Kolejny nasz dzisiejszy cel to słynna wieża Belem. Obowiązkowy punkt programu każdego turysty, którego stopa stanęła na lizbońskiej ziemi. Będąc praktycznie rzut beretem od tej atrakcji postanawiamy, że dziś tam pójdziemy. Dzieciaki nie są jednak zbyt entuzjastycznie nastawione do tego pomysłu. Na szczęście fortel Moniki zastosowany przy wystąpieniu pierwszych oznak buntu poskutkował. Mimo to musimy zdecydowanie podnieść morale naszej młodszej części ekipy. Robimy to obiecując niesamowite lizbońskie przysmaki tym bardziej, że znajdujemy się praktycznie tuż obok miejsca, gdzie nieprzerwanie od roku 1837 wypiekane są najsłynniejsze budyniowe babeczki świata i to właśnie tam prowadzimy młodych. Chcemy zafundować im ten kultowy przysmak w oryginalnym wydaniu w miejscu, w którym miały swój historyczny początek. Pastelaria nazywa się po prostu Pasteis de Belem. Ten raj dla miłośników słodkości znajduje się tuż obok klasztoru Hieronimitów. Sam jestem ciekawy jak oryginał będzie smakował. Byliśmy już w Lizbonie, ale nie jedliśmy pastais z tego miejsca. Dzieciaki słysząc taki pomysł nieco się rozchmurzają. Przynajmniej one, bo niebo nadal jest przysłonięte ciężkimi, deszczowymi, ciemnymi chmurami.
Idąc w kierunku kawiarni, już z daleka widzimy sporą kolejkę ustawioną przed drzwiami wejściowymi. Podchodzimy bliżej. Ludzie stoją na zewnątrz, a wszystkimi dyryguje kobieta w maseczce na twarzy i stylowym ubraniu, które świadczy o tym, że jest pracownicą lokalu. Kobieta stoi jak policjant na skrzyżowaniu i kieruje ruchem. Orientujemy się, że w chwili obecnej nie ma miejsc w środku żeby usiąść, zjeść, napić się kawy. Postanawiamy, że staniemy z Alą w kolejce, kupimy babeczki, a reszta poczeka w parku naprzeciwko. Zajmujemy miejsce na końcu i czekamy na moment kiedy uda się nam zrobić zakupy. Ku naszemu zaskoczeniu kolejka „idzie” w tempie błyskawicznym. Po około 10 minutach jesteśmy przy kasie. Babeczki w stylowym opakowaniu lądują w firmowej torbie. Zadowoleni z takiego obrotu sprawy idziemy do reszty. Po drodze stwierdzam, że bez kawy nie dam rady. Na szczęście zaraz przy parku jest MC Donald. Co by nie mówić o tej sieciówce to kawę mają naprawdę dobrą. Pastais – orginał do kawy to idealne połączenie. Biorę gryza i hmm. Szczerze mówiąc nie czuję praktycznie żadnej różnicy w smaku. Te nieoryginalne z miasta smakują równie dobrze. No ale zawsze można powiedzieć, że się jadło te wyrabiane właśnie w tym miejscu, w którym się to budyniowe cudo narodziło. Aaaa właśnie jeszcze jedno. Jeśli chodzi o Pastais de Nata to polecam posypać je cynamonem. Dopiero wtedy jest petarda!
W parku jesteśmy osłonięci od wiatru, dlatego siedzi się nam miło i przyjemnie. Nie chce się nam tyłków podnosić. Czas płynie na pogaduchach, przy których oczywiście jest kupa śmiechu. No ale wieża wzywa, wieża czeka! Osobiście jestem ciekawy czy uda się nam wejść do środka, bo kiedy ostatnio byliśmy tu z dzieciakami nie było takiej opcji. Było tylu turystów którzy stali w kolejce, że szok, a poza tym zaczął padać deszcz, na który kompletnie wówczas nie byliśmy przygotowani. Podobnie jest i dziś. Aura niemal identyczna, tylko ciekawe jak z turystami?
Po drodze oczywiście zahaczamy jeszcze o Pomnik Odkrywców, który dumnie wznosi się nad brzegiem Tagu. Jest hołdem dla portugalskich żeglarzy, mających niebagatelny wpływ na dokonywanie wielkich odkryć geograficznych. Zwracam Markom uwagę na przepiękną mozaikę, która jest ułożona pod pomnikiem.
Przedstawia mapę i trasy portugalskich morskich wypraw. Mozaika ma średnice 50m i jest darem rządu Republiki Południowej Afryki dla Portugalii. Prezent sami przyznacie – bardzo oryginalny. Nam towarzysze w czasach słusznie minionych podarowali Pałac Kultury i Nauki, a Portugalia dostała przepiękną marmurową mozaikę. Jeśli będziecie kiedyś w tym miejscu spójrzcie pod nogi, bo warto 😉 .
Przy pomniku robimy szybki postój na foto i uciekamy, bo wieje tak, że mało nie pourywa nam głów.
Kiedy podchodzimy bliżej wieży okazuje się, że praktycznie nie ma zainteresowanych. Mi przez głowę przelatuje myśl, że może jest zamknięte dla zwiedzających. Takiego widoku się nie spodziewałem. Raczej byłem nastawiony na kolejki i odczekanie swojego żeby wejść do środka, a tu proszę.
Podchodzimy jeszcze bliżej. Okazuje się, że obiekt jest otwarty. Po prostu nie ma turystów. Korzystając z takiego obrotu sprawy wchodzimy na drewnianą kładkę, łączącą wieżę z brzegiem i idziemy zobaczyć to cudo architektury, które w znacznym stopniu zbudowane jest w stylu manuelińskim. Co ciekawe, pierwotnie budowla stała na środku Tagu strzegąc wejścia do portu. Jednak po wielkim trzęsieniu ziemi, które nawiedziło ten obszar w 1755r., koryto rzeki zmieniło swój bieg. Na skutek tego, wieża w chwili obecnej znajduje się praktycznie przy brzegu Tagu, a do jej wnętrza prowadzi drewniany pomost.
W 1983 roku została wpisana na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tor de Belem ma też swój polski epizod. W 1833 roku więziony był w niej generał Józef Bem, który był twórcą Legionu Polskiego w Portugalii – taka ciekawostka. Przechodzimy przez pomost, kupujemy bilety i wchodzimy do środka. Mając w pamięci ostatnie obrazy z tłumem turystów oblegających zabytek, do końca nie dowierzam, że tak się nam udało. Wewnątrz praktycznie jesteśmy sami. Obchodzimy sobie wszystko na spokojnie, robimy zdjęcia. Miejsce naprawdę ciekawe szczególnie dla ludzi, którzy są pozytywnie zakręceni na punkcie architektury. Na szczególną uwagę zasługują dekoracje motywami roślinnymi i zwierzęcymi, no i oczywiście detale o charakterze militarnym. Do tego wspaniałe rzeźbienia dekorujące balkony. Miejsce naprawdę warte zobaczenia.
Nie bez kozery niegdyś budowla była uznawana za symbol morskiej potęgi Portugalii. Wychodzimy na taras, gdzie robimy sobie sesje fotograficzną. Mimo tego, że nie ma ludzi i można spokojnie podziwiać widoki, to my długo na zewnątrz nie przebywamy. Pogoda nie ma dla nas litości. Wiatr jest coraz silniejszy, a wiszące nad nami ciemne chmury i ich odbicie w Tagu sprawia, że ze zwiedzaniem uwijamy się dość szybko. Poza tym pora popołudniowa i kiszki grające marsza przypominają nam, że właśnie nastała pora na obiad 😉 .
CDN…






