Budowla ma kształt okręgu. Wszystko wykonane jest z piaskowca jasnego koloru. Wygląda to trochę jak mini Koloseum. Do wnętrza prowadzi brama, przez którą bez wahania przechodzimy. Stajemy na wewnętrznym placu. Ewidentnie jest to jakiś historyczny obiekt. Musi mieć mnóstwo lat, bo w wielu miejscach widać jak ząb czasu zaciekle gryzie mury.
Klimatyczna miejscówka do tego wydaje się być totalnie opuszczona. Ola biega z aparatem natomiast ja zauważam przejście, które prowadzi nad morze. Bez namysłu kieruję tam swoje kroki. Przy okazji na ścianie zauważam tablicę ogłoszeń. Z tego co jest napisane domyślam się, że właśnie znajdujemy się na terenie przystani żeglarskiej. Widok przycumowanych pięknych jachtów tylko utwierdza nie w moich przypuszczeniach.
Wiedziony ciekawością idę wzdłuż murów naszego „Koloseum”. Po kilku metrach trafiam na przepiękne miejsce z niesamowitym widokiem i mnóstwem starych, zniszczonych, porzuconych łodzi wiosłowych. Wygląda to wszystko jak miejsce ich wiecznego spoczynku.
Kilka metrów dalej zauważam wędkarza, którego widzieliśmy z falochronu. Pewnie facet dostał się tu tak jak my.
Siadam na brzegu i napawam się tym, co widzę.
Po chwili dołącza do mnie Ola. Oczywiście bez moczenia nóg w morzu obyć się nie może. To znaczy Aleksandra uskutecznia taki sposób morsowania. Osobiście z moją kocią naturą jestem jak najdalej od tego typu atrakcji.
Spędzamy tu naprawdę kilka fajnych chwil. Cieszę się, że możemy odkrywać takie nietuzinkowe miejsca w przedsezonowych okolicznościach przyrody.
Opuszczamy cmentarzysko łodzi i kierujemy się w stronę starego miasta. Jedynym stworzeniem, które spotykamy po drodze jest sycylijski kocur.
Wystarczyło, że na moment zwracamy na niego uwagę, przykucamy, a on bez jakiegokolwiek pardonu już siedzi nam na kolanach i pozuje do fotek. Wyjątkowo medialna „bestia”. Widzę, że między kamieniami falochronu stoi mnóstwo domków dla kotów wraz miskami z wodą i karmą. Widać, że ludzie dbają o populację tutejszych kociambrów ????.
Do końca sjesty mamy jeszcze trochę czasu. Olka zalega nad brzegiem morza. Moje nogi prowadzą mnie do wieży stojącej na wybrzeżu. Jak się okazuje jest to strategiczny punkt strzegący niegdyś wejścia do portu. W chwili obecnej znajduje się tam muzeum archeologiczne. Płacę kilka euro i wchodzę do środka. Generalnie szału nie ma. Kilka modeli okrętów, kilka archeologicznych eksponatów. Natomiast wszystko wynagradza widok z tarasu na Morze Tyrreńskie. Doskonale widać stąd górujące nad Trapani Erice. Można też dostrzec w oddali wyspy Favignana, Isola di Levanzo.
Z góry dostrzegam Olkę w jej chuście na głowie od Chińczyka jak wyleguje się nad brzegiem. Czego chcieć więcej? No może tylko jakąś kolację ????. Schodzę z wieży, zabieram Aleksandrę i ruszamy w poszukiwaniu restauracji z karteczki. Okazuje się, że niestety jest zamknięta. Kierowani fantastycznymi zapachami, klucząc po uliczkach Trapani trafiamy do knajpki, która właśnie przed momentem została otwarta. Lokal nazywa się Maree.
Jesteśmy po sjeście pierwszymi klientami. Zajmujemy sobie miejsce przy stoliku. Od sympatycznego mężczyzny dostajemy menu. Pozostaje tylko złożyć zamówienie. Miejscówka robi na nas pozytywne wrażenie. Wystrój w stylu marynistycznym genialnie komponuje się z zapachami, które z kuchni trafiają do naszych nosów.
Przeglądam kartę dań i zamawiam miecznika. Ola idzie w klasykę i prosi o kluski. Do tego musi pojawić się na stole karafka białego wina.
Po kilkunastu minutach lądują nasze dania. Jestem trochę podekscytowany, bo miecznika będę jadł pierwszy raz. Podany jest z siekaną sałatą z domieszką pomidorów. Sama ryba jest pyszna. Idealnie doprawiona, tylko jak dla mnie za cenę 16€ to porcja była co najmniej niewystarczająca. Kluski Olki pyszne, ale na jej talerzu też zaleciało malizną.
Przy stoliku obok nas siadają dwie kobiety w średnim wieku. Rozmawiają między sobą w języku rosyjskim. Jestem tym faktem trochę zdziwiony. Trwa właśnie wojna na Ukrainie. Rosjanie nie powinni legalnie podróżować a tu dwie panie obwieszone złotem, uśmiechnięte, zadowolone, biesiadują przy winie. Dziwnie ten świat jest poukładany. Być może ich mężowie czy synowie strzelają do ukraińskich cywili, a one w najlepsze korzystają z uroków życia. W pewnym momencie podchodzi do nich kelner i mówiąc po angielsku pyta się skąd pochodzą? Kobiety są takim obrotem sprawy trochę zmieszane, ale bez mrugnięcia patrząc mu w oczy odpowiadają, że są z Ukrainy. Facet odwraca się na pięcie i wraca do swoich zajęć. Gdybym nie był z pokolenia, które w podstawówce katowało język rosyjski to być może bym uwierzył, ale siedząc kilka minut i słuchając ich dialogów jestem pewny, że skłamały. Ewidentnie są Rosjankami. Płacimy rachunek i wychodzimy z lokalu. Babki z Rosji bawią się w najlepsze.
Idąc ulicami zdajemy sobie sprawę, że jutro nasza sycylijska przygoda dobiegnie końca, ale to dopiero jutro. Korzystając z tego, że jeszcze możemy tu być chłoniemy miasto jak tylko możemy. Jest to nasz ostatni wieczór w Trapani. Mimo, że w nogach mamy sporo kilometrów, to po zjedzonej pysznej obiadokolacji nie odczuwamy tak mocno zmęczenia. Spacerkiem, łapiąc fajne kadry, wracamy na kwaterę.
CDN…




