Naprzeciwko naszego kawowego stolika jest sklep z pamiątkami. Wykorzystując ten fakt dziewczyny robią zakupy. Kiedy wracają mówią nam z uśmiechem na ustach i błyskiem w oku, że ceny w tym miejscu są dwa, trzy euro niższe niż przy głównej ulicy. Wybór ogromny od magnesów na lodówkę, przez kartki pocztowe, torby, chusty, karty do gry, różnego rodzaju figurki i inne tym podobne rzeczy.
Na stole wreszcie pojawia się kawa. Poślizg w zamówieniu prawdopodobnie powstał dlatego, że obsługująca sama ogarnia całą kawiarnię a, że ludzi jest sporo więc kobieta najnormalniej w świecie nie wyrabia na zakrętach między stolikami.
Kryjąc się w cieniu parasola sączymy czarny jak smoła napar. Przyglądamy się nieustannemu pochodowi turystów. Kawiarnia mieści się w bocznej ulicy. Z racji tego zwiedzających powinno być tu nieco mniej. Niestety nic z tych rzeczy. W bocznych ulicach Valletty również panuję spory tłok. Ta sytuacja mówi nam, że zdecydowanie eksplorujemy miasto w szczycie ruchu turystycznego. Popijając kawę zastanawiamy się, gdzie teraz? W trakcie szybkich konsultacji podejmujemy decyzję, że idziemy w stronę wybrzeża. Po drodze poszukamy czegoś na ząb.
Z odpowiednią dawką kofeiny w organizmie i obranym celem ruszamy na dalszy podbój stolicy. Wchodzimy ponownie na główną arterie miasta. Razem z ludzką masą przemieszczamy się w stronę morza.
W oddali między ścianami budynków widzimy jego błękit. Po drodze do celu wychodzimy na spory plac. Nie jest to zwykły plac. Jest on niezwykły dlatego, że jego fragment stanowi fontannę. Z betonowej nawierzchni punktowo w górę wznoszą się słupy wody. Takie okoliczności przyrody sprawiają, że w naszym spacerze robimy pauzę. Dziewczyny wykorzystują „maltańskie źródła” żeby się schłodzić i pstryknąć kilka klatek.
W wodnych wygłupach towarzyszy im Marecki. Natomiast ja korzystając z cienia chowam się przed słońcem. Wierzcie mi, jestem stworzeniem ciepłolubnym, ale lejący się z nieba żar po prostu mnie miażdży. Siedzę na krawężniku pod ścianą jakieś kamienicy. Czuję się „wypompowany”, totalnie bez sił i energii. Myślę, że na moje samopoczucie duży wpływ mogą mieć tabletki, które od niedawna łykam na moją depresję. Cóż taka sytuacja. Mam tylko nadzieję, że te piguły od pani doktor w perspektywie czasu dadzą radę. Z zadumy wyrywa mnie obraz Moniki i Ali, które biegają po wodzie tak jakby miały z powrotem po naście lat.
Kiedy kończy się czas pląsów między strumieniami na maltańskim placu, postanawiamy coś zjeść. Nasze apetyty zaostrzają dochodzące z pobliskich knajpek obłędne zapachy przygotowywanego jedzenia. Razem z Markiem chcemy spróbować tradycyjnej maltańskiej potrawy, czyli królika. W naszym kraju rzadko się jada te sympatyczne stworzenia. Natomiast tu wcina się go na potęgę, w różnych kulinarnych wariacjach. Dziewczyny zgodnie twierdzą, że one za takie danie podziękują.
Marek w necie wynajduje knajpkę, która znana jest z tego, że serwuje najlepsze króle na całej wyspie. Wklepuje w navi adres. Tak się składa, że lokal jest po drodze nad morze. Jedyne co budzi nasz niepokój to kwestia sjesty. Jesteśmy ciekawi, czy restauracja będzie o tej porze otwarta. Po kilku minutach przemykania ścieżkami wiodącymi w cieniu maltańskich budynków docieramy do restauracji Nenu The Artisan Baker.
Nieśmiało przekraczamy jej próg. W środku panuje zbawczy chłód. Na moment zatrzymujemy się na przeszklonej podłodze. Schodami schodzimy w dół, gdzie spotykamy kelnera. Z zaciekawieniem rozglądam się po wnętrzu i niestety zauważam, że nie ma żadnych gości. Trafiamy na czas sjesty. Elegancki mężczyzna podchodzi do nas i z autentycznie zatroskaną miną uświadamia, że niestety w tym momencie lokal jest zamknięty. Zapraszają wieczorem, chętnie nas ugoszczą. Na wszelki wypadek rezerwujemy sobie stolik, bierzemy numer telefonu kontaktowego. Umawiamy się, że gdyby coś się nam odwidziało to damy znać.
Stajemy na ulicy zastanawiając się co dalej. Decydujemy, że póki co poszlajamy się po mieście. Na szybko postanawiamy, że idziemy nad morze. Tam znajdziemy sobie jakąś ciekawą miejscówkę i wypijemy zimnego browarka.
Według nawigacji od celu dzieli nas kilka minut marszu. Faktycznie tak jest. Po przejściu kilkuset kroków stajemy nad morzem. Monika z Alą wyczytały w przewodniku, że skoro już tu jesteśmy to trzeba koniecznie zobaczyć słynne ogrody Baraka. Wypada też załapać się na armatni wystrzał. Nie wiem za bardzo czego mogę się spodziewać szczególnie po strzelaniu z armat. O co chodzi? Przez chwile się nad tym zastanawiam. Szybko dochodzę do wniosku, że w zasadzie nie ma to wielkiego znaczenia. Jesteśmy na wakacjach. Mamy czas i nic nie musimy. Możemy spokojnie sobie do tych ogrodów powędrować i nawet iść zobaczyć te strzelające działa. Najważniejsze, że jest dobre towarzystwo i mimo piekielnego upału morale mamy wysokie 😉 .
CDN…