Trochę o pizzy, kuli mocy i kapitalnym miejscu widokowym.

Klucząc wąskimi uliczkami trafiamy na restaurację. W zasadzie to mogę powiedzieć, że ona trafia na nas. Kiedy wyłaniamy się zza rogu wpadamy centralnie na stoliki, które stoją na ulicy. Wchodzimy do środka. Jest trochę ludzi, ale o tłumach mowy być nie może. Podchodzimy do miejsca, gdzie za szybą na ladach leżą wspaniałe wielkie kawałki pizzy. Błyskawicznie, jak na komendę wymieniamy się spojrzeniami i już wiemy, że nadszedł czas na obiadokolację. Kiedy sprzedawca orientuje się, że Ola mówi po Włosku ucina z nią krótką pogawędkę na temat opcji tego włoskiego przysmaku jaki mamy do wyboru.
Kupujemy po dużym kawałku i zajmujemy miejsce na zewnątrz. Po chwili kelner przynosi nam zamówienie. Pierwszy gryz, jestem wniebowzięty. Pizza jest genialna. Czuję smak każdego składnika, który leży na cieście. Jednocześnie wszystko razem idealnie się komponuje. Moje kubki smakowe pieją z zachwytu. Co ciekawe, tu pizza jest całkiem inaczej zrobiona niż ta, którą mieliśmy okazję „wcinać” u „Andrzeja” w Rzymie. Nasze kawałki znikają w oka mgnieniu.
Ola bystrym okiem skanuje menu i namierza swój kulinarny włoski przysmak (jeden z wielu ????) Arancini – kula ryżowa, smażona na głębokim oleju z nadzieniem w środku. Nigdy tego nie jadłem. Olka niczym Makłowicz uświadamia mi, że najlepsze są właśnie na Sycylii, więc skoro już tu jesteśmy to… Mimo, że po skonsumowaniu pizzy nasze żołądki są pełne decydujemy się zmówić po jednej „ryżowej kuli mocy”.
Dosłownie po chwili na stole pojawiają się sycylijskie kulinarne klasyki. Olce smakują bardziej niż mi. Powiem szczerze, że jak dla mnie, mówiąc kolokwialnie to dupy nie urwało. Pizza zdecydowanie wymiotła. Jej smak pozostanie na długo w mojej pamięci.

Pora się zbierać. Płacimy rachunek i podejmujemy decyzje, że żegnamy się z Erice. Oczywiście można by było tu spędzić mnóstwo czasu a zachód słońca widziany stąd byłby zapewne spektakularnym widowiskiem, jednak pora wracać. Po zjedzeniu zacnego posiłku czujemy, że dopada nas zmęczenie. Postanawiamy, że wracamy tą sama droga, którą tu weszliśmy. Cieszę się z takiej opcji, bo widoki jakie będą nam towarzyszyć zdecydowanie umilą zejście. Wychodzimy z miasta, znaną nam ścieżką ruszamy w dół. Zejście jest zdecydowanie przyjemniejsze niż wejście z tego względu, że możemy podziwiać przepiękne widoki na miasto i morze. Po drodze rozmawiamy o tym, że fajnie byłoby się wybrać na trekking po Sycylii. Kto wie, może kiedyś uda się nam zrealizować taki projekt.
W pewnym momencie przechodzimy obok mijanej rano świątyni. Kiedy wdrapywaliśmy się na górę jakoś nie było w nas chęci, żeby tu zajrzeć, ale teraz ????. Mimo, że obiekt znajduje się delikatnie poza szlakiem idziemy tam bez zastanowienia. Kiedy jesteśmy przy budynku okazuje się, że wszystko jest pozamykane na cztery spusty. Mimo to nie odpuszczam. Olka jest kilkanaście metrów za mną. Stwierdzam, że skoro nie możemy wejść do środka to chociaż zobaczę jak to wszystko wygląda wkoło świątyni. Skręcam w lewo i idę wzdłuż murów.
W pewnym momencie wychodzę na niewielki, betonowy taras. Przystaje tu na moment i nie mogę otrząsnąć się z zachwytu. Widok jaki widzę jest jednym z piękniejszych. Wołam Olę. Po chwili ona też podziwia panoramę. Miejsce, w którym się znajdujemy to czysta magia.
Jest cicho, spokojnie, nad nami słońce i błękit nieba. Korzystamy z tej chwili jak tylko możemy. Żałujemy tylko, że nie mamy wina, bo lampka tego szlachetnego trunku w tym miejscu była by dopełnieniem szczęścia. Zalegamy na tarasie na dobrą godzinę ciesząc się słońcem, za którym tak tęskniliśmy całą zimę.
W pewnym momencie oboje dochodzimy do wniosku, że jesteśmy szczęściarzami, że właśnie teraz możemy tu być. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, to znaczy trzeba ruszać do domu. Zbieramy się leniwie z naszego zaczarowanego miejsca i wracamy na szlak. Droga do miasta mija nam w ekspresowym tempie. Wieczorową porą meldujemy się na kwaterze. Jesteśmy zmęczeni, ale jednocześnie zadowoleni.
Erice faktycznie jest przepięknym miasteczkiem, z genialnymi widokami, klimatyczną architekturą i pysznym jedzeniem. To mój pierwszy raz na Sycylii. Jestem nią zachwycony a to dopiero początek naszej przygody. Kładę się spać naładowany dobrymi emocjami. Taki dzień jak ten był mi zdecydowanie potrzebny. Co robimy jutro? Po krótkiej naradzie podejmujemy decyzje, że skoro świt ???? ruszamy na dworzec kolejowy a stamtąd pociągiem do kolejnego miasteczka. Tym razem pada na Mazara del Vallo.
Z kronikarskiego obowiązku musze wspomnieć, że na Erice można wjechać i zjechać kolejką linową. My byliśmy tam zdecydowanie przed sezonem turystycznym, dlatego ta opcja nie była jeszcze dostępna dla turystów.

CDN…

Jeśli chcesz wesprzeć mnie w mojej działalności w sieci postaw mi kawę. Będzie to dla mnie dowód uznania dla tego co robię. Wystarczy kliknąć w link https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat
Zostań blogowym patronem i finansowo, cyklicznie wspierać rozwój „Zmysłów”.                                    Zapraszam na Patronite —-> https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl   
Patron Zmysłami przez Świat – to naprawdę brzmi dumnie 🙂