Na kartce mamy polecajkę kulinarną, którą w dniu naszego meldunku w hotelu dał nam recepcjonista. Ma być tam swojsko, tanio, bez turystów. Okazuje się, że lokal jest praktycznie po sąsiedzku. Na pierwszy rzut oka faktycznie turystów brak. Przy stolikach stojących na chodniku w zdecydowanej większości siedzą lokalsi. Znajdujemy sobie miejsce, siadamy. Czekamy dłuższą chwilę, nim orientujemy się, że po kartę trzeba podejść do baru. Biorę w rękę menu, wracam do stolika. Rzut oka na to, co kuchnia serwuje. Obserwuję kątem oka dania naszych sąsiadów i jestem pod wrażeniem. Wygląda zacnie, zapachy też są przyjemne. Zamawiam baraninę na talerzu, natomiast Ala uderza w tutejszy klasyk, czyli Adana Kebab. Zamówienie złożone, teraz pozostaje nam tylko oczekiwanie. Siedzimy i czekamy, czekamy i czekamy. Widzę, że obsługa – choć liczna – krąży między stolikami bez ładu czy składu. Kiedy mija dwadzieścia minut, zaczynamy się niecierpliwić. Ala zaczepia kelnera. Młody chłopak przyjmuje od nas zamówienie, robi przy tym zdziwioną minę. Ta reakcja nie wróży nic dobrego. Czekamy dalej.
Obok nas siedzą dwie kobiety. Po ich wyglądzie obstawiamy, że to także turystki. Obserwujemy je, widzimy, że są bardzo, ale to bardzo zdenerwowane. Domyślamy się dlaczego. Kiedy my tu dotarliśmy, one już siedziały i zapewne czekały na zamówienie. Na naszym stoliku pojawia się moja baranina. Wygląda średnio, ale smakuje naprawdę wybornie.
Wcinam swoje danie, natomiast Alicja nadal czeka. Sytuacja robi się trochę dziwna, bo ja kończę, a przed nią nadal pusty stół. Odkładam talerz i w zasadzie posiłek przechodzi do historii, natomiast Ali kiszki grają marsza niemiłosiernie. Spoglądam na turystki obok, dostrzegam w ich oczach dużą dawkę irytacji.
Podejmujemy radykalne kroki, bo nie możemy doczekać się na dalszą część zamówienia. Ala macha na kelnera. Chłopak zdaje się ignorować jej gesty. Nawet nie podchodzi do stolika. Po kolejnych dziesięciu minutach w oczach mojej kobiety dostrzegam błyskawicę. Wstaje i na pełnej petardzie rusza do baru. Po chwili wraca i siada do stolika. Mija pięć minut kiedy wreszcie dostaje swoje danie. Tymczasem kobiety przy sąsiednim stoliku nadal siedzą przy pustym. Kiedy dostrzegają, jak się tu załatwia sprawy, robią to samo, co Ala. Taka postawa przynosi rezultat. Po chwili dostają zamówienie. Po skończonej biesiadzie dopijamy herbatę, dźwigamy tyłki, wracamy na kwaterę.
Po drodze zastanawiamy się, o co chodziło w tym lokalu. Dlaczego tak nas potraktowano? Mamy dwie koncepcje. Pierwsza jest taka – i w nią chcemy wierzyć – że obsługa tego przybytku jest po prostu zakręcona jak budka ślimaka. Druga, że zostaliśmy zignorowani dlatego, że Alicja jest kobietą i generalnie kelner nie miał ochoty jej obsłużyć. Cóż, jak było? Tego pewnie się nie dowiemy. Najważniejsze, że z pełnymi brzuchami wracamy do hotelu.
Oczywiście po drodze na naszej dzielni zahaczamy jeszcze o kilka sklepików z pamiątkami. Przy okazji toczymy kolejne pojedynki z miejscowymi restauracyjnymi naganiaczami. Jedna sytuacja szczególnie mnie rozśmieszyła. Kiedy szliśmy sobie spokojnie, zobaczyłem kolesia w pustym lokalu, który, kiedy tylko dojrzał nas przez okno, wybiegł jak poparzony. Facet bał się, że miniemy restaurację, a on nawet do nas nie zagada. Wyglądało to przekomicznie.
Wreszcie docieramy do Wonder Wood. Jesteśmy wykończeni. Ten dzień kosztował nas wiele emocji. Poza tym zrobiliśmy naprawdę mnóstwo kilometrów. Oboje śmiejemy się, że chyba jesteśmy już za starzy na takie zwiedzanie. Hmmm… chyba coś w tym jest, wszak latek przybywa. Musimy się dostosować. Zanim kładziemy się spać, postanawiamy, że jutro idziemy zobaczyć jedną z bardziej instagramowych dzielnic Stambułu. Jak już ją „zdepczemy”, to zobaczymy, co dalej.
