Stambuł był marzeniem Alicji. Mnie z kolei przyciągało tam handlowe zacięcie mojej mamy. Dawno, dawno temu, kiedy byłem małym chłopcem, a w ostródzkich sklepach można było kupić tylko ocet, moja matka jeździła do Stambułu „na handel”. Nie pamiętam dokładnie, jakie cuda z PRL-u wywoziła tam, by zadowolić Turków, ale zawsze, kiedy wracała, była obładowana kożuchami i skórzanymi kurtkami. No i oczywiście obowiązkowo był worek słodyczy dla mnie i mojego brata. ????
Ala z kolei kiedyś zobaczyła w telewizji reportaż o Stambule. Była zachwycona klimatem i architekturą miasta. Stwierdziła, że chce tam pojechać. Chciałem zrobić jej prezent urodzinowo-świąteczny, więc wpisałem Stambuł na nasz rozkład podróży. Organizacja wyjazdu okazała się jednak nieco skomplikowana. Po pierwsze, jak się tam dostać w budżetowy sposób? Przejrzałem oferty polskich lotnisk i przewoźników, którzy obsługiwali połączenia do miasta nad Bosforem. Powiem Wam, że nie było łatwo. Kiedy już stwierdziłem, że z Polski nie ma się co wybierać, bo grozi to zrujnowaniem budżetu, postanowiłem sprawdzić lotnisko Berlin Brandenburg.
Okazało się, że działa tam przewoźnik tureckich tanich linii lotniczych o mitycznej nazwie Pegasus. Do tej pory głównie lataliśmy Ryanairem, więc do Pegasusa podchodziłem sceptycznie. Jednak Turcy oferowali najkorzystniejszą cenę i dobre godziny połączeń. Zalogowałem się na ich stronę, założyłem konto i zabukowałem bilety w dwie strony. Teraz pozostało jeszcze zorganizować opiekę dla naszej młodzieży i kota Tymka. Tu z pomocą przyszła mama Ali, która bez problemu zgodziła się nimi zająć, podczas gdy my będziemy eksplorować Stambuł.
Znalazłem nam hotel w turystycznej dzielnicy miasta i to w zasadzie zamknęło kwestie logistyczne. Teraz tylko pozostało czekać na dzień wyjazdu.
Samolot mamy o 13:10. Wstajemy rano, żeby wyjechać z odpowiednim zapasem czasu. Osobiście wolę siedzieć na lotnisku, niż denerwować się po drodze, czy zdążymy. Wrzucamy walizki do bagażnika, żegnamy się z rodziną i ruszamy w drogę. Na parking Alt Glinieckie docieramy bez problemów. Zostawiamy auto, przechodzimy kładką na stację kolejową po drugiej stronie ulicy. Ten motyw mamy dobrze opracowany, bo w ten sposób odbyliśmy już kilka podróży. Niewątpliwą zaletą lotniska w Berlinie jest szeroka siatka połączeń i darmowy parking, z którego zawsze korzystamy.
Podmiejską koleją przejeżdżamy dwa przystanki i wysiadamy prosto na terminalu. Rozglądamy się i namierzamy punkt odprawy bezpieczeństwa. Mamy zapas czasu, więc spokojnie przechodzimy kontrolę. Mimo że ludzi jest sporo, wszystko przebiega sprawnie i po 15 minutach jesteśmy już po drugiej stronie. Następnie idziemy do kontroli paszportowej, ponieważ opuszczamy teren Unii Europejskiej. Ten etap także przebiega bez problemów. Śmiejemy się z Alą, że Niemcy potwierdzają swoją solidność na każdym kroku.
Sprawdzamy tablicę odlotów, ale póki co nie ma informacji o bramce. Znajdujemy miejsce w poczekalni i odliczamy czas. Po kilkunastu minutach dostaję wiadomość od przewoźnika z numerem bramki. Zbieramy walizki i idziemy pod wskazany numer. Gdy tam trafiamy, dociera do mnie, że lecimy do Turcji – większość pasażerów ma śniadą cerę, a osób o bladej karnacji, takich jak my, jest zdecydowanie mniej. Prawdopodobnie jesteśmy jedynymi Polakami na tym locie. Irytuję się trochę, że poczekalnia przed bramką jest bardzo mała i większość ludzi stoi lub siedzi na podłodze. Cóż taka polityka lotniska.
W końcu rozpoczyna się boarding, który przebiega równie sprawnie co wcześniejsze kontrole. Kiedy wchodzimy na pokład okazuje się, że mimo iż nie bukowałem nam numeru miejsc to siedzimy praktycznie koło siebie. Tym faktem jestem mile zaskoczony ????. Lot przebiega bez problemów. Po trzech godzinach lądujemy na lotnisku Sabiha Gökçen. Jesteśmy w Stambule! ????
Po kontroli paszportowej wychodzimy na halę przylotów, gdzie wita nas tłum ludzi z tabliczkami, czekających na gości, by zapewnić im transport. Lotnisko oddalone jest od miasta o niecałe 40 km. Przed terminalem widzimy mnóstwo zaparkowanych taksówek. Co chwila ktoś proponuje nam przejazd do centrum za jedyne 50 €. Choć ta opcja jest bardzo wygodna, to postanawiamy, że do hotelu dotrzemy jak zawsze środkami komunikacji publicznej.
Transfer z lotniska do centrum Stambułu jest prosty i dobrze oznaczony. Przechodzimy kilkadziesiąt metrów na stację kolei podmiejskiej, którą bez problemu znajdujemy. Wystarczy podążać za ludźmi z walizkami. Schodzimy ruchomymi schodami w dół i przed wejściem na peron kupujemy specjalną kartę do podróżowania po Stambule.
Na początku jesteśmy lekko wystraszeni, bo napisy w automacie są po turecku, ale po chwili odkrywamy, że dostępne jest też tłumaczenie na angielski. Kupujemy więc Istanbulkart, przykładamy ją do czytnika bramki i stajemy na peronie. Po chwili wsiadamy do pociągu. Jedziemy dwa przystanki, przesiadamy się do metra i po 40 minutach docieramy na stację Sirkeci.
Po wyjściu z metra witają nas pięknie oświetlone budynki i zapach jedzenia. Od hotelu dzieli nas jakieś 15 minut spacerem.
Z zaciekawieniem przyglądam się mijanym knajpkom i hotelom, których jest mnóstwo. O tym, że jesteśmy w mieście portowym, świadczą krzyki mew, które będą nam towarzyszyć przez cały pobyt. Korzystając z nawigacji, bez problemu docieramy do naszego hotelu Wonder Wood.
CDN…