Wieczorna baranina u Turka

Kiedy wchodzę do pokoju ekipa jest porozkładana na wyrkach. Są pod wrażeniem muzeum, w którym byli. Mówią, że zdecydowanie było warto i spędzili tam fajny czas. Super, bo ja też na brak wrażeń nie narzekam.  Ala pyta, czy jestem głodny? Nie zaprzeczam a nawet potwierdzam, że potrzebuję coś zjeść, bo kilkugodzinne szlajanie się po dzielni sprawiło, że kiszki grają mi marsza. Dowiaduję się, że oni są już po kolacji. Byli w fajnej tureckiej restauracji, która mieści się po sąsiedzku. Są pod wrażeniem obsługi, ale też jedzenia. Hubert z błyskiem w oku mówi, że w tym lokalu stołował się Boris Jonson. Mimo, że Ala jest już po kolacji to postanawia, że oboje zawitamy w Efes Restaurant. Młodzi oczywiście nie wykazują zainteresowania. Mało tego, kiedy komunikujemy im, że wychodzimy na kolację nie kryją swojego entuzjazmu.
Efes znajduje się praktycznie kilka minut od hotelu. W trakcie spaceru Ala uprzedza mnie, że jest tam bardzo wytwornie. Osobiście wyobrażam sobie zwykłą jadłodajnię w tureckim stylu z „kebsem”. Jestem bardzo ciekawy jak to wszystko będzie się prezentowało? Kiedy tylko przekraczamy próg restauracji, wita nas ubrany w nienagannie białą koszulę kelner. Pierwsza moja myśl jest taka, że faktycznie jest klasa. Wnętrze lokalu jest bardzo eleganckie. Wszystko na wysoki połysk, z dbałością o detale. Czuję się trochę nieswojo. Naprawdę miejsce pierwsza klasa. Oczywiście pan prowadzi nas do stolika. Po chwili przynosi kartę dań. Rozglądam się i nie mogę wyjść z podziwu. Ktoś stworzył tu naprawdę bardzo elegancką turecką restaurację. No dobra, wystrój robi wrażenie, ale jak z jedzeniem? Ala zapewnia mnie, że jest pycha. Po chwili przy naszym stoliku zjawia się obsługa.  Mężczyzna przynosi nam kartę dań. Składamy zamówienie.
Na moim talerzu leżą dwa zacne kawałki baraniny, ryż i papryka. Ala zamawia sobie przekąskę. Faktycznie, jeśli chodzi o smak to „Turek” daje radę. Danie jest naprawdę pyszne. Zdecydowanie warte swojej ceny i to niemałej, ale co tam. Jesteśmy na wakacjach 😉 . Kończymy biesiadę. Kulinarnie jestem ukontentowany. Płacimy rachunek i szykujemy się do wyjścia. Kiedy tylko podnosimy się z krzesełek zauważam jak do drzwi wejściowych podchodzi jeden z pracowników i je otwiera. Trochę mnie to dziwi. Jeszcze z takim zachowaniem się nie spotkałem. Ala mówi mi, że jak była z dzieciakami było identycznie. Facet po prostu otwiera przed klientami drzwi i czeka, kiedy wyjdziemy. Powiem szczerze, że jestem pod wrażeniem efeskich obyczajów.
Po kolacji postanawiamy, że skoczymy jeszcze do Old Oak na Ginnessa. Efes jest praktycznie po sąsiedzku, więc już po chwili wchodzimy do pubu. Zajmujemy  stolik, zamawiamy po piwku. Od progu wita nas domowa atmosfera.  Widać, że przychodzą tu stali bywalcy. Kiedy siedzimy podchodzi do nas mężczyzna. Przedstawia się i pyta czy może się dosiąść. Jasne, że tak. Alicja będzie miała możliwość podszlifowania swojego angielskiego. W zasadzie to może i tak by było, gdyby nie to, że facet jest Irlandczykiem i generalnie ciężko jest go zrozumieć. Mimo to Ala daje radę. Ja łapię piąte przez dziesiąte. Kurtuazyjna konwersacja trwa ładnych kilka minut. Co ciekawe, kiedy na „tapetę” wchodzą sprawy polityczne gość zaczyna się denerwować. Kieda Ala mówi mu, że my do Niemców nic nie mamy i że wojna zakończyła się kilkadziesiąt lat temu, że to historia, to facet się „gotuje”. Mówi nam, że on nie lubi Niemców i Anglików. I tu zastanawia mnie to, że skoro nie lubi Anglików to, dlaczego mieszka w Londynie? Cóż zostawiam to. W pewnym momencie atmosfera robi się napięta. Mimo, że nie może być tu mowy o jakiejkolwiek agresji, to coś wisi w powietrzu. Na szczęście naszego Irlandczyka przywołuje do stolika jego kompan. My kończymy nasz browar i ewakuujemy się z lokalu. Pora jest już dość późna, a jeszcze musimy ustalić, co robimy jutro. W pokoju postanawiamy, że nasz kolejny dzień w Londynie spędzimy na podziwianiu Małej Wenecji, a przy okazji odwiedzimy Camden Town. Poza tym wieczorem mamy umówione spotkanie z moimi bliskimi koleżankami – Magdą i Martą, które w Londynie mieszkają już kilkanaście lat. Super będzie je spotkać i pogadać. Nie mogę się doczekać. Przykładam głowę do poduszki i zasypiam.
Po odprawieniu porannych rytuałów schodzimy na śniadanie. Przed zejściem do restauracji lustrujemy pogodę. Co ciekawe i bardzo pokrzepiające, dziś aura jest po prostu piękna. Wreszcie się doczekaliśmy. Za oknem jest słonecznie i ciepło. Idealny dzień do zwiedzania.
W hotelowej stołówce tłum i gwarno. Zajmujemy miejscówkę i atakujemy bufet. Mimo, że jeszcze wczoraj rano się zarzekałem, że mam już dość „angielskich śniadaniowych frykasów”, to odruchowo sięgam po kiełbasę i bekon. Reszta załogi też dba, żeby ich posiłek był odżywczo wartościowy ???? . Co ciekawe – zauważam, że niektórzy goście na śniadania przychodzą ze swoim jedzeniem. W zasadzie jest to jakieś wyjście z tej kulinarnej hotelowej monotonii.
Dzisiejszy dzień do godzin wieczornych organizuje Alicja. Na pierwszy ogień idzie Mała Wenecja. Jest to dzielnica Londynu, przez którą przechodzi sieć kanałów. Jestem bardzo ciekawy jak to wygląda? Czy faktycznie zasługuje na to miano? Nigdy wcześniej nie słyszałem o tej dzielnicy. Podobno jest zjawiskowa.
CDN…
Jeśli moje pisanie przypadło Ci do gustu,  to będzie mi niezmiernie miło jeśli zechcesz postawić mi kawę. W ten sposób wesprzesz mnie w mojej blogowej twórczości. Wystarczy kliknąć poniższy link https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat
Pięknie dziękuję