Rano pobudka. Zwlekam się z wyrka i pierwsze co robię, to wychodzę na balkon. Spoglądam na błękitne niebo –warunki wręcz idealne na górską wycieczkę.
Dzieciaki jeszcze w łóżkach. Widać, że są totalnie przestawione na tryb wakacyjny, czyli późno chodzimy spać i późno wstajemy, ehhh takim to dobrze 😉 . Schodzę na dół, gdzie Monika już w gotowości ogarnia śniadanie. Po mnie schodzi Ala i na dobre zaczynają się przygotowania do śniadania. Stół nakrywamy na werandzie. Po porannej toalecie cała „nasza wielka rodzina” zasiada do posiłku. Nie wiem czemu, ale jestem jakiś spięty. Generalnie to już chciałbym być na szlaku, bo pora jak na górską eskapadę dość późna, a towarzystwo jeszcze nawet nie spakowane. Dziwne, ale wydaje mi się, że tylko ja się spinam. Może jest tak dlatego, że w moim romansie z górami była kilkuletnia przerwa, a dziś rano znowu czuję zew i jak najszybciej chcę być na szlaku. Śniadanie się kończy, młodzi pakują swoje plecaki, wychodzimy z domu i wskakujemy do auta. Samochodami chcemy dojechać do miejscowości Wołosate. Tam mamy zostawić furki i już na piechotę wdrapać się na górę. Umawiamy się, że pierwszy jedzie Marek. Zaraz po wyjechaniu z Cisnej, Ala słyszy dziwny dźwięk dobiegający z okolicy przedniego koła. Jesteśmy przeczuleni na takie akcje, a ten odgłos jest naprawdę niepokojący. Tylko tego teraz brakuje, żeby się nam Toyka sypnęła. Łapię się telefonicznie z Markiem i mówię, że coś nam w aucie nie gra, że się zatrzymujemy i chcemy zobaczyć, co się dzieje. Wjeżdżamy na teren jakiegoś zajazdu. Wychodzę z auta, oglądam wszystkie koła i nic. Ala rusza z miejsca, jedzie kawałek i też nic. Dziwne, może się nam przesłyszało. Ruszamy w drogę, ale kiedy tylko wyjeżdżamy na jezdnię, znajomy odgłos powraca. Znowu dzwonię do Marka i proszę, żeby on wsiadł za kółko i zobaczył, bo my już zgłupieliśmy. Coś stukało, pukało, ale za Chiny ludowe nie wiedzieliśmy co. Zjeżdżamy na pobocze, Ala się przesiada do Moniki, a Marek zajmuje miejsce kierowcy w naszej Toyce. Po kilku metrach jazdy stwierdza, że faktycznie coś jest nie tak. Parkujemy auto, Marek podchodzi do przedniego koła i wyciąga z opony kamień. Jednym ruchem ręki nasze kłopoty ze stukającym kołem się kończą. Ruszamy w dalszą drogę. Monice włącza się tryb rajdowy i już po momencie znika nam z oczu. Nie jest to dobre, bo nie mamy mapy, zasięgu też brak. Na telefony zaczynają spływać komunikaty informujące o kosztach, jakie mogą nas spotkać, kiedy będziemy ich używać. Zastanawiamy się, dlaczego tak jest, skoro nadal jesteśmy w Polsce. Zostawiamy jednak ten temat, co później niestety zemści się na nas finansowo.
Bieszczady są naprawdę zjawiskowe. Mnie japa się cieszy, natomiast dzieciakom niekoniecznie. Znajdujemy parking, gdzie zostawiamy nasze auta. Przy wyjściu okazuje się, że nie można tam płacić kartą, a ani my ani Marki nie mają gotówki. W zasadzie to nie wiem czemu? Chyba cały czas żyjemy wyjazdem do Porto, gdzie za wszystko przeważnie płaciliśmy kartą. Pytamy się pani parkingowej, co teraz? Kobieta nie robi żadnego problemu, uśmiecha się do nas i mówi, żebyśmy normalnie zostawili samochód. O godzinie 12 otwiera się po sąsiedzku pizzeria i tam będziemy mogli zrobić cash back. Zaskakuje mnie takie naprawdę luźne i miłe podejście do turysty. Pani wskazuje nam drogę do szlaku, żegnamy się pięknie i wychodzimy. Nagle dzieciaki mówią, że oni mają gotówkę. Sprawa rozwiązana. Dzisiejszy parking sponsoruje młodzież.
Kiedy wychodzimy z parkingu, od razu wpadamy w „strumień” turystów. Ludzi jest naprawdę sporo i wszyscy zmierzają do jednego miejsca –początku szlaku na Tarnicę. Przy wejściu na ścieżkę prowadzącą na najwyższy szczyt Bieszczad stoi budka, w której sprzedawane są bilety wstępu.
Kupujemy przepustki i wraz z grupą piechurów zaczynamy naszą dzisiejszą „wspinaczkę”. Przyglądam się ludziom na szlaku. To co widzę uzmysławia mi, że Bieszczady to góry dla wszystkich. Taki sam plan jak my na dzisiejszy dzień ma cały przekrój turystów. Rodziny z dzieciakami w różnym wieku, od maluchów, które ledwo co dają sobie radę, ale dzielnie prą do przodu, przez trochę starszych i młodzież. Mijamy też po drodze ludzi w już podeszłym wieku. Monika z rozmysłem wybiera wariant zaatakowania szczytu z miejscowości Wołosate. Zależy jej na tym, żebyśmy jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem sił zdobyli wierzchołek Tarnicy. Chodzi o to, żeby nasi podopieczni się nie zniechęcili już pierwszego dnia.
Wędrówka przebiega nam bardzo spokojnie. Trochę martwię się późną porą, ale widok tych wszystkich turystów, którzy tak jak my dopiero zaczynają wędrówkę mocno mnie uspokaja. Droga na szczyt zajmuje nam nieco ponad 2 godziny. Szlak nie jest zbyt wymagający. Jako pierwszy na górze melduje się Marek, zaraz po nim ja. Siadamy na trawie, wyciągamy po browarku i świętujemy zdobycie Tarnicy.
Jesteśmy na wysokości 1346 mn.p.m. Kilka minut po nas meldują się dziewczyny i Hubert. Wszyscy zmęczeni, ale wydaje mi się, że zadowoleni. Jestem dumny z Marty i Huberta, że dali radę.
Widoki z góry są kapitalne. Robimy sobie sesję fotograficzną, wyciągamy coś na ząb i delektujemy się tym, co mamy przed oczyma. Kiedy łapiemy już oddech, przychodzi chwila na podjęcie strategicznej decyzji.
Co robimy dalej. Pogoda, jak wspomniałem, super, pora jeszcze w miarę wczesna, a to dlatego, że samo podejście poszło nam bardzo sprawnie. Monika wyciąga mapę. Musimy zadecydować, czy wracamy na dół tą samą trasą, którą weszliśmy, czy idziemy szczytami i zejdziemy w Ustrzykach Górnych. Dzieciaki chcą jak najszybciej zejść, natomiast starsza część ekipy ma nieodpartą ochotę spędzić wysoko tyle czasu, ile się tylko uda. Kwestią, która nam trochę komplikuje plany jest fakt pozostawienia na parkingu w Wołosatem naszych aut. Po kilku minutach burzliwych dyskusji i wzięcia pod uwagę kilku wariantów, postanawiamy, że idziemy do Ustrzyk. Tam Ala z Markiem złapią busa i pojadą do Wołosatego po auta, wrócą i nas zabiorą. Spacer jest naprawdę bardzo przyjemny. Po drodze mijamy turystów, którzy, mimo już dość późnej pory, prą na Tarnicę ile sił w nogach. My po drodze robimy sobie kilka przerw na posiłek.
Nie forsujemy tempa, bo po pierwsze jesteśmy na wakacjach i nigdzie się nam nie spieszy, a po drugie okoliczności przyrody są tak piękne, że można tym szlakiem iść i iść. Do Ustrzyk docieramy koło godziny 17. Jesteśmy zmęczeni, ale zadowoleni. Udaje się nam dziś zaliczyć Tarnicę i to z marszu. Miałem trochę obaw o to, czy młodzi sobie poradzą, i powiem, że spisali się na medal. Poza tym, bałem się też o moje kolano, z którym próbuję się od ponad 2 lat „porozumieć” i o dziwo mój staw dał radę, czym jestem bardzo podbudowany. Z Moniką i młodymi robimy szybkie zakupy i siadamy na ławce pod sklepem. Ala i Marek łapią busa i po około 40 minutach są już z powrotem w Ustrzykach. Pakujemy się do aut i wracamy do Cisnej. Po drodze zahaczamy o market, potem meldujemy się na kwaterze. Wszyscy zmęczeni i głodni, ale szczęśliwi. Na szybkości z Mareckim odpalamy przydomowego grilla i zajmujemy się kolacją. Po takim dniu wszystko smakuje genialnie. Po kolacji przychodzi czas na gry i zabawy. Przy kalamburach jest mnóstwo śmiechu i radochy. Przy okazji decydujemy, że jutro rano po śniadaniu zapakujemy się w samochody i pojedziemy zobaczyć tamę nad Soliną.
CDN…




