Zdecydowanie wchodzimy do środka. Wewnątrz małe pomieszczenie, kilka stolików i lada, za którą stoi dwóch kolesi przygotowujących posiłki. Siadamy przy stoliku i obydwoje jesteśmy przekonani, że trafiliśmy w dziesiątkę. Zapach, jaki wypełnia przestrzeń, jest znakomitą wizytówką tego, co za moment wyląduje na naszych talerzach.
Składamy zamówienie, by po chwili cieszyć się zajebistym smakiem tego, co ci kolesie dla nas przygotowali — pyszne falafele z humusem. Wszystko zrobione ze świeżych produktów, bez żadnej ściemy. Do tego dostajemy herbatę z miętą. Obiad mamy epicki.
Okazuje się, że chłopaki z Palestyny są bardzo otwarci i kontaktowi. Kiedy dowiadują się, że jesteśmy z Polski, pierwsze, co od nich słyszymy, to: „Robert Lewandowski!”. Śmiejemy się, że to znak czasu — kiedyś cały świat znał papieża Jana Pawła II i Lecha Wałęsę, a teraz Lewy otwiera wszystkie drzwi i jest ambasadorem naszego kraju. Jeden z chłopaków przyznaje, że mimo iż jest fanem Realu Madryt, to szanuje Lewego i uważa go za jednego z najlepszych napastników na świecie. Ot, takie rozmowy przy obiedzie.
Po zjedzonym posiłku koledzy stawiają nam jeszcze ichnią kawę, która smakuje obłędnie. Przyrządzona według ich przepisu — nigdy wcześniej tak dobrej słodkiej kawy nie piłem. Klimacik w Yala jest mega. Żałujemy, że musimy stąd wyjść, ale przygoda trwa. Żegnamy się z naszymi palestyńskimi gospodarzami i idziemy powłóczyć się po dzielnicy.
Beşiktaş zdobywa nasze serca od razu. Dzielnica tętni życiem. Wszędzie knajpki, restauracje, kawiarnie. Uśmiechnięci, młodzi ludzie siedzą przy stolikach. Co ciekawe — kiedy idziemy między knajpami, nikt nas nie zaczepia, nikt nas do niczego nie namawia. Nie widzimy tu żadnych naganiaczy. W mijanych sklepach na produktach są ceny, a na restauracyjnych stolikach leżą karty z menu. Czuć w tym miejscu powiew europejskości i luzu.
Wchodzimy do marketu i robimy szybkie zakupy. O tym, że na Beşiktaşu jest luźno, świadczy kocur, który między regałami wcina karmę wyłożoną specjalnie dla niego na kartonie. Nie mogę uwierzyć w to, co widzę — w wielkim markecie takie obrazki! Śmiejemy się z Alą, że gdyby w Polsce wydarzyło się coś takiego, to byłaby afera, że hoho. Pewnie sklep zostałby od razu zamknięty, trzeba by było wprowadzić specjalne procedury, żeby go ponownie otworzyć — nie mówiąc już o karach.
Tu, w Stambule, na Beşiktaşu takie sytuacje nie stanowią żadnego problemu. Nikt z tego powodu nie robi afery, klienci praktycznie nie zwracają uwagi na zwierzaka. Ten widok jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że jesteśmy w kulturowo totalnie innym świecie.
Wychodzimy z marketu z postanowieniem powrotu do domu. Nie wiadomo kiedy czas nam umknął — i to błyskawicznie. Po drodze na tramwaj jeszcze zachodzimy do małego sklepiku, w którym, w normalnych cywilizowanych warunkach, kupujemy pamiątki i prezenty dla najbliższych. Cieszymy się, że mamy to już z głowy, bo ten aspekt wszystkich naszych wycieczek zawsze jest najbardziej stresujący 😉.
Mijamy stadion piłkarski Beşiktaşu, wsiadamy w tramwaj i wracamy do turystycznej rzeczywistości. Zaczepiani przez restauracyjnych naganiaczy przebijamy się do hotelu. Kiedy zalegamy na wyrku, dociera do nas fakt, że jutro jest nasz ostatni dzień w Stambule. Cholera, jak ten czas szybko ucieka!
Co robimy ostatniego dnia? Została nam do zobaczenia Hagia Sofia. W planie mamy też wycieczkę na azjatycką stronę miasta. Zobaczymy, co nam z tego wyjdzie.
CDN ?…
Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię.
Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem 😉 https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat
Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !




