Stambuł bez filtra

Ala robi kilka kadrów, ja natomiast z ciekawością przyglądam się turystycznym instagramerom. Przez chwilę zastanawiamy się, w którą stronę pójść. Jednogłośnie stwierdzamy, że w górę osiedla. Podziwiamy architekturę i ekipy stambulskich kocurów, które dzielnie okupują okolicę. Klimat tego miejsca jest wyjątkowy – tym bardziej, że nie ma tu jeszcze wielu turystów. Kolorowe domy i małe, klimatyczne sklepiki z rękodziełem cieszą oczy. Super, że możemy tu być.

Kiedy schodzimy w dół, Alicja zagląda do jednego z takich sklepików i kupuje pamiątki. Zaczyna rozmawiać ze sprzedającą kobietą i dowiaduje się, że jest ona artystką. Większość rzeczy, które sprzedaje, robi sama. Wchodzę do środka i z przyjemnością przyglądam się, co kobieta oferuje – zero chińszczyzny! Wszystko to jej własne dzieło albo „made in Turkey”. Przy okazji zakupów – jak to powinno być w zwyczaju – zostajemy poczęstowani herbatą i pysznymi czekoladowymi cukierkami. Taki Stambuł chcę poznawać.

Schodzimy dalej z postanowieniem, że pora na kawę. Chętnie w tak pięknych okolicznościach przyrody usiądziemy, odsapniemy i zastanowimy się, co dalej. Namierzamy ciekawie wyglądającą kawiarnię.

Siadamy przy stoliku. Jeden z dwóch pracujących tam mężczyzn podchodzi do nas i pyta, czego potrzebujemy. Mówimy, że chcemy się napić kawy. Alicja decyduje się na sok ze świeżych pomarańczy, ja natomiast biorę kawę po turecku.

Facet prosi nas, żebyśmy weszli do środka, i proponuje ciasto. Wyciąga na dwóch talerzykach dwa rodzaje ciast i zachwala je pod niebiosa – oczywiście zrobione przez jego matkę. Robi to z takim przekonaniem, wdziękiem i uśmiechem, że ulegamy. Siadamy do stolika. Po chwili kawa, sok i ciasto są już na blacie. Przez moment zastanawiamy się, ile za to zapłacimy. No ale, kurde, ile można zapłacić za taką przyjemność?

Miejsce jest naprawdę klimatyczne, koleś się do nas uśmiecha – i właśnie to usypia naszą czujność. Kiedy idę zapłacić, nawet nie chcę mówić, ile – szczęka mi opada. Czuję się potraktowany jak bankomat, najzwyczajniej w świecie naciągnięty. Przełykam ślinę i – nieźle wkurwiony – mówię, że zapłacę kartą. Wtedy facet komunikuje mi, że skoro tak, to do rachunku musi doliczyć jeszcze 50 lir. Wiecie co? Z trudem się opanowuję. Nie robię awantury, bo przecież kiedy składaliśmy zamówienie, nie pytaliśmy o kartę, nie widzieliśmy cen. Przykładam kartę do czytnika, wklepuję PIN, odwracam się na pięcie i siadam przy stoliku.

Ala od razu widzi, że coś jest nie tak. Kiedy mówię jej, ile ta „przyjemność” nas kosztowała, widzę w jej oczach gniew. Zrobili nas tureccy obywatele w bambuko bez mydła. Po raz kolejny czujemy się jak jelenie. Przykre to. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ci ludzie tak robią. Jak można być tak cynicznym i nie mieć najmniejszych skrupułów? W myślach mówię: „Chuj z nimi” – nie zepsują nam wakacji.

Z tej sytuacji wyciągam naukę: wchodzimy tylko do knajp, gdzie jest karta albo podane ceny. Koniec, kropka.

Siedząc u naciągaczy na kawie, podjęliśmy decyzję, że skoro już tu jesteśmy, spróbujemy przepłynąć promem na drugi brzeg i zwiedzić dzielnicę Galata. Odpalamy mapy i orientujemy się, że przystań jest po sąsiedzku. Po drodze natrafiamy na ciekawą akcję – zauważamy tłum ludzi, praktycznie każdy z aparatem w dłoni. To może znaczyć tylko jedno: kolejna instagramowa miejscówka.

Idziemy w tym kierunku zaciekawieni. Kiedy docieramy na miejsce, zauważamy, że ludzie cisną się wokół schodów, których stopnie są pomalowane kolorowymi farbami. Trochę mnie to dziwi, bo to zwykłe schody – tylko kolorowe.

Nie potrafię zrozumieć, skąd ta ekscytacja. Turyści jak w amoku się wyginają, przyjmują dziwne pozy. Nie pojmuję fenomenu tego zjawiska. Wystarczy coś pomalować na kolorowo i już – wyznawcy Insta ciągną do tego jak ćmy do światła.

Cóż, zostawiamy to za sobą i ruszamy na przystań, by złapać prom. Rejs trwa dosłownie kilka minut. Wysiadamy ze statku i obieramy kurs na wieżę Galata – główną atrakcję tej dzielnicy.

Niestety, o tym, że to atrakcja turystyczna, świadczą gęstniejące tłumy. Im bliżej wieży, tym większy ścisk. W bezpośrednim sąsiedztwie wpadamy w nurt ludzkiej rzeki. Ludzie są wszędzie – ciężko przejść, żeby nie wejść komuś w kadr. Restauracje wokół wieży są pełne po brzegi. Co ciekawe, zauważamy, że ludzie raczą się tu zimnym piwem – czego nie widzieliśmy na naszej dzielnicy.

Robimy rundkę po okolicy, strzelamy kilka fotek i kierujemy się w stronę miejsca, w którym trzeba być – Placu Taksim. Miejsce szczególne dla obywateli miasta, a może i całej Turcji. To tu rozpoczęły się protesty przeciwko budowie centrum handlowego w miejscu parku Gezi – zapalnik ogromnej fali demonstracji przeciwko rządowi Erdogana. Rozgrywały się tam dantejskie sceny – gaz łzawiący, armatki wodne, przemoc.

Dziś to centrum europejskiej części miasta. Siedziby firm, restauracje, sklepy, hotele. W centralnej części placu stoi Pomnik Republiki. Tłum turystów potwierdza, że jesteśmy na dobrym szlaku. Po obu stronach mijamy ekskluzywne sklepy i punkty gastronomiczne. W pewnym momencie stwierdzamy, że czas na posiłek.

Wpadamy do jednej z restauracji – jedzenie na wagę. Mimo że lokal leży przy głównej ulicy, nie ma w nim turystów. Dania kuchni tureckiej podnoszą nasze morale. Na nowym zastrzyku energii docieramy na Plac Taksim. Pierwsze, co rzuca się w oczy? Policja. Trafiamy akurat na jakąś kampanię promującą wstępowanie do służb. Rozstawione namioty, policyjne stoiska, sprzęt, radiowozy, oddziały – wszystko jak z festynu. Śmiejemy się z Alą, że „psiarnia” nawet w Stambule nas znajdzie. 😉

Sam plac nie robi na mnie wielkiego wrażenia. Siadamy na murku i zastanawiamy się, co dalej. Ala wyciąga przewodnik i mówi, że jesteśmy blisko muzeum Adama Mickiewicza. No cóż – skoro już tu jesteśmy, grzechem byłoby nie zajrzeć.

Nie jestem entuzjastycznie nastawiony. W mojej głowie kiełkuje myśl o zimnym browarze. Kusząca opcja – jesteśmy zmęczeni, słońce praży. Nieśmiało rzucam propozycję, ale spotyka się ona z kategorycznym sprzeciwem. Myślę przez chwilę i dochodzę do wniosku: okej, 15 minut piechotą, idziemy.

Wychodzimy z placu, mijamy budynki w remoncie i trafiamy na dzielnicę, która zdecydowanie nie jest turystyczna. Powiem szczerze – wiele widziałem, ale ta robi wrażenie. Idziemy ulicą, po której nic nie jeździ.

Budynki są potwornie zaniedbane. Czuję na sobie wzrok mieszkańców. To inna twarz miasta. Nie mówię nic Alicji, ale po zmroku omijałbym to miejsce szerokim łukiem. Smród, brud i ubóstwo. Dzieci biegają brudne i zagilane. Nie spotykamy ani jednego turysty – tylko my.

Na szczęście do muzeum już blisko. Powinniśmy je widzieć, ale nie możemy go namierzyć. Podchodzę do grupy kobiet, chcę zapytać – ale zanim zdążę się odezwać, coś do mnie mówią, gestykulując. Z ich słów wyłapuję jedynie „muzim, muzim”. Domyślamy się, że wskazują nam kierunek. Idziemy za ich wskazaniem – i nagle zza rogu: jest! Muzeum Adama Mickiewicza.

CDN…

Zostań PaTrOnEm bloga Zmysłami przez Świat. Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl  Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem 😉  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat 

Do moich Patronów i kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży

Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !