U Marka i Moniki meldujemy się koło godziny 19.00. Zwiedzanie ma się odbyć o godzinie 21.00. Zbiórka na miejscu wyznaczona jest na godzinę 20:45. Około 20:30 pakujemy się w czwórkę do „gangsterskiego” fordzika Moniki. Czemu gangsterskiego? Bo fordzik ma przyciemniane tylne szyby, co nadaje mu takiego właśnie „charakteru” 😉 . Humory dopisują Przed wyjazdem kompletnie nie wiem gdzie jest Siedlęcin. Marek uświadamia mnie, że to rzut beretem od Jeleniej Góry. Faktycznie po około 10 minutach jazdy trafiamy na podwórze, gdzie po obu jego stronach stoją zaniedbane zabudowania gospodarskie. Widok niezbyt zachęcający. Parkujemy auto i widzimy, że na umówionym miejscu spotkania czeka grupa około 15 osób. Jesteśmy ostatni 😉 . Szukam wzrokiem tej wieży i w zasadzie patrzę i nie dowierzam. Przed moimi oczyma stoi coś na podobieństwo starego średniowiecznego wielkiego kurnika, do którego wchodzi się przez budynek, który odbiega architekturą od wieży. Widać, że powstał dużo później niż cel naszej eskapady. Punkt spotkania jest pod przepiękna lipą. Zastanawiamy się ile ona ma lat? Wygląda na naprawdę leciwą. Jedna z jej odgałęzień jest wsparta specjalną podporą. Rozglądam się z zaciekaniem po najbliższym terenie i spostrzegam, że część wieży jest otoczona wodą. Zapewne jest to pozostałość fosy. To odkrycie sprawia, że zaczynam inaczej spoglądać na tą „słynną” budowlę, bo przecież to zamki otaczane są fosami, ale żeby wieża ? Intrygujące…
Mianowicie stojący na stoliku termos z gorącą wodą, przy nim szklanki, kawa, herbata i karta z napisem „samoobsługa”. Szczerze mówiąc spodziewałem się jakieś kawiarni, albo chociaż ekspresu. A tu proszę taki oryginalny patent 😉 . Osobiście jako miłośnik małej czarnej do kawy w takim wydaniu podszedłbym bardzo ostrożnie 😉 . Natomiast cena 3 zł za taką przyjemność jest naprawdę symboliczna 🙂 . Po zakupie biletów wychodzimy na zewnątrz i tam oczekujemy na naszego przewodnika. Po kilku minutach wychodzi do nas młoda kobieta. Ubrana jest w suknię w stylu średniowiecznym. W ręku ma zapaloną lampę naftową. Wygląda klimatycznie, jak wyjęta z tamtej epoki. Jedyne co trzyma ją w XXI wieku to buty 😉 , które do reszty ubioru za cholerę nie pasują 😉 . To właśnie jest nasza przewodniczka. Po jej kilku pierwszych słowach wiem, że czeka nas niesamowita podróż do przeszłości.
Szybki wstęp, kilka zdań wprowadzających i cała nasza grupa wchodzi do środka. Po przejściu przez pierwszy budynek wychodzimy bezpośrednio na dziedziniec, na którym jest wejście prowadzące do wnętrza bramy. Obok tego wejścia rośnie kolejna przepiękna lipa. Kiedy znajduję się na tym małym dziedzińcu mam wrażenie, że cofnąłem się w czasie. Klimatu dopełniają zapalone świece postawione przy wejściu. Następnie po przejściu kilku schodków przekraczamy drzwi wejściowe do historii. Zwiedzanie wieży zaczynamy od parteru. Pierwsza komnata- wszystko w blasku świec co sprawia, że czuję się niesamowicie. Nasza Pani przewodnik opowiada nam o miejscu w którym się znajdujemy, o jego historii, genezie powstania, o historii ziem na których się znajdujemy. Porusza kwestię kolejnych właścicieli budowli i w końcu tego, że przez cały czas, zarówno wewnątrz wieży jak i w jej obrębie, prowadzone są badania archeologiczne. Mówi nam o współpracy naukowców z polskich jak i europejskich uczelni, ale nade wszystko opisuje nam obiekt w którym się znajdujemy. Kobieta robi to z taką pasją, takim zaangażowaniem, a przy tym tak ciekawie, że w zasadzie można jej słuchać i słuchać. Wykazuje się ogromną wiedzą historyczną i naukową, zachowując przy tym bardzo wdzięczną skromność. Od niej dowiadujemy się, że podziwiamy najstarsze w Polsce drewniane stropy, że założycielem tego obiektu był Książę Henryk Jaworski. Mówi nam o tym, że budynek pełnił rolę posterunku celnego, oraz jak można powiedzieć tzw. „daczy”, z której to książę jeździł na polowania. Gwoździem programu jest wejście do komnaty, na ścianie której znajduje się malowidło, które jest interpretowane i w zasadzie przyjmowane za uwiecznienie historii o sir Lancelocie z Jeziora – jednym z rycerzy okrągłego stołu. Zwiedzanie odbywa się przy blasku świec, co nadaje mu niesamowity klimat. Jednak dopiero po włączeniu świateł można dokładniej przyjrzeć się detalom pomieszczeń, w których się znajdujemy oraz fresków dotyczących historii Lancelota.
Po włączeniu światła można w pełni podziwiać to co wieki temu zostało uwiecznione na ścianie. Co warte jest podkreślenia to fakt, że te „ średniowieczne graffiti” 😉 jest jedynym malowidłem o charakterze świeckim zachowanym z tamtego okresu w naszym kraju. Malunek ten jest cennym źródłem informacji dotyczących życia świeckiego w epoce średniowiecza. Do tego dochodzi komentarz naszej przewodniczki, która odpowiada praktycznie na każde pytanie. To wszystko sprawia, że tracimy poczucie upływającego czasu. Celowo nie przytaczam tu opowieści, legend i „smaczków” dotyczących obiektu, bo nie chce Wam odbierać przyjemności swoistego obcowania z tą historią.
Zwiedzanie kończymy na poddaszu, gdzie nasza Pani Przewodnik uświadamia całej naszej grupie m.in. to jakie znaczenie dla całego obiektu ma znajdująca się tam gliniana podłoga. W życiu nie wpadłbym na to, że jest to strategiczny element przeciwpożarowy tego typu budowli. Oczywiście nie obywa się bez opowiedzenia legendy dotyczącej oczywiście wieży, rozegranej w niej historii miłosnej i lipie, która rośnie na zewnątrz. Na koniec ze strony grupy oczywiście padają pytania, na które cierpliwie i z uśmiechem nasza Pani Przewodnik odpowiada. Jest przy tym trochę śmiechu. Na deser cała grupa już bez przewodnika, przy zapalonych światłach schodzi schodami na dół „zaliczając” każde piętro i na spokojnie podziwiając detale.