Na kwaterę docieramy tak po godzinie 21.00. Przed lokalem siedzi młodzież popijając browar i tocząc dyskusje. Idziemy do pokoju, gdzie szybko zakładamy cieplejsze ubranie, bo robi się trochę chłodno i schodzimy na dół napić się czeskiego piwa. Zanim zajmujemy stolik, naszą uwagę zwraca miejsce, z którego dobiega muzyka – są to rytmy z lat dwudziestych, trzydziestych. W oddali w parku, przy którym mamy naszą kwaterę,  zauważamy namiot pod którym tańczy kilka osób. Zaciekawieni postanawiamy podejść i przyjrzeć się temu z bliska, bo widok niecodzienny. Osobiście  nigdy nie widziałem żeby w naszym kraju w ten sposób spędzano wieczory. Oczywiście widzi się czasem na ulicach, a bardziej gdzieś na starówkach większych miast ludzi tańczących hip hop czy inne wygibasy, ale żeby takie rytmy i takie klimaty, to tego nie widziałem. Podchodzimy bliżej i z zaciekawieniem podziwiamy taneczne popisy młodych ludzi. Oboje jesteśmy pod wrażeniem tego widoku. Tylko my  jesteśmy tymi ciekawskimi – stoimy jak wryci i gapimy się na bawiących się młodych ludzi. Jesteśmy jak zahipnotyzowani. Magia tej chwili pełnej pasji, rozbawienia i swobody jest wręcz „odurzająca”. Widać wyraźnie, że taneczne towarzystwo zna się bardzo dobrze. W zasadzie jesteśmy przekonani, że na takich ”parkowych imprezach” spotykają się regularnie.
Na taką atrakcję naszliśmy kiedyś w Pradze. Przez przypadek trafiliśmy z Alą do jakiegoś lokalu, gdzie wewnątrz ludzie tańczyli tango. Żeby było śmiesznie nie tylko odbywała się tam świetna zabawa, ale również miejsce  miało wysmakowany wystrój. Lokal znajdował się w pałacu Lucerna, którego wnętrze nawiązywało do stylu secesyjnego. Dodatkowo na wejściu z sufitu pasażu zwisała słynna rzeźba Davida Černy, przedstawiająca zdechłego konia, na którym siedział książę Wacław. Widok zadziwiający, bo koń wisiał do góry nogami. W wielu przewodnikach możecie o tym poczytać i zobaczyć zdjęcia z tym osobliwym dziełem. Dla nas dużym przeżyciem była nieplanowana, spontaniczna wizyta w takim  miejscu, ze „szczyptą” wysmakowanej zabawy w stylu argentyńskim. Podobnie teraz klimat jest niesamowity mimo, że styl tańca i muzyka całkowicie odmienna od współczesności. Oboje podziwiamy taką formę spędzania wolnego czasu. Zachwyceni stwierdzamy, że Brno na dzień dobry wita nas zaskakująco i niepowtarzalnie. 
Zostawiamy roztańczone towarzystwo i zmierzamy do stolika. Ala idzie złożyć zamówienie. Dla mnie bierze piwo a dla siebie usiłuje zamówić herbatę z cytryną. Dlaczego usiłuje?  A dlatego, że barman za cholerę nie wie o co jej chodzi. Nie może pojąć jak można pić herbatę z cytryną. Kompletnie zero kumania tej kwestii. No, ale zamówienie ostatecznie  przyjmuje. Kiedy do stolika kelner przynosi  herbatę, to padamy ze śmiechu. Owszem herbata jest w czajniczku elegancko podana,  do tego sok cytrynowy w saszetkach. Wszystko byłby okey, gdyby tą herbatą nie okazał się być rumianek heheh. Niezły mix – rumianek z cytryną. Podobną przygodę z tym tematem mieliśmy podczas naszej wizyty w Jonas Bar w Estoril. Tam też obsługujący zrobił wielkie oczy, kiedy Ala poprosiła o herbatę z cytryną. Siedząc tak przy stole stwierdzamy, że herbata z cytryną musi być typowo polskim wynalazkiem.
Jak do tej pory przy okazji naszych wojaży za granicą nie udało się nam takiej herbaty nigdzie znaleźć. Może Wy macie w tej kwestii jakieś ciekawe doświadczenia? Podzielcie się. Chętnie dowiemy się, gdzie poza Polską możemy napić się herbaty z cytryną 😉 ?
Przed godziną 22.00 postanawiamy iść spać. Płacimy rachunek i przez magiczne drzwi, prowadzące do toalet idziemy do naszego pokoju. Jesteśmy już dobrze zmęczeni, bo dzień był pełen wrażeń. Bierzemy szybki prysznic i kładziemy się do wyrka. W tym momencie dociera do mnie fakt, że przecież centralnie pod naszym oknem stoją stoliki restauracji, przy których nadal toczą się żywe dyskusje i leje się piwo. Mimo, że lokal jest teoretycznie otwarty do godziny 22.00, to przecież wiemy jak to bywa. Czy uda nam się zasnąć przy żywo i głośno toczących się dysputach? Mam co do tego duże obawy. Jak się okazuje są one bezzasadne i jestem miło zaskoczony. Gdy tylko wybija godzina 22.00 głośne rozmowy cichną. Zaciekawiony wyglądam przez okno i widzę, że obsługa lokalu zwija krzesełka, a towarzystwo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki momentalnie się rozchodzi. Zostaje tylko dwóch amatorów nocnych rozmów, ale dla nas nie stanowiło to już problemu. Jesteśmy tak zmęczeni że padamy jak „kawki” .

 

CDN…