Wychodzimy z „Chin” nastawieni mentalnie na „zaliczenie” kolejnej turystycznej atrakcji. Tym razem będzie to Tower Bridge. Tempem iście spacerowym idziemy wzdłuż Tamizy. Nad nami wiszą ciężkie ołowiane chmury. Co jakiś czas spoglądam w niebo. Ufam, że deszczu z tego nie będzie, ale jesteśmy przecież na Wyspach Brytyjskich, więc prawdopodobieństwo opadów jest znaczne ????.
W oddali widzimy nasz cel. Siadamy na chwilę na ławce. Ala ma problem z butami. Najzwyczajniej w świecie zabrała na naszą eskapadę niezbyt wygodne. Miały być idealne na tego typu wyjazd a okazuje się wręcz odwrotnie. Sytuacja jest kiepska, bo w takich butach komfort zwiedzenia jest po prostu marny. Pamiętajcie, kiedy wybieracie się na jakiekolwiek wyjazdy to wygodne buty są podstawą. Źle dobrane mogą zepsuć cały wyjazd. Na szczęcie jutro w planach mamy zakupy, więc jakieś trampki na bank się znajdą 😉 .
Dźwigamy tyłki i meldujemy się przy kolejnej atrakcji Londynu – Tower Bridge. Wizytówka miasta. Patrzymy na tłumy ludzi przebywających w tym miejscu, stwierdzamy, że niewątpliwie jest to jeden z obowiązkowych punktów turysty. Będąc w stolicy Anglii wypada nam tu po prostu być. Przystajemy na moment podziwiając architekturę obiektu. Naprawdę robi wrażenie. Stojąc na moście gapimy się na rzekę. Obserwujemy jacht wypływający z przystani i zastanawiamy się, co dalej zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem.
Uwielbiam takie momenty, kiedy jesteśmy na wyjeździe i nie ogranicza nas sztywny plan zwiedzania. Na naszych wypadach dominuje pełna swoboda i maksymalna spontaniczność. Kierując się tym credo postanawiamy, że idziemy na drugą stronę rzeki,. Tam się okaże dokąd nas nogi poniosą 😉 .
Kiedy opuszczamy most zauważam schody prowadzące w dół między charakterystyczne zabudowania. W zasadzie instynktownie schodzimy z głównego szlaku turystycznego. Idziemy między stylowymi budynkami wykonanymi z jasnej cegły, które wznoszą się po obu stronach ulicy. Natomiast interesujące jest to, że ich mury połączone są ze sobą kładkami.
Nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy i jak nazywa się ta dzielnica. Jednak po pewnych detalach, które widzimy na elewacjach budynków domyślamy się, że były tu kiedyś jakieś magazyny. Na początku drogi mijamy kilka osób. Jednak w miarę stawiania spacerowych kroków robi się bardziej pusto. Po kilku minutach orientujemy się, że jesteśmy tu praktycznie sami. Idziemy środkiem ulicy, podziwiamy to co nas otacza. Zupełnie zaskakujące miejsce. Dosłownie kilkadziesiąt metrów od tętniącej życiem arterii, a tu cisza i spokój.
Jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy zapuścili się w te rejony. Od czasu do czasu mija nas jakieś auto i to wszystko. Niesamowite uczucie, kiedy w centrum tak wielkiej aglomeracji nagle znajdujesz taką „perełkę”. Jestem wniebowzięty, jednak młodzież zaczyna narzekać na zmęczenie. Mają już dość. Nie dziwię się im, bo dzisiejszy dzień jest wyjątkowo intensywny. W nogach mamy już naprawdę sporo kilometrów. Opuszczamy naszą czarodziejską cichą londyńską enklawę, obieramy kurs na hotel. Plan mamy taki, że znajdujemy najbliższe metro, którym pojedziemy na naszą dzielnie. Od stacji dzieli nas kilkanaście minut spaceru. Kiedy właśnie myślę sobie, że dziś już nic ciekawego nas nie spotka, bo przecież mamy zaliczone największe atrakcje miasta, spoglądam na drugą stronę ulicy. Tam dostrzegam przepiękny dom. Przyglądam się uważniej i stwierdzam zdecydowanie, że jest to pub.
Chata wygląda jak z bajki. Przed budynkiem stoją ławki, przy których siedzą młodzi ludzie popijając piwo. Mimo kwaśnych min Marty i Huberta postanawiamy tam zajść, zajrzeć, przekonać się jak jest w środku. Przechodzimy przez jezdnię. Nad drzwiami wejściowymi wisi szyld z nazwą lokalu „Gregorian”. Przekraczamy próg. Za drzwiami panuje półmrok. Z głośników sączy się „bujająca” muzyka reggae. Za barem stoi młody chłopak, który wita nas uśmiechem. Zamawiamy po piwie dla nas i frytki dla młodzieży. Zajmujemy stolik. Świeży Guinnes lany prosto z beczki smakuje genialnie, ale to nie on jest odkryciem tego miejsca. Kiedy na stole pojawiają się frytki stają się hitem dzisiejszego dnia ???? . Jednogłośnie stwierdzamy, że są to najlepsze fryty jakie kiedykolwiek jedliśmy. Nie wiem jak oni je robią, ale są idealne. Domawiamy kolejną porcję, która znika w oka mgnieniu. W międzyczasie do pubu zagląda coraz więcej ludzi. Powoli nastaje wieczór, więc Angole ciągną do takich miejsc jak misie do miodu. Ustępujemy miejsca lokalsom i śmigamy na metro. Bez problemu odnajdujemy stację. Ładujemy się do pociągu i wysiadamy na naszej dzielni. Kiedy docieramy do hotelu jest już dosyć późno. Mimo to mamy ochotę jeszcze gdzieś pójść. Marta z Hubertem o takiej opcji nawet nie chcą słyszeć. Natomiast Ala i ja stwierdzamy, że skoro tu jesteśmy, to na dobranoc wyskoczymy jeszcze do zaprzyjaźnionego pubu Old Oak.
Kiedy wchodzimy do środka zauważamy, że za barem stoi starszy pan. Nie ma tych dwóch kobiet, które obsługiwały nas wczorajszego wieczoru. Dziś mężczyzna ogarnia lokal. W barze króluje muzyka z lat osiemdziesiątych. Zamawiamy po Guinnesie. Ala prosi, żeby dolać jej soku z czarnej porzeczki. Barman trochę się dziwi, ale nie robi żadnych problemów. Siadamy, delektujemy się piwem i pubową atmosferą. Widzimy, że klientela lokalu zna się bardzo dobrze. Przy każdym stoliku prowadzone są ożywione dyskusję. na ekranach telewizorów królują oczywiście sportowe kanały. Prym oczywiście wiodą piłka nożna i wyścigi Hartów 🙂 . Z Old Oak wychodzimy już naprawdę wieczorową porą. Kiedy wracamy do hotelu okazuje się, że młodzi jeszcze nie śpią. Robimy szybką rodzinną naradę. Co jutro robimy i gdzie idziemy? Hubster sprawdza prognozę pogody. Ma padać deszcz. To oznacza, że będzie idealny dzień na shopping. Mamy kilka funtów i nie zawahamy się ich wydać 😉 .
CDN…