Poranek wita nas słońcem na bezchmurnym niebie. To znak, że czeka nas dziś wyjątkowo upalny dzień. Zresztą Hubert, będący na bieżąco z prognozą pogody, informuje, że temperatura ma przekroczyć 30 stopni. Alicja, po swojej porannej sesji jogi, wyskoczyła do pobliskiej piekarni, by zrobić zakupy na śniadanie. Kiedy w końcu zwlekam się z łóżka, stół jest już praktycznie zastawiony. Ten śniadaniowy, wyjazdowy rytuał mamy opanowany do perfekcji.
Martwi nas jednak jedno. Marta mówi, że czuje się fatalnie. Boli ją głowa, a problemy żołądkowe sprawiły, że praktycznie całą noc nie spała. Przy śniadaniu decyduje, że zostaje w domu — kompletnie nie czuje się na siłach, by gdziekolwiek iść. Hubert, korzystając z okazji, też nie przejawia ochoty na wyjście. Nie chcemy jednak zostawiać ich we dwoje w domu. O ile Marta spokojnie sobie odpocznie i dojdzie do siebie, o tyle Hubert zapewne spędzi cały dzień z telefonem w ręku. Nie ma na to zgody. Młody nie jest zadowolony, ale nie ma wyjścia — dziś będzie zwiedzał Pragę razem z nami.
Korzystając z faktu, że bardzo blisko naszej kwatery znajduje się wzgórze Petřín, postanawiamy, że pierwsze kroki skierujemy właśnie tam. Chcemy pokazać Hubertowi to miejsce — szczególnie ogrody róż oraz kapitalne widoki na stolicę, jakie się stamtąd roztaczają. Wychodzimy z domu i od razu kierujemy się do sklepu spożywczego. Jest tak gorąco, że musimy zaopatrzyć się w zimne napoje. Droga na wzgórze zajmuje nam może 15 minut. Pamiętając naszą wspinaczkę sprzed kilku lat — kiedy z Alą dostawaliśmy się na szczyt od strony mostu Karola — jestem nieco przerażony. Szczególne obawy budzi wysoka temperatura, która z każdą minutą rośnie. Boję się, że jeśli podejście będzie tak trudne jak wtedy, Hubert po dotarciu na miejsce będzie miał serdecznie dosyć.
Na szczęście, jestem mile zaskoczony. Okazuje się, że droga na szczyt jest bardzo przyjemna. Nawet nie zauważamy, kiedy docieramy do stalowej konstrukcji przypominającej fragment wieży Eiffla. Jak na miejsce będące jedną z praskich atrakcji turystycznych, zwiedzających jest zaskakująco mało.
Podejrzewam, że winne jest słońce, które może odstraszać amatorów eksploracji. Sama miejscówka jest skryta między drzewami, które zapewniają zbawienny cień. Naszą uwagę przykuwa stojąca nieopodal kolorowa karuzela.
Kręcące się dookoła koniki wyglądają nieco upiornie. Na pierwszy rzut oka urządzenie, mimo że zadbane, wydaje się mieć sporo lat. Czytam z zaciekawieniem tablicę informacyjną i dowiaduję się, że karuzela ma… 200 lat! Jestem w szoku.
Asfaltowym chodnikiem kierujemy się do ogrodów róż. Jestem ciekawy, jaki widok tam zastaniemy. Sięgając pamięcią wstecz, przypominam sobie, że kiedy byłem tu lata temu, ogrody zrobiły na mnie duże wrażenie, mimo że większość kwiatów miała już za sobą swoje najpiękniejsze dni.
Tym razem jest inaczej. Róże kwitną bujnie, a posadzone w rzędach wyglądają jak kwietne chodniki. Jestem zachwycony — Ala również. Hubert natomiast nie podziela naszych odczuć — ewidentnie nie trafiliśmy w jego gusta. Postanawiamy zejść do miasta.
Idąc wśród zieleni, wychodzimy na punkt widokowy, z którego roztacza się niesamowita panorama na miasto. Nie możemy się oprzeć tej magii. Siadamy na ławce w cieniu drzewa, robiąc sobie przerwę na uzupełnienie płynów.
Jest nam tak przyjemnie, że trudno się ruszyć. Jednak potrzeba zdobycia pożywienia bierze górę. Podnosimy się i kryjąc się w cieniu schodzimy prosto w paszczę betonowego miejskiego potwora. Gdy opuszczamy park, temperatura wyraźnie wzrasta. Jest naprawdę upalnie.
Głośne burczenie w naszych brzuchach dobitnie przypomina, że pora na obiad. Postanawiamy wrócić do naszej kulinarnej praskiej klasyki. Planujemy odwiedzić restaurację „V Cipu” i zjeść najlepszą na świecie kaczkę z knedlikami, popijając ją oczywiście zimnym piwem. Na samą myśl o tej uczcie ślinka nam cieknie. Nasze nogi sterowane impulsem z głowy, poruszają się z zawrotną prędkością — niemal jak na zawodach chodu sportowego. Celem jest Plac Wacława, gdzie ma się znajdować dzisiejsza obiadowa mekka. Kiedy docieramy na miejsce, jesteśmy rozczarowani na potęgę. Okazuje się, że naszego lokalu już tam nie ma. Restauracja wciąż funkcjonuje, ale została przeniesiona na starówkę. Nie muszę Wam mówić, jak bardzo jesteśmy sfrustrowani faktem, że musimy znowu pokonać kilka kilometrów, żeby w końcu zasiąść do upragnionej kaczki. 😉 W tym momencie nasze morale sięgają dna. Pada nawet propozycja, żebyśmy zjedli cokolwiek w pierwszym napotkanym miejscu. Jednak skoro już jesteśmy w Pradze, nie zjeść kaczki „V Cipu” byłoby prawdziwym grzechem.
Spinamy poślady i ruszamy w stronę nowej lokalizacji restauracji. W końcu docieramy na ulicę Michalską 459. Naszym oczom ukazuje się znajomy napis na murze i otwarte drzwi. Wreszcie jesteśmy u celu.
CDN…
Zostań PaTrOnEm bloga Zmysłami przez Świat. Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem 😉 https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat
Do moich Patronów i kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży
Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !





