Rzym Olki. Zatybrze i kilometry w nogach.

Nie lubię cieszyć się na zapas. Dopóki moja stopa nie staje na ziemi, o której ktoś inny powiedziałby: „niedługo tam będę”, ja traktuje ją wyłącznie jak wyimaginowany plac rodem z powieści Garcii Marqueza.
Właśnie mija trzeci dzień realizmu magicznego. Wciąż stoimy na włoskiej ziemi. Żeby być już stuprocentowo precyzyjną: leżymy (jest najwyżej godzina 08.00). Przyciąganie ziemskie daje o sobie znać z każdym kęsem naszego rzymskiego śniadania. Zjadamy zawinięte w prosciutto crudo kolejne, opasłe niczym tomy Krzyżaków, kawałki sera i czipsów, nonszalancko popijając je winem. Proszę Dawida o kilka zdjęć. Widzę i wiem, że wkurza go robota nadwornego paparazzo. Tym bardziej, że zapłatą za te „męki” może być wyłącznie bonus 😉  w postaci kolejnego dnia w moim towarzystwie. Scusami, Dawid! Widok czarownicy z Salem, zagryzającej pod cienkim prześcieradłem dwudniową szynkę, nie jest zapewne wymarzonym kadrem. Został za to najcieplejszym wspomnieniem 😉 .
Po tej wyrafinowanej uczcie i chwili prawdziwego Dolce Vita, zaczynamy szykować się do wyjścia z hotelu. W zasadzie to już od dobrej godziny jesteśmy zwarci i gotowi na kolejną randkę z Wiecznym Miastem. Wciągamy na tyłki dżinsy i pozostałą garderobę. Zakładam koszulkę spod znaku The Coca cola Company, plecaki wypełniamy zapasem czekolady. Do tego butelki z wodą. Oczywiście nie ma mowy żebym zapomniała o swoim przyjacielu. Przez głowę przewieszam mój ukochany aparat fotograficzny. Generalnie zestaw niezbyt wytworny jak na spacer po romantycznym Rzymie. Jednak liczę na to, że miasto nam wybaczy ten typowo turystyczny sznyt 😉 .
Szybko docieramy do ścisłego centrum. Mam wrażenie, że po dwóch dniach intensywnych przechadzek znamy i zaczynamy lubić otaczające nas kąty. Zauważam też, że odległości, które pokonujemy jakoś dziwnie się skracają 😉 . Dawid po raz pierwszy ma okazję  w świetle dnia zobaczyć Altare della Patria ( Ołtarz Ojczyzny ). Choć to nie do końca poprawna nazwa, bo stanowi jedynie część ogromnego monumentu, wzniesionego na zboczach Kapitolu ku czci Vittorio Emanuele II.  Nazwa brzmi bardzo wzniośle.
W dzisiejszych czasach obiekt pełni miejsce punktu widokowego. Swoją siedzibę ma tu też Centralne Muzeum Zjednoczenia Włoch. ( Museo Centrale del Risorgimento ). Jeśli nie chcesz zbytnio nadwyrężyć swoich mięśni czworogłowych ud podziwiając jednocześnie panoramę miasta to Ołtarz Ojczyzny jest na to idealnym miejscem.
Budowla robi naprawdę kapitalne wrażenie. Kiedy już prawie, prawie „szczęki opadają nam na ziemię” z pomocą przychodzą uliczni naganiacze i sprzedawcy towaru niekoniecznie oryginalnego. Dawida zaczepia właśnie taki uliczny biznesmen. What’s up guys?! Bro! Where are you from?! Ucinamy z człowiekiem krótką kurtuazyjną pogawędkę. Na pożegnanie przybijamy przysłowiową piątkę, zbijamy żółwika  i ruszamy przed siebie.
Jestem w Rzymie po raz kolejny, ale dopiero teraz mogę sięgać wzrokiem tam, gdzie podczas zorganizowanej wycieczki, w której brałam udział sięgnąć nie mogłam. Taki stan sprawia, że widzę dużo więcej i na więcej detali zwracam swoją uwagę. W pewnym momencie stojąc na ulicy dostrzegam niepozorne wejście prowadzące na dziedziniec Palazzo di Venezia. Jest ono dosłownie na przeciwko Ołtarza Ojczyzny. W „zmysłowej” filozofii podróży nie ma czegoś takiego jak lista: „to do, to see, to check, to die”. W żadnym stopniu nie jesteśmy ograniczeni kurczącym się pod masą atrakcji czasem. Bez zbędnych słów wchodzimy na teren dziedzińca.
Kiedy stajemy na jego środku słuchamy śpiewu ptaków, które mogłyby śmiało wtórować Wodeckiemu. Dopada nas chwila spokoju i zadumy. To nieprawdopodobne, bo za murem odgradzającym nas od ” reszty świata” jest ulica z tak potężną skalą hałasu, że szok. Natomiast my mamy ten luksus, że możemy pławić się w spokoju. Totalnie przepadamy w tym klimacie.  Palmy dają kojący cień. Starsi panowie siedzą na ławeczkach zaczytani w prasie.
Są jak kamienne posągi, na których praktycznie nic nie robi wrażenia. Wyglądają  jak figurki, które ktoś dawno temu umieścił na tym dziedzińcu.  W tym momencie stają się częścią naszej historii, podróży.
Siadamy na ławce. Pierwsze kawałki białej czekolady Riterra rozpływają się w naszych ustach. Myślę sobie „chwilo trwaj” . Łapię wielki haust powietrza. Czuję, że kocham tu być. Właśnie w tym momencie odczarowuję wszystkie negatywne wspomnienia kiedy byłam w Rzymie po raz pierwszy. Doskonale pamiętam tamte chwile. Zorganizowana wycieczka nie jest najszczęśliwszym  wyborem. Ciągły pośpiech, wieczny brak czasu, nieustanne poganianie przez przewodnika, który jak najszybciej chce skończyć swoją pracę. Zorganizowanym wycieczkom mówię NIE!
Nasz cel na ten dzień jest jednak inny. Jak prawdziwi Polacy, nuworysze, by nie powiedzieć Janusze… ruszamy do sklepu z winylami 🙂 . Wybaczcie małą ironię. Pomysłodawcą jest Dawid, ja tylko mogłam z radością przyklasnąć. Szukam w tej idei oddechu. Wytchnienia od wszystkiego, co piękne i niesamowite, monumentalne i robiące wrażenie. Takie klimaty są ok, ale mogą też człowieka przytłoczyć. Zdecydowanie wolę od tych „ochów i achów” „zatapiać się” w tłumie. Uwielbiam czuć się jak dziewczyna z sąsiedztwa. Lubię zatrzymać się na moment, porozmawiać z mieszkańcami, potrzebuję poczuć się jak u siebie. Nie chcę żeby traktowano mnie jak kogoś komu należy szybciutko bez zbędnych ceregieli sprzedać selfie – sticka, czy podnieść cenę za aperola ( taka taktyka w stosunku do przyjezdnych ).
Obieramy kurs na Zatybrze. To taka mniej komercyjna część miasta. Kiedy wchodzimy w głąb otaczają nas piękne budynki mieszkalne, stylowe wille i jest tu dużo, dużo mniej turystów takich jak my 😉 . Czuję się tu fantastycznie. Dawid zresztą też, bo uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Cieszę się, że jestem w podróży z facetem, który nie nastawia się wyłącznie na „oklepane” widoki, ale jest tu i teraz, na Zatybrzu,  chłonie wszystko dookoła jak gąbka.
Zanim przekroczymy granice Zatybrza z dzielnicą o nazwie  Quartiere Residenziale musimy pokonać bardzo wiele schodów pnący się niestety w górę. Ten widok i gorąca aura, która dziś towarzyszy nam od samego rana sprawia, że zbyt szczęśliwa nie jestem. To było kilka minut  mozolnej wspinaczki, przerywanej krótkimi pauzami na złapanie oddechu. Powiem Wam, że cholera jasna, było warto. Kiedy pokonujemy ostatnie stopnie widzimy taras, na którym stoi figura bożej rodzicielki.
Za tą niepozorną Maryjką z tarasu rozpościera się kapitalny widok na cały południowy Rzym z czerwono – rudymi dachami budynków, sterczącymi antenami telewizyjnymi i wznoszącym pasmem gór, który dopełnia  widok. W tym momencie rozumiemy, że mamy szczęście. Jesteśmy tu całkiem sami. Mimo sąsiadujących z tