Chwilę jeszcze, ale to dosłownie chwilę stoimy na placu i zastanawiamy się co teraz i jaki plan. Razem z Alą jesteśmy chętni jeszcze gdzieś „skoczyć”. Marek z Moniką też są za, natomiast decydujące zdanie w tym momencie mają młodzi. Oni bezwzględnie są za opcją dotarcia do najbliższej stacji metra, powrotu do domu i obiadokolacji, którą zresztą miałem zrobić osobiście. Odpalamy mapę google, z której wynika, że najbliższa stacja metra to Santa Apolonia. Jakoś się nam nie chce tak szybko wracać. Razem z Markami postanawiamy, że  na metro pójdziemy okrężną drogą. Przejdziemy się jeszcze po Alfamie. To oczywiście nie budzi entuzjazmu naszych pociech ale cóż. Takie są prawa dżungli 😉 . Dzięki takiej decyzji mamy jeszcze chwilę, żeby nacieszyć się miastem. Wchodzimy między zabudowania, powoli, leniwie, idziemy w górę dzielnicy. W między czasie jest sporo rozmów głównie temat obiadokolacji, którą miałem przygotować. Z tego powodu czuję lekkie napięcie, bo jestem ciekawy czy podołam. O naszą czwórkę nie martwię się, bo nasza rodzina uwielbia owoce morza. Jednak czy trafię w gusta Marka, Moniki i dziewczyn? Ta myśl napawa mnie delikatną obawą. Idąc tak w górę dzielnicy w pewnym momencie wychodzimy na plac. Widok wydaje się mi znajomy. Spoglądamy z zaciekawieniem na to jak on wygląda. Gdzieniegdzie porozkładane  stoiska handlowe, leżące na ziemi różne dziwne rzeczy na sprzedaż, przemykający między stoiskami ludzie.
Widok bardzo znajomy. Spoglądamy na siebie z Alą i już wiemy gdzie jesteśmy, a raczej dokąd niespodziewanie trafiliśmy. To lizboński Targ Złodziei . Miejsce niegdyś owiane złą sławą, gdzie lizboński półświatek załatwiał swoje ciemne interesy. Można tu kupić wszystko, dosłownie mydło i powidło. Feira de Ladra punkt na mapie Lizbony z cyklu „musisz tam być”.  Klimat jak z rynków lat 80 w Polsce. Jeśli będziecie w Lizbonie to polecam. Naprawdę warto, tym bardziej, że można zaopatrzyć się w pamiątki dużo taniej niż w sklepikach przy głównych arteriach turystycznych. Pora jest już dość późna. Handel  praktycznie się kończy. W pewnym momencie dostrzegam błyski w oczach dziewczyn. Perspektywa zrobienia zakupów w tym klimatycznym miejscu dla Moniki i Ali  jest nieoceniona. Marek z dzieciakami postanawiają przejść się po placu. 
Ja z kolei lokalizuje  knajpę, w której zamierzam usiąść i przy małym piwku na spokojnie sobie na to wszystko popatrzeć.  Lokal jest częścią pawilonu handlowego. Przed wejściem między drzewami stoi kilka stolików, przy których siedzą Lizbończycy. Przy drzwiach wejściowych stoi taboret barowy, a przy nim duża beczka, na której są środki do dezynfekcji.  Mimo, że Targ Złodziei wśród turystów cieszy się sporą popularnością, to już o tej porze raczej ich nie ma. Na targowisku zostali  lokalsi, którzy powoli zwijają swoje stoiska.
Znajduję sobie miejsce i siadam. Po chwili podchodzi do mnie kelner. Młody mężczyzna o śniadej karnacji, pyta co podać. Powiem Wam, że spotkanie z tym gościem jest zjawiskowe. Nie dość, że facetowi uśmiech z twarzy nie schodzi, to jeszcze zaczyna mocno gestykulować. Dawno nie widziałem takiej ekspresji w podejściu do klienta i tak wyluzowanej obsługi. Zaczynam się nawet zastanawiać, czy on już nie zaczął świętować końca pracy? W trakcie naszego dziwnego i pełnego przyjaznych gestów dialogu staje na tym, że mój przyjaciel ( wystarczyło 2 minuty by się nim stał ) zaproponował, że poda mi piwo z lizbońskiego browaru i że będę żałował. Gość wychwala złocisty napój pod niebiosa. Nie mam innego wyjścia nawet gdybym chciał. Zdaje się na jego rekomendację.
Po serii wzajemnych uścisków dłoni  kelner znika w środku, a ja siedzę przy stoliku i czekam na ten napój Bogów. Mija kilka minut. Obserwuję go jak uwija się przy stolikach a raczej między gośćmi. Zdaje się, że on wszystkich tu zna. Sam jest chyba kelnerowym VIP-em, bo zdaje się wszyscy go tu znają. Jego dialogów z gośćmi nie zliczę. Za to mi brakuje do szczęścia piwa na stole. Cóż myślę sobie: „Taki mamy klimat.” Mój przyjaciel jeszcze kilka razy wchodzi do lokalu, wychodzi, przyjmuje inne zamówienia. Trwa to tak długo, że dołącza do mnie Alicja  z Martą i Hubertem. Jest bardzo zadowolona, bo zakupy okazały się bardzo udane. Ala oświadcza, że Monice i jej udało się kupić azulejlo wklejone w korek. Cena połowę niższa niż na mieście. Mówi mi też, że Monika z Markiem poszli jeszcze gdzieś połazić po okolicy. Widząc ruch przy stoliku, mój przyjaciel kelner podchodzi do nas. Przypomina sobie o moim piwie, jednocześnie pytając się Ali na co ona ma ochotę. Po namyśle Ala zamawia grillowane sardynki i białe wino.
Dzieciaki chcą wodę. Dosłownie po chwili na stół dociera woda dla Marty i Huberta, moje wyczekane piwo i dwa nalane od serca wielkie kieliszki białego wina. Ala ze zdziwieniem pyta się faceta o co chodzi? Na to on z uśmiechem na twarzy i niesamowitą ekspresją odpowiada, że jeden kieliszek wina jest zamówiony a drugi jest dla niej specjalnie od niego. W tym momencie już wiem, że są tu dobre klimaty.

 

CDN…