Odpalamy nawigację i ruszamy prosto do celu. Spacer trwa około 20 minut. Idąc mentalnie nastawiam się, że w tym miejscu spotkamy tłum fanów Amy. Oczami wyobraźni widzę ludzi grających na gitarach, słyszę śpiewy szlagierów wokalistki. Mam nadzieję, że spotka nas coś wyjątkowego.
Docieramy przed budynek przy Camden Squar 30. To właśnie tu mieszkała artystka. W oczy rzuca się nam rosnące przy budynku drzewo. Jego pień owinięty jest słomianą matą, do której przyczepione są sztuczne kwiaty, zdjęcia piosenkarki i w zasadzie to tyle. Zero turystów, fanów, cisza i spokój. Nie tego się spodziewałem. Takim obrotem sprawy jesteśmy wszyscy mocno rozczarowani.
Stoimy chwile skonsternowani i w zasadzie to nie wiemy co robić. W takiej sytuacji najlepsza jest szybka rodzinna narada. Zdecydowanie musimy podjąć strategiczne decyzje co dalej robić z tak pięknym, wakacyjnym dniem 😉 . Idziemy do pobliskiego parku, żeby złapać oddech. Siadamy na ławce. Zamiast ożywionych dyskusji i układania planów gapimy się na wiewiórki. Sympatyczne stworzenia biegają jak szalone praktycznie pod naszymi nogami. Jest ich tu naprawdę dużo. Szczerze mówiąc pierwszy raz widzę takie zagęszczenie tych zwierząt na metr kwadratowy. Żałujemy, że nie mamy orzechów, bo pewnie bylibyśmy wiewiórowymi ulubieńcami.
W cieniu parkowych drzew czas mija bardzo miło. Tę idyllę zakłóca nam tylko fakt, że zaczynamy być głodni. Podejmujemy decyzję, która w takim momencie może być tylko jedna. Wracamy na główną ulicę, gdzie znajdziemy jakąś knajpkę i zjemy obiad. Co później? Nad tym się teraz nie zastanawiamy. Zobaczymy co nam los przyniesie, przecież mamy wakacje.
Kiedy ponownie meldujemy się przy głównej arterii zauważamy, że turystów mocno przybyło. Wkoło siebie słyszymy języki całego świata. Zauważam, że ludzie w zakupowym amoku działają według utartego schematu. Pielgrzymują od sklepu do sklepu, od stoiska do stoiska i z dziką rozkoszą wydają swoje funty, napędzając pkb Królestwa.
Rozglądamy się za jakimś miejscem, w którym możemy coś zjeść. Kierując się zapachem trafiamy do kulinarnego eldorado. W poustawianych piętrowo stoiskach kontenerowych, królowie street foodu oferują dania kuchni praktycznie całego świata.
Wybór jest imponujący. Podchodzimy do stoiska z daniami kuchni chińskiej. Kiedy tylko stajemy, żeby zobaczyć co państwo środka ma nam do zaoferowania, do lady podchodzi sprzedawczyni. Kobieta daje nam spróbować poszczególne dania jednocześnie zachwalając je pod niebiosa. Ten chwyt marketingowy okazuje się strzałem w dziesiątkę, bo decydujemy się, że dziś to u niej zjemy nasz posiłek.
Składamy zamówienie, siadamy do stolika i czekamy. Ala zamawia makaron z krewetkami, dzieciaki ryż z kurczakiem w sosie, natomiast ja decyduję się na wołowinę. Jestem trochę sceptyczny do jedzenia posiłków w tego typu miejscach, ale cóż, zobaczymy co nas tu spotka. Po około 15 minutach oczekiwania odbieramy nasze dania.
Okazuje się, że moje obawy były zupełnie bezpodstawne. Nie dość, że porcje są naprawdę duże, to jedzenie jest wyjątkowo smaczne. Objadamy się tak, że ciężko jest nam wstać od stołu. Co mnie miło zaskakuje to to, że potrawy są podane na papierowych talerzykach. Zero plastiku i to jest bardzo dobre.
Przy obiedzie układamy plan na popołudnie i wieczór. Ala z Hubertem i Martą chcą jeszcze pokręcić się po tutejszych sklepach z nadzieją, że coś ciekawego uda się im „upolować”. Za to mi totalnie się już nie chce szlajać po tych wszystkich kramach, stoiskach i innych straganach. Poza tym wieczorem mamy spotkać się z moimi serdecznymi koleżankami: Magdą i Martą. Dziewczyny od wielu lat mieszkają w Londynie. Fajnie będzie się z nimi zobaczyć na brytyjskiej ziemi. Dziękujemy pięknie naszej chińskiej pani za przygotowanie pysznego obiadu. Wychodzimy z kontenerowej jadłodajni i od razu wpadamy w główny nurt turystycznego Camden. Ala z dzieciakami ponownie rzucają się w wir zakupów. Spotkamy się za godzinę. Mam dla siebie sześćdziesiąt minut.
Znajduję sobie fajną miejscówkę nad kanałem. Z uczuciem ulgi i głębokim westchnieniem siadam na betonowych schodkach. Celebruję swoją sjestę. Uwielbiam takie momenty. Z zaciekawieniem obserwuję otoczenie, przyglądam się spacerującym turystom. Dobrze jest znowu widzieć tyle osób.
Mając w pamięci czas pandemii i totalny lockdown cieszę się, że ludzie znowu mogą swobodnie podróżować, spotykać się, rozmawiać i uśmiechać do siebie bez masek na twarzach. Spoglądam na zegarek. Czas zaczyna mnie gonić. Poza tym jestem bardzo ciekawy czy ekipie udało się kupić coś ciekawego? W międzyczasie łapię się z Magdą przez komunikator i umawiamy nasze spotkanie przed stacją metra Baker Street przy pomniku Sherlocka Holmesa.
Niestety królowie zakupów byli niepocieszeni. Nic ciekawego nie udało się im znaleźć. Z tej świątyni komercji i sklepów wychodzimy z pustymi rękoma nad czym akurat osobiście nie ubolewam 😉 . Prawie zapomniałem! Na Camden dało się nam kupić kaszkiet dla dziadka Tadeusza 😉 .
Kiedy docieramy pod pomnik Sherlocka, Magda już czeka. Witamy się serdecznie, idziemy do pobliskiego pubu jak prawdziwi Anglicy pogadać przy piwie. Chwilę później dołącza do nas Marta. Śmiechom i rozmowom nie ma końca. Super jest spotkać osoby, które zna się tyle lat. W trakcie stwierdzamy, że łatwiej się nam spotkać w Londynie na browarku niż w naszym rodzinnym mieście ???? . Niestety wszystko co miłe szybko się kończy.
Do hotelu docieramy późnym wieczorem. Zalegam na wyrku i zdaję sobie sprawę, że jutro jest nasz ostatni dzień w Londynie. Pora wracać do domu. Postanawiamy, że na pożegnalną wycieczkę wybierzemy się zobaczyć Greenwich. Poza tym, wieczorem mamy umówione kolejne spotkanie. Tym razem z Tomkiem, znajomym Alicji. Ostatni dzień zapowiada się bardzo intensywnie 😉 .
CDN…






