciągną pielgrzymki jak na Jasna Górę.  Willa ta od roku 2001 widnieje na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
Budynek powstał w latach 1929-1930. Wejście do jego wnętrza znajduje się na najwyższym piętrze trzykondygnacyjnego budynku. Natomiast z najniższego poziomu wychodzi się na ogród. Wewnątrz budynku znajduje się mnóstwo „smaczków” dla fanów projektowania wnętrz. Począwszy od innowacji  dotyczących nietypowych rozwiązań konstrukcyjnych jak na lata, w których dom powstał, skończywszy na surowej aranżacji wnętrz, przestronności i bogatych wykończeniach, gdzie prym wiedzie Machoń i Onyx.  Dom otoczony jest niewysokim  płotem a cały obiekt monitorują dyskretnie zamontowane kamery. Parkujemy nasze rowery przed posesją. Co ciekawe przed wejściem do środka nie ma ludzi. To sprawia, że zaczynamy się łudzić tym, iż możliwe, że uda nam się wejść. W przewodniku, który mamy napisane jest, że bilety na zwiedzanie  tego domu trzeba zakupić z kilku tygodniowym wyprzedzeniem. No cóż, zobaczymy a nóż widelec. Dzwonimy domofonem zamontowanym na furtce. Po chwili słyszymy charakterystyczny dźwięk odblokowywanego zamka i wchodzimy na teren obiektu.
Żeby wejść do wnętrza i kupić bilety obchodzimy budynek. Znajdujemy drzwi wejściowe do willi. W środku jest kasa biletowa, toalety i sklepik z pamiątkami. Ala idzie zapytać o możliwość kupna biletów, ja czekam na zewnątrz. Kiedy wraca pyta się mnie czy zgadnę do kiedy już są wyprzedane bilety na wstęp. Mówi też, że nie ma najmniejszych szans żeby dom zobaczyć od wewnątrz i że możemy tylko wejść na teren ogrodów. Nie mam pojęcia z jakim wyprzedzeniem trzeba starać się o bilety. Jest połowa lipca. Bilety są wyprzedane do listopada i nie ma szans żeby cokolwiek się zwolniło. Powiem szczerze, że jestem w szoku.
W życiu bym nie pomyślał, że ten dom, który mi osobiście przypomina bunkier, cieszy się takim zainteresowaniem. Mimo tego, że do środka willi nie możemy wejść, decydujemy się na zakup biletu uprawniającego do zwiedzenia ogrodów.  Jestem rozczarowany. Kiedy ktoś mi mówi , że będę w ogrodach, a w dodatku przynależących do takiej perły architektury, to spodziewam się „fajerwerków”. Tam spotyka mnie duże rozczarowanie. Obszar faktycznie spory, ładnie przystrzyżony – trawnik, klika drzew i rabat z kwiatami. Ot całe ogrody. Jedynym plusem tych ogrodów jest to, że można cały dom obejść sobie dookoła i zajrzeć gdzieniegdzie do środka przez okna co też czynimy. Jak nie możemy wejść to chociaż przez szybę zobaczymy te cudo 😉 .
Ala nie jest pocieszona takim obrotem sprawy, ale cóż. Na osłodę kupuje kilka pamiątek. Może innym razem uda nam się zobaczyć wnętrze tego wyjątkowego domu.  
Pora robi się już późna więc postanawiamy, że wracamy powoli na kwaterę. Po drodze zajeżdżamy jeszcze na pyszną kawę do jakieś włoskiej kawiarni  gdzie zalegamy na krzesełkach. Popijając małą czarną zdajemy sobie sprawę, że mimo, iż nie spinaliśmy się jakoś ze zwiedzaniem, to za nami jest bardzo intensywny dzień. Mimo wypitej kawy czujemy zmęczenie i postanawiamy nigdzie już nie zaglądać. Wracamy  prosto do domu. W planie mamy jeszcze wieczorną „posiadówę” w naszym przydomowym lokalu. Na miejsce docieramy bez większych przeszkód i w tym momencie orientujemy się, że nie mamy nic na kolację. Przydałoby się zrobić jakieś zakupy. Chwile stoimy zastanawiając się co robić? Mamy dwie opcje. Pierwsza to wchodzimy do domu, bierzemy prysznic, ogarniamy się, wskakujemy na rowery i jedziemy do Lidla. Druga jest taka, że do marketu śmigamy od razu i z zakupami wracamy na kwaterę. Mimo sporego zmęczenia wygrywa opcja druga.

 

CDN…