Skansen w Sanoku, pizza i coś słodkiego

Budzi mnie huk dobiegający zza okna. Wstaję z łóżka, przecieram oczy, podchodzę do okna. Jest jeszcze ciemno. Mimo to widzę, że z nieba leje deszcz. Nie jest to deszczyk, ale porządna ulewa. Kładąc się wczoraj do snu chciałem wierzyć, że prognozy się nie sprawdzą i będziemy znowu mogli iść w góry. Niestety przy tej aurze to nie miało najmniejszego sensu. Mokro, szaro, buro i ponuro. Widząc ten obraz za oknem i słysząc jak krople rozbijają się o dach werandy, ląduję z powrotem w wyrku. Przy takich okolicznościach przyrody nie pozostaje nam nic innego jak tylko odwiedzić Sanok. Zasypiam błyskawicznie. Oczy otwieram dwie godziny później. Na dole słyszę jak dziewczyny przygotowują śniadanie. Spoglądam jeszcze raz za okno łudząc się, że może pogoda się poprawiła. Nic z tego. Nadal pada, trochę mniej intensywnie, ale na przejaśnienia nie ma kompletnie szansy. Mimo aury śniadanie jemy na tarasie. Przy okazji ustalamy, że w Sanoku zwiedzimy skansen i to jest cel naszej dzisiejszej eskapady.   Z Cisnej do miasta nad Sanem dzieli nas godzina drogi, więc nie jest to jakaś gigantyczna odległość. Droga, mimo, że kręta i biegnąca bieszczadzkim duktem mija nam błyskawicznie. Po nieco ponad godzinie meldujemy się u bram skansenu. Na szczęście w Sanoku nie pada. Niebo pokryte jest ołowianymi chmurami, od czasu do czasu tylko lekko mży.  Odczuwam ulgę, bo nasza ekipa oczywiście nie ma żadnych parasolek.
Wchodzimy na teren skansenu, kupujemy bilety. Chcemy wynająć przewodnika, ale od pani w kasie dowiadujemy się, że jesteśmy za późno i nie ma szans żeby ktoś nas oprowadził. Szkoda, bo taki obiekt zwiedzany bez przewodnika traci bardzo dużo ze swojej atrakcyjności. Przechodzimy przez drzwi wejściowe i jesteśmy na terenie skansenu. Pierwsze, co sobie myślę to, że chyba wszyscy cofnęliśmy się w czasie. Przed oczami mamy Galicyjski Rynek. Wokół placu stoją stylowe drewniane domy, które mieszkańcom zapewniały nie tylko dach nad głową, ale pełniły też role użyteczności publicznej.
W tych chatach prowadzono też działalność o charakterze rzemieślniczej. Możemy zobaczyć jak wyglądał dawniej dom zegarmistrza, zakład krawiecki, fryzjerski. Oglądamy jak mieszkał i w jakich warunkach pracował ówczesny stolarz czy nauczyciel. Niesamowita lekcja historii. Żałujemy jedynie, że nie możemy skorzystać z przewodnika. Żal jest tym większy, kiedy zauważamy grupę zwiedzających z osobą oprowadzającą. Na potrzeby wycieczki ich przewodnik otwiera im zamknięte domy żeby mogli wejść do środka i tam z bliska oglądać to, co znajduje się w ich wnętrzu. My takiego komfortu nie mamy i do naszej dyspozycji są tylko wnętrza wybranych domów i to też w bardzo okrojonej formule.
Wychodząc z Rynku do naszych nosów dociera hipnotyzujący zapach świeżo wypiekanego pieczywa. Okazuje się, że w domu, który pełnił funkcje piekarni cały czas prowadzona jest działalność i wypieka się w sposób tradycyjny pieczywo. Po zapachu trafiamy do środka. Niestety mamy pecha, bo w tym momencie trwa wypiek i musimy obejść się smakiem. Postanawiamy jednak, że kiedy będziemy wracać, to zajdziemy tu jeszcze raz i może wtedy uda się nam skosztować lokalnych pyszności. Z mapą w ręku oglądamy pozostałe domy i znajdujące się w nich eksponaty. Zachodzimy do budynku kościoła, muzeum ikon, mijamy synagogę.
Zwracam uwagę na stojące obok drewnianej chałupy pszczele ule. Jakże różnią się od tych współczesnych. Chwile rozmawiamy na temat pszczół i dochodzimy do wniosku, że wielu z naszych znajomych zajmuje się hodowlą tych pożytecznych owadów. Baaa osobiście zauważam, że w naszym kraju coraz więcej młodych ludzi zajmuje się pszczelarstwem i myślę, że ta branża ma przed sobą jasną przyszłość.

Obszar skansenu jest bardzo rozległy. Można tam naprawdę spędzić cały dzień pod warunkiem, że będą sprzyjające warunki atmosferyczne. My niestety dziś na takie liczyć nie możemy. Postanawiamy, że powoli będziemy kierować się do wyjścia. Po drodze oczywiście nie odpuszczamy piekarni. Tym razem mamy szczęście, bo właśnie przed momentem zakończył się wypiek i w sprzedaży są świeże, gorące, cudownie pachnące bułki. Kolejka nie jest jeszcze zbyt duża. Ala z Moniką zaopatrują nas w pieczywo. Do tego kupują kefir. Siadamy na ławce przed budynkiem i wcinamy. Czuję się jak za czasów dzieciństwa, gdzie w piekarni można było dostać ciepłe bułki prosto z pieca. Jak one smakowały! Tym ze skansenu też niczego nie brakuje. Są wypiekane z naturalnych produktów, bez chemii, według tradycyjnych receptur. Uczta „bułkowa-kefirowa” pierwsza liga. Zaspakajamy pierwszy głód, a przy okazji postanawiamy, że na obiad pojedziemy do centrum Sanoka. Hubert w oka mgnieniu korzystając z dobrodziejstw internetu i kierując się pozytywnymi opiniami w Google, wynajduje nam pizzerię o wdzięcznej nazwie „Xavito”.
Wychodzimy z muzeum pełni pozytywnych wrażeń. Sam obiekt naprawdę wart jest tego, by go odwiedzić. Żywa lekcja historii podana w bardzo przystępny i namacalny sposób.
Na terenie muzeum oczywiście jest kawiarnia, wspomniana piekarnia – w zasadzie wszystko, co potrzeba turyście. Można zaopatrzyć się w pamiątki czy publikacje na temat skansenu. Co ważne przy sprzyjającej pogodzie można tam spędzić dosłownie cały dzień, nie narzekając na nudę. Należy tylko pamiętać, żeby zwiedzanie zorganizować sobie z przewodnikiem. Wówczas ten obiekt na pewno zyska jeszcze na atrakcyjności. Wycieczka do skansenu przy kiepskich prognozach pogody okazuje się być super alternatywą dla górskich wędrówek.
Wskakujemy do naszych aut. Marek wklepuje adres naszej restauracji i w drogę. Lokal jest położony na uboczu od centrum Sanoka. Parkujemy samochody przed pizzerią i wchodzimy do środka. Jestem trochę sceptycznie nastawiony do lokali wynalezionych na szybko w necie, ale co tam. W środku znajdujemy wolny stolik, który mieści całą naszą ósemkę. Wnętrze lokalu nie robi jakiegoś oszałamiającego wrażenia. Zauważam nawet, że przydałoby się tam trochę odświeżyć. Pocieszam się tym, że mimo niezachwycającego wnętrza, kuchnia może okazać się naprawdę dobra. Pani kelnerka podaje nam kartę. Zamówienie może być tylko jedno.
Dwie pizze gigant. W oczekiwaniu na zamówienie zauważam, że do lokalu schodzi się coraz więcej ludzi, więcej i więcej. Dosłownie w przeciągu 20 minut restauracja się zapełnia. Para młodych ludzi, która weszła do środka pyta o wolne stoliki. Kelnerka oświadcza im, że niestety, ale miejsc brak. Młodzi decydują się zaczekać i siadają przy służbowym stoliku. Ta sytuacja mówi mi, że chyba jesteśmy w najpopularniejszej pizzerii w Sanoku. Mówię Wam ludzi się tam tyle przewijało, że szok. Non stop pielgrzymki, a przecież był to środek tygodnia. Na stole lądują nasze pizze. Młodzież pochłania włoski specjał w oka mgnieniu. Oczywiście przy stole idą wymianki między talerzami. Jedzenie naprawdę dobre. Oczywiście pizza z Xavito nie umywa się do tej robionej w domu przez Alicję, ale trzeba szczerze przyznać, że jest pycha. Siedzi się nam bardzo miło. Jedyne, co wprawia mnie w stan irytacji, to ciągłe telefony.
Restauracja oczywiście realizuje zamówienia na wynos, więc dźwięk dzwonka praktycznie się nie kończy. Czuję się jakbym był w jakimś centrum telefonicznym. Być może gościom, którzy siedzą dalej od baru to nie przeszkadza, ale ja mam serdecznie dość ciągłego dzwonienia 😉 .
Po kolacji decydujemy, że na kawę skoczymy na stare miasto. Jest już dość późno, ale skoro jesteśmy w Sanoku, to grzechem będzie się tu nie pokręcić. Wychodzimy z pizzerii w przekonaniu, że najprawdopodobniej udało się nam zjeść w najlepszej i chyba kultowej restauracji w tym regionie.
Spacerem, przy pomocy mapy „wujka Google” idziemy na sanocki rynek. Głód kofeinowy zaczyna się nawarstwiać. Kawa musi być wypita. Mamy nadziej, że na rynku znajdziemy jeszcze jakąś czynną kawiarnię. Po krótkim spacerku docieramy na miejsce. Sama starówka nie robi na nas jakiegoś dużego wrażenia. W poszukiwaniu kawiarni trafiamy na punkt widokowy, który też nie jest jakiś hitem. No, ale cóż – atrakcja zaliczona.
Teraz kawa! Stojąc na rynku rozglądamy się po okalających go stylowych kamienicach w nadziei, że uda się nam znaleźć miejsce, gdzie można jeszcze wypić małą czarną. W zasadzie to sporo lokali jest już nieczynnych, co jest trochę dziwne, bo jest przecież szczyt sezonu turystycznego. Obostrzenia są poluzowane, więc chyba wszystko powinno pracować pełną parą? Otóż nie do końca jest tak w Sanoku. Przez chwilę nawet mamy stracha, że będziemy musieli zajechać na kawę na jakąś stację benzynową. Na szczęście udaje się nam zlokalizować lokal, którego drzwi są otwarte. Nasze wybawienie nazywa się „Coś słodkiego”.
Wchodzimy do środka. Wewnątrz bardzo mało miejsca, ale kawiarnia posiada stoliki na zewnątrz, gdzie finalnie zalegamy całym składem. Zamawiamy upragnioną kawę, do tego ciacho. Młodzież życzy sobie jakieś koktajle. Zamówienie przynosi nam do stolika kelnerka. Mamy chwile luzu i relaksu. Mimo, że aura nie jest sprzyjająca, to smak kawy sprawia, że humory nam dopisują, a zastrzyk kofeiny daje nam energetycznego kopa. Smak ciasta, które jedzą dziewczyny doceniają miejscowe ptaki. Wystarczyło odstawić na moment talerzyk, żeby bezczelnie zameldował się przy nim ze swoim dziobem wróbel.
Jednemu udało się zwędzić resztę słodkości i po chwili mamy przy stoliku cały gang. Przyglądamy się im i dochodzimy do wniosku, że te ptaki musiały dostosować swoje żołądki do takiego jedzenia. Ja nie słyszałem, żeby jakiekolwiek ptaki zajadały się sernikiem. Te tutejsze wcinały jego reszki bez opamiętania. Zawsze myślałem, że wróbelki to ziarno i inna naturalna karma, ale ta reguła chyba nie dotyczy sanockich wróbli. Przez chwilę się nawet śmiejemy, że traktują kawiarnię jako swój wypasiony karmnik. Świat oszalał i to nie tylko ten ludzki. Jeśli będziecie w Sanoku to naprawdę warto wpaść na kawę do „Coś Słodkiego”. Oprócz oczywiście dobrej małej czarnej i pysznego ciasta spotka Was tam jeszcze przemiła obsługa, o ile nic się tam nie zmieni. Trzymam kciuki, bo takich miejsc na kawowej mapie kraju nie jest dużo.
W Cisnej meldujemy się późnym wieczorem. Zmęczeni, ale zadowoleni. Mamy przeświadczenie, że wycisnęliśmy z tego dnia maxa. Wycieczka do Sanoka, zwiedzanie Muzeum Budownictwa Ludowego, pizza w Xavito i oczywiście na deser kawa na sanockim rynku. Przy fatalnej aurze w górach ten wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę. Trochę tylko żałuję, że w samym Sanoku spędziliśmy dosłownie moment, bo mam wrażenie, że te miasto mogłoby mnie pozytywnie zaskoczyć. Przed pójściem spać ustalamy, że jutro, czyli ostatniego dnia naszego pobytu w Bieszczadach, idziemy w góry. Pogoda ma sprzyjać, więc skoro świt wracamy na bieszczadzkie szlaki.

 

CDN…