Wieczorny rekonesans

Wyciągam z kieszeni swój kawałek plastiku i wkładam do czytnika. W tym momencie drzwi niczym za dotykiem czarodziejskiej różdżki otwierają się. Kamień spada z naszych serc! Udało się! Nigdzie nie będziemy musieli już chodzić. Póki co jedna karta do drzwi w zupełności nam wystarczy. Wchodząc do środka stwierdzamy, że problem z zamkiem rozwiążemy, kiedy się wreszcie wyśpimy, czyli pewnie późnym wieczorem.
Nasze maltańskie mieszkanie na kolejnych siedem dni to dwie sypialnie z wygodnymi łóżkami i duży salon z aneksem kuchennym. Robię szybki przegląd kuchennych szafek. Stwierdzam na pierwszy rzut oka, że kuchnia jest całkiem dobrze wyposażona.
Oczywiście w salonie stoi telewizor, lodówka i stół, przy którym można zjeść śniadanie. Najważniejsze jednak jest to, że w każdym pomieszczeniu pod sufitem zamontowana jest klimatyzacja. Bez tego urządzenia nie wyobrażam sobie funkcjonowania latem w tym kraju. Poza tym w mieszkaniu mamy dwie łazienki, co niewątpliwie jest dużym atutem. Wszędzie czysto. W zasadzie nie ma się do czego przyczepić. 
Rozlokowujemy się w pokojach. Pierwsze co robię to odpalam klimę.  Biorę szybki prysznic i melduję się w objęciach Morfeusza. Marek z Moniką również idą spać.  Jedyną osobą, która nie może sobie jeszcze pozwolić na ten luksus jest Ala. Tak się złożyło, że o godzinie 17.00 ma poprowadzić szkolenie online. Kiedy my już słodko śpimy ona jeszcze przygotowuje się do zajęć. Przed przyjazdem miała obawy o szybkość hotelowego internetu. Na szczęście wi – fi w pokoju działa bez zarzutu, więc nie powinno być problemu z połączeniem i przeprowadzeniem szkolenia.
Nawet nie wiem, kiedy zasypiam. Budzę się jako ostatni. Alicja po przeprowadzonych zajęciach też położyła się spać. Ten czas, w którym kimaliśmy, okazuje się zbawienny. Samopoczucie jest już dużo lepsze. Słońce zaszło więc liczymy na to, że na zewnątrz będzie chłodniej. Postanawiamy, że ogarniemy się i wychodzimy na miasto. Rozejrzymy się po okolicy. Przy okazji załatwimy kwestię niesprawnych kart do drzwi. Marki mówią nam, że w ich pokoju klima niestety nie działa. Marecki próbował ją odpalić. Wciskał wszystkie możliwe pokojowe pstryczki i dupa. Po kilku nieudanych próbach zrezygnował, a że zmęczenie było duże więc zasnęli bez włączonej klimatyzacji.
Zebranie się do wyjścia zajmuje nam dosłownie chwilę. W trakcie wspólnej narady postanawiamy, że najpierw idziemy do głównego hotelu. Tam postaramy się załatwić sprawę kart. Przy okazji zgłosimy problem z klimatyzacją. Jak się z tym uporamy to lecimy na nabrzeże. Pospacerujemy, poznamy okolicę. Może uda się namierzyć ciekawe knajpki i oczywiście zrobimy zakupy w jakimś sklepie.
Wychodzimy z pokoju i przywołujemy windę. Drzwi elevatora się otwierają, wchodzimy do środka. Naciskamy „0”.  Winda ani drgnie. No nie, to jest niemożliwe!! Urządzenie wewnątrz sygnalizuje, że za dużo ważymy. Uwaga!!! Jest nasz czworo, bez bagaży. O co tu chodzi?! Cholera przecież nie ważymy tony?! Jedna osoba wychodzi, wtedy drzwi się zamykają. Hotelowe ustrojstwo rusza w dół. Na parterze budynku znowu jesteśmy w komplecie. Przechodząc przez hotelowy korytarz stwierdzamy, że nasza winda najprawdopodobniej żyje własnym życiem. Zastanawiamy się, co jeszcze nam się przydarzy, kiedy będziemy z niej korzystać? Mamy siedem dni więc na niespodzianki jest sporo czasu ????
Wychodzimy z hotelu. Pora jest dość późna. Mimo to na twarzy czuję powiew bardzo ciepłego i parnego powietrza. Jeszcze w windzie łudziłem się, że na zewnątrz o tej godzinie będzie trochę chłodniej niż w dzień. W zasadzie było, ale tylko trochę. Kierując się w stronę budynku głównego hotelu śmiejemy się, że szykuje się nam naprawdę gorący pobyt.
Drzwi Blu Bay rozsuwają się przed nami jak na rozkaz. W środku panuje miły chłód, za który możemy dziękować sprawnie działającej klimatyzacji. Nasza uzdolniona dwójka poliglotów, czyli Marek i Ala podchodzą do recepcji. Tłumaczą w czym jest problem. Pracownik z uśmiechem zabiera niesprawne karty. Z wygodnej skórzanej kanapy obserwuję całą akcję. Recepcjonista coś sprawdza, robi jakieś czary mary z plastikowymi kluczami, oddaje je twierdząc, że wszystko jest ok. Co do klimy to przyjdzie pracownik, który dołoży wszelkich starań, żeby usunąć usterkę. Cała rozmowa i ogarnięcie kart trwało dosłownie chwilę. Jestem miło zaskoczony takim obrotem. Szczerze mówiąc nie wiedziałem czego w takich sytuacjach można się spodziewać. Mając w pamięci załatwianie podobnych kwestii przez egipskich hotelarzy, to na Malcie obsługa jest pierwsza klasa. Żegnamy się pięknie i uciekamy na miasto.
Idziemy po chodniku wzdłuż kamienic. W pewnym momencie mijamy sklep, który zwraca moją uwagę. Nad jego drzwiami wejściowymi wisi szyld z dużym napisem „ Happa Malta garden shop”. Po obu stronach nazwy widnieją liście marihuany. W tym momencie przypominam sobie, że na wyspie zalegalizowana jest posiadanie i sprzedaż tego zioła 😉 .
Wychodzimy na główną ulicę, biegnącą wzdłuż morza. Jesteśmy pod wrażeniem. Mnóstwo ludzi, lokali gastronomicznych, pubów, sklepów. Wszystko mimo już późnej pory tętni życiem. Po chodnikach przemieszczają się tłumy turystów takich jak my. Odpicowane grupy dziewczyn w błyszczących kieckach, stukając obcasami podążają na imprezy. W pubach siedzą ludzie pijąc drinki. Ewidentnie w knajpach właśnie zaczyna się biesiadowanie. Do naszych uszu dochodzi muzyka grana w poszczególnych lokalach. Zwracam szczególną uwagę na tutejsze puby. Jestem zaskoczony ich usytuowaniem. Nigdy tak położonych lokali nie widziałem. Otóż główne pomieszczenia lokalu są wkomponowane w kamienice. Przed nimi najnormalniej w świecie biegnie chodnik, gdzie bezpośrednio po jego drugiej stronie są knajpiane ogródki. Kiedy idziesz takim szlakiem, który zresztą nie jest zbyt szeroki, to po jednej stronie masz bary, a po drugiej barowe stoliki. Trzeba mieć dużo silnej woli, żeby nie zrobić sobie tu przystanku 😉 .
Atmosfera dzielnicy jest jakby to ująć bardzo „luźna”. Zero spiny, ludzie uśmiechnięci, pozytywnie nastawieni. Żadnego chamstwa czy buractwa jak to czasem się zdarza nad Bałtykiem. Tu czuć specyficzny klimat taki trochę włosko-portugalski. Bardzo mi to odpowiada.
W pubach króluje młodzież, która ochoczo wprowadza do swoich organizmów bajkowy nastrój. Co ciekawe, mimo że zioło jest na Malcie legalne to nie zauważam, ani nie czuję, żeby ktoś, gdzieś konsumował.
Przechodzimy na drugą stronę ulicy, siadamy na ławce z browarkami w ręku i przyglądamy się jak promenada tętni życiem. Jesteśmy pod wrażeniem. Naprawdę jest tu zjawiskowo! Cała nasza czwórka wie, że będziemy mieć super urlop o ile nie wykończy nas upał 😉 .
Siedzi się nam bardzo miło. Zimne napoje doskonale się sprawdzają w takim klimacie 😉 . Spoglądam na zegarek. Niestety pora jest już późna, poza tym dopiero teraz „wychodzi” nam całe zmęczenie spowodowane podróżą. Postanawiamy się „zwijać”. Po drodze zachodzimy jeszcze do sklepu. Kupujemy standardowe produkty na kolację i jutrzejsze śniadanie. Po 5 minutowym spacerze jesteśmy znowu w naszym hotelowym pokoju. Razem z Markiem siadamy na skórzanych kanapach i ogarniamy maltańską TV. Dziewczyny szykują się do spania. W pewnym momencie słyszymy pukanie. Zastanawiamy się kto to o tej porze może nas nawiedzać?
Marek otwiera drzwi. Do środka wchodzi młody mężczyzna o ciemnej karnacji. Po jego garderobie szybko orientujemy się, że to gość, który jest z obsługi hotelowej. Młody chłopak przedstawia się imieniem Rufus, oświadczając jednocześnie, że przyszedł sprawdzić co z klimatyzacją w pokoju Moniki i Marka. Jestem pod wrażeniem, że w tym hotelu są takie standardy. Dziś zgłaszamy usterkę i tego samego dnia jeszcze ktoś się pojawia, żeby nam pomóc. Jest to naprawdę imponujące. Marek tłumaczy mężczyźnie, że klima nie działa, że naciskał wszystkie możliwe przyciski i nic. Gość stoi słucha uważnie, po czym podchodzi do komody, odsuwa ją. W tym momencie Marek zauważa, że na dole w ścianie jest zainstalowany włącznik. Rufus pochyla się, pstryka włącznikiem i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki klimatyzacja odpala.  Koleś wychodząc uśmiecha się, i jeszcze raz nam powtarza, że gdyby coś to on jest do naszej dyspozycji. Zatrzaskuje za sobą drzwi. W tym momencie wybuchamy gromkim śmiechem. Co to była za sytuacja. Najszybsze naprawienie usterki na świecie. Całość Rufusowi zajęła dosłownie minutę. Zgodnie stwierdzamy, że zasługuje on na miano pracownika miesiąca 😉 . Poza tym, że mamy ubaw z tej całej sytuacji, to zastanawiamy się jaki geniusz montuje włącznik klimatyzacji za komodą? Ta kwestia pozostaje niewyjaśniona do dnia dzisiejszego.
Przed snem siadamy jeszcze w salonie. Popijając zimne browarki zastanawiamy się jak zagospodarować jutrzejszy dzień? Jest wiele możliwości tylko… Hm, co jutro? Ala otwiera przewodnik. Wertuje strony, rzuca pomysłami jak z rękawa. Mi w zasadzie jest wszystko jedno. Jestem przekonany, że gdziekolwiek byśmy nie poszli, to w takim towarzystwie i w tak pięknych okolicznościach przyrody i, jakby to klasyk powiedział: tak niepowtarzalnych, to wszędzie będzie super. Jednak po krótkiej naradzie postanawiamy, że jutro będziemy eksplorować stolicę Malty, czyli Vallettę. Jedyna kwestia, która nas zaczyna przerażać to temperatura. Pojawia się nawet pomysł, że obudzimy się bardzo, bardzo wcześnie rano i zanim zrobi się gorąco my już będziemy leżeć na plaży po zwiedzaniu. Pomysł wydaje się jak najbardziej racjonalny, jednak po wymianie spojrzeń śmiejąc się stwierdzamy, że nikt ani nic nie zmusi nas do zrywania się o wschodzie słońca z wyrek. Tym bardziej, że mamy urlop!
CDN…
Jeśli masz taką możliwość i lubisz moją twórczość zostań Patronem ZpŚ. Pomóż mi rozwijać ten projekt. Wystarczy kliknąć link  https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl
Możesz postawić mi też kawę —-> https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat ten sposób również wesprzesz moje działania w sieci.
Za okazaną pomoc serdecznie dziękuję.