Akurat w tym momencie obok nas przechodzą „Marki”. Wołamy ich, żeby się do nas przysiedli, ale Monika jest chyba trochę wystraszona klimatem lokalu i żywiołowej obsługi. Mówi nam, że oni się jeszcze przejdą po okolicy. Stojąc z boku, nie znając języka, widząc ekspresyjność kelnera to faktycznie można sobie różne rzeczy pomyśleć. Trochę jestem tym faktem zasmucony, bo wiem, że Markowi browarek się przyda i na bank będzie mu smakował. Piwo faktycznie jest pyszne. Dobrze schłodzone w ten upalny wieczór jak znalazł. Jeśli chodzi o smak wina to przemilczę temat. W zasadzie to w tym momencie nie ma to znaczenia, bo wszystko co dzieje się dookoła nas, to jaką atmosferę robi kelner, w zasadzie show, sprawia, że siedzi nam się bardzo miło. Wreszcie Monika z ekipą decydują się do nas dołączyć. Mój przyjaciel, który nas obsługuje ponownie zjawia się przy stoliku i przyjmuje zamówienia. Marek docenia smak lizbońskiego Doisa. Ala, popijając wino, nadal czeka cierpliwie na swoje sardynki. W normalnych okolicznościach pewnie pojawiłaby się irytacja, bo od chwili zamówienia mija już naprawdę sporo czasu, a sardynek na horyzoncie nie widać 😉 . W oczekiwaniu na danie Ali mam przyjemność poznać rodziców naszego kelnera.
Wchodzę do środka, żeby skorzystać z toalety. Kiedy z niej wychodzę, kelner przedstawia mnie chyba całej załodze knajpy. W pewnym momencie podchodzi też do mnie dwoje starszych ludzi. Po przebiegu całej tej sytuacji odnoszę wrażenie, w zasadzie to jestem przekonany, że są właścicielami tej knajpki. Mój przyjaciel przytula starszą panią i mówi, że to jego mama. To samo robi ze starszym mężczyzną, oznajmiając, że to jego tata. Co ciekawe on ma bardzo śniadą karnację, a kolor ich skóry, w porównaniu z jego, jest biały jak śnieg. Mam wątpliwości, czy to faktycznie jego rodzice, ale czy to coś zmienia? Ważne, że jest przy tym dużo śmiechu i wiele pozytywnej energii. Nawet przez chwilę czuję się jak swojak, bo zostaję wyściskany chyba przez cały personel. Dobra, ale co z zamówionymi rybami? Ala przypomina kelnerowi o jej zamówionych jakąś godzinę temu sardynkach. Facet na moment popada w konsternację, bo okazuje się, że totalnie o tym zapomniał. Spojrzał na nas, powiedział „moment” i za kilkanaście minut danie pojawiło się na stole. Mnie do tej pory sardynki kojarzyły się z małymi rybkami ściśniętymi w puszce, a tu na talerzu kilka sporych ryb, fajnie zgrillowanych, w towarzystwie sałaty i ziemniaków. Oczywiście próbuję i jestem pod wrażeniem tego prostego, ale jakże pysznego dania. Ryba zrobiona idealnie, doprawiona w punkt, z lizbońskim Doisem smakuje bombowo, polecam. Siedzi się nam wszystkim miło, ale pora się zbierać, bo w domu czekają na mnie krewetki do ogarnięcia. Wchodzę do środka i mówię mojemu przyjacielowi, że chcę zapłacić. On zaczyna nerwowo czegoś szukać po kieszeniach, wchodzi za ladę. Tam też czegoś szuka, o coś się pyta kumpla z obsługi. Patrzę na to wszystko i wiem, że facet zgubił gdzieś nasz rachunek, o ile w ogóle go miał. Bo kiedy przyjmował zamówienia to przy nas nigdzie tego nie zapisywał. Gość patrzy na mnie, potem na nasz stolik, a na końcu w sufit. Mruży oczy, coś mamrocze pod nosem. I znowu spogląda na mnie, na stolik i w sufit. Po chwili namysłu rzuca jakąś kwotę z „czapy”. I wiecie co? Wyciągam portfel i płacę tyle, ile powiedział. Nie kalkuluję, nie przeliczam, nie analizuję. Nie pamiętam sumy rachunku, ale w tamtym momencie jestem pewny, że facet absolutnie nawet nie pomyślał, żeby nas ewentualnie naciągnąć. Podchodzę do stolika, ekipa się zbiera i opowiadam o całej sytuacji. Dziewczyny na szybko przeliczają i okazuje się, że najzwyczajniej w świecie trafiliśmy na niezłą promocję od naszego przyjaciela kelnera. Odchodząc, żegnamy się serdecznie i śmigamy na stację metra.
Po drodze mijamy budynek Narodowego Panteonu, ale nawet nam nie w głowie, żeby tam jeszcze zachodzić.
Jesteśmy głodni, a tę atrakcję zostawiamy sobie na nasz kolejny raz w Lizbonie. Meldujemy się na stacji, pakujemy do metra i po chwili jesteśmy w domu. Pora na późny obiad, a raczej kolację. Młodzież rozchodzi się do swoich pokoi i odpala wifi, Marek i Monika przygotowują stół, a ja, przy asyście Ali, zabieram się za krewetki a la „Zmysłamiprzezświat”. (przepis znajdziecie klikając w ten link https://www.zmysłamiprzezświat.pl/belem/ )
Zrobienie krewetek dla ośmiu osób w obcej kuchni nie jest sprawą prostą, przede wszystkim jeśli chodzi o logistykę i naczynia. Wynajduję patelnię, jest raczej mikrych rozmiarów, dlatego do tematu podejdę na dwa razy. Rozpoczynam od kieliszka wina, obowiązkowo 😉 . Wszystko poszło w miarę gładko i danie na dwie tury, ale ląduje na stole. Chwila prawdy i czas zbierania recenzji kulinarnych.
Na półmisku krewetkowe towarzystwo prezentuje się całkiem dobrze. Oczywiście dziewczyny jako podkładki pod półmisek używają azulejos w korku, dziś kupione na Targu Złodziei. Sądząc po minach i tempie znikania skorupiaków, to smakowało. Uff, bo już się bałem, że nie podołam. Oczywiście przy okazji nie obyło się bez śmiechów i planów na jutrzejszy dzień. Ta nasza obiadokolacja jest fajnym zwieńczeniem dzisiejszego dnia.
CDN…