Macam dłonią blat szafki nocnej. Odruchowo szukam telefonu. Nie wierzę, po prostu nie wierzę! Spoglądam na zegarek – jest 05:20. Za oknem słychać śpiew muezina, który swoim głosem wzmacnianym przez mikrofon nawołuje wiernych do modlitwy. To nie dzieje się naprawdę. Przecież jest środek nocy. Na szczęście po kilku minutach ponownie nastaje cisza. Nawet nie wiem, kiedy zasypiam.
Budzę się dosłownie chwilę po godzinie ósmej. Ala krząta się w łazience. Pytam, dlaczego nie śpi. Kiedy kończę to zdanie, w zasadzie już wiem. W kuchni właśnie hotelowi goście zaczynają śniadanie. Wcześniej sympatyczna starsza pani musiała je przygotować. Alicja ze swoim płytkim snem nie miała szans pospać dłużej. Mi się jakoś udało. Otwieramy drzwi, robimy cztery kroki i siadamy przy stoliku. Na śniadanie to samo co wczoraj, z tym że nie prosimy już o kawę, a pijemy herbatę. W zasadzie to poranek jest kopią wczorajszego. Ala z hotelu wychodzi pierwsza, idzie do pobliskiej kawiarni, ja po jakimś czasie do niej dołączam. Spijamy lavazze, ogarniamy trasę do naszego dzisiejszego głównego „turystycznego” dania jakim jest dzielnica Balat. Przed opuszczeniem kawiarni jeszcze raz zerkamy na mapę. Od celu dzieli nas jakieś 25 minut spacerem. Możemy kombinować metrem czy innymi środkami komunikacji miejskiej, jednak po wczorajszej przygodzie z tramwajem jednogłośnie stwierdzamy, że z miłą chęcią się przejdziemy.
Drepczemy iście spacerowym tempem. Po drodze mijamy sklepiki, restauracje, punkty usługowe.
Im dłużej trwa nasz spacer, tym bardziej zagłębiamy się w nieturystyczne klimaty miasta. Stambuł budzi się do życia. Handlarze wystawiają swoje stoiska, mieszkańcy z reklamówkami zakupów przemieszczają się między marketami.
Gdzieniegdzie przed lokalami siedzą Turcy, popijając herbatę. Z okolicznych hoteli wyłaniają się zaspani turyści. Uwielbiam tego typu akcje.
Śmigamy chodnikiem, kiedy w pewnym momencie w oddali widzimy stojący przy ulicy wózek handlarza preclami. Podchodzimy bliżej, dostrzegamy, że w środku zamiast pieczywa wyleguje się wielki stambulski kocur. Futrzak wygląda zjawiskowo – jak w inkubatorze. Znalazł sobie idealną miejscówkę do porannej drzemki.
Kiedy tylko do niego podchodzimy, kot wpada w amok miziania. Jest po prostu przeuroczy. Zatrzymujemy się przy nim na dłużej i, oczywiście, odwzajemniamy jego uczucia, serwując mu solidną porcję „głasków”. Koty w tym mieście to temat na odrębną historię!
Przy naszym futrzastym przyjacielu moglibyśmy siedzieć naprawdę długo, jednak pora ruszać. Przechodzimy przez jezdnie, skręcamy w prawo, wchodzimy w boczną ulicę.
Mijamy sklep, którego towar wystawiony jest dosłownie na chodniku. Naszą uwagę przyciągają jasne kostki, poukładane w kopczyki między asortymentem. Zastanawiamy się, co to może być, bo jakoś dziwnie to nie pasuje do miodów i różnego rodzaju owoców, które są wystawione na sprzedaż. Podchodzę bliżej, wącham… eureka, wiem! Między artykułami spożywczymi leżą stosy mydła w kostkach.
Trochę mnie dziwi, że tuż obok jedzenia wystawione są kostki mydła, ale cóż – co kraj, to obyczaj. Z zaciekawieniem obchodzę sklep dookoła. W pewnym momencie, za wystawową szybą, zauważam całe plastry miodu ułożone w plastikowych wiaderkach. Oczywiście, można je kupić, ale ich widok mnie zaskakuje – zwłaszcza że między nimi dostrzegam martwe pszczoły.
Zastanawiamy się z Alą, do czego to może się przydać, jak można to wykorzystać w gospodarstwie domowym. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś sprzedawał pszczeli urobek w takiej postaci.
O tym, że idziemy w dobrym kierunku, świadczą grupki azjatyckich turystów z aparatami w dłoniach. Kiedy dostrzegamy trzy kolorowe budynki – jeden z nich porastają niebieskie, zwisające kwiaty – i widzimy ludzi, którzy z obłędem w oczach fotografują się na ich tle, wiemy, że jesteśmy na miejscu.
CDN…
Zostań PaTrOnEm bloga Zmysłami przez Świat. Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem 😉 https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat
Do moich Patronów i kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży
Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !








