O dziwo dziś rano budzę się sam. Nie wiem czy mieszkając tu kilka dni zdążyłem się już przyzwyczaić do porannych hałasów z piekarni i dzikich śpiewów? Czy po prostu byłem wczoraj tak zmęczony, że kiedy zamknąłem oczy spałem jak kamień? Wstaję z wyrka. Jak na automatycznym pilocie człapie prosto do lodówki. Chwytam drzwi powtarzając w myślach „sezamie otwórz się”. W moje mocno zaspane oczy uderza światło. Przebijając się przez promienie żarówki dostrzegam stojącą na półce Messine. Wyciągam browar, delikatnie zamykam drzwi. Powłócząc nogami wychodzę na balkon. Wita mnie błękit nieba i słońce. Otwieram butelkę, biorę potężnego łyka.
Dzień dobry Sycylio i jednocześnie do widzenia. Dziś kończymy nasz kilkudniowy pobyt na włoskiej ziemi. Olka już też krząta się po pokojach. Musimy spakować nasze plecaki. Mimo, że nie są to duże bagaże to ładowanie do nich ciuchów, kosmetyków, pamiątek nie jest porywającą czynnością. Samolot mamy wieczorem. Ola telefonuje do kolesia, od którego wynajmujemy kwaterę i umawia się z nim, że mieszkanie opuścimy trochę później. To jest naprawdę fajna sprawa, bo nie musimy się spieszyć. Oficjalnie powinniśmy wyjść z domu o 10.00 co jak na sycylijskie standardy jest jeszcze nocą. Mimo, że jesteśmy tu kilka dni to już zdążyliśmy załapać tutejszy klimat. Bez pośpiechu się ogarniamy, sprzątamy po sobie mieszkanie, wcinamy śniadanko i wychodzimy.
Tradycyjnie idziemy naprzeciwko do kawiarni. Siadamy przy stoliku i w tym momencie dociera do nas, że czas wracać do domu. Ostatnia kawa, ostatni rogal, ostanie canolii.
Żegnamy się z naszą dzielnią. Ostatnich kilka godzin przed wyjazdem postanawiamy spędzić na starym mieście skąd mamy autobus, który zawiezie nas na lotnisko.
Utartym szlakiem z plecakami na plecach docieramy na starówkę. Łazimy po już znanych uliczkach wyłapując kolejne detale, na które do tej pory nie mieliśmy okazji zwrócić uwagi. Zachodzimy do spożywczaka, robimy małe zakupy i śmigamy pożegnać się z morzem. Zalegamy na plaży i łapiemy chwile.
Podejmujemy też strategiczną decyzję, że obiad przed wylotem zjemy w knajpie z karteczki. Dźwigamy dupska z piasku i obieramy kurs na tavernę o wdzięcznie brzmiącej nazwie Taverna dei Pazzi.
Dużo sobie obiecuję po tej wizycie, bo przecież jest to lokal z polecenia. Już po drodze zdajemy sobie sprawę, że kilka razy mijaliśmy tę miejscówkę kręcąc się po starówce. Kiedy trafiamy do taverny bez problemu znajdujemy stolik.
Ostatni obiad to krewetki dla mnie z sałatą i cytrynką, natomiast Ola decyduje się na klasykę, czyli pizza. O ile moje danie jest mega pyszne, to pizza Oli pozostawia wiele do życzenia.
Za coppo frito płacę 10€. Pizza trapanese kosztuje również 10€. Kiedy dostajemy paragon okazuje się, że 5€ zostało automatycznie doliczone do rachunku za obsługę. Takie tu panują zwyczaje.
Po obiadku nie może obyć się bez kawy i oczywiście canolli. Idziemy do kawiarni, w której pierwszy raz próbowałem ten przysmak.
Po drodze niebo nad naszymi głowami przykrywają chmury. I wiecie co? Robi się nam zimno. W tym momencie zaczynam rozumieć Włochów, którzy w większości chodzą po ulicach ubrani w ciepłe bluzy, koszule z długim rękawem czy wręcz puchowe kurtki. O ile na początku wydawało mi się to śmieszne, tak teraz jestem pełen zrozumienia dla takiego stanu rzeczy. Otóż będąc tu kilka dni nasze organizmy zdążyły się już przestawić na tutejszą termikę. Jak świeci słońce to jest ciepło, natomiast jeśli tylko zajdzie i temperatura spadnie o 2 może 3 stopnie to zaczyna być zimno, bardzo zimno. Śmiejemy się z Olą, że taki Trapańczyk wysadzony w lutym z samolotu na lotnisku w Warszawie przy temperaturze powietrza -10 stopni C zamarza w ciągu kilku chwil ????.
Ukoronowaniem naszego pobytu na Sycylii jest pyszna kawa, genialne canolii i klasyczny aperolek.
Żal wracać, tym bardziej, że właśnie teraz, po tych kilku dniach zaczynamy się czuć w tym mieście tak jak byśmy byli u siebie. Po kawce spacerowym tempem idziemy dosłownie kilkadziesiąt metrów na portową promenadę skąd odjeżdżają autobusy jadące na lotnisko. Na przystanku nie ma jeszcze wielu osób, ale z minuty na minutę tłum gęstnieje. O dziwo dominują nasi rodacy. Autobus podjeżdża. Bez problemu wsiadamy do środka. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenia na morze i ruszamy.
Na lotnisko docieramy bez żadnego problemu. Wszystko sprawnie jak w szwajcarskim zegarku. Nauczeni przygodą z warszawskiego lotniska na terminalu meldujemy się dużo wcześniej. Jadąc byłem ciekawy jak będzie wyglądała kontrola bezpieczeństwa i odprawa w tutejszym porcie. Kiedy wchodzimy na terminal jestem pod wrażeniem. Zero tłoku, tłumów, wszystko idzie tak sprawnie, że nawet się nie orientujemy, kiedy już jesteśmy przed bramka odlotów. Lotnisko w Modlinie do tego nawet się nie umywa. Z uwagi na fakt, że wszystko nam poszło bardzo sprawnie mamy jeszcze sporo czasu do odlotu. Zajmujemy strategiczne miejsca w poczekalni, robimy ostatnie zakupy w strefie wolnocłowej. Tak kończy się nasz wspólny wypad do Trapani.
Nasze włoskie wakacje były niezwykle udane. Wreszcie po tylu miesiącach zimy i deficycie słońca naładowaliśmy baterie. Ola mogła pogadać w swoim ukochanym języku obcym z miejscowymi. Ja odkryłem kilka sycylijskich przysmaków, zielonego aperola i browarek z domieszką soli ????. Udało się nam też zaliczyć pierwszy w tym roku wspólny trekking na Erice. Spełniłem swoje marzenie stawiając swoje stopy na Sycylii. Samo Trapani jest miastem niezwykle urokliwym, przyjaznym dla turysty i co ważne tanim. Czy wrócimy do Trapani? Mam nadzieje, że tak.
Finito.
Zostań PaTrOnEm bloga Zmysłami przez Świat. Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robięhttps://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl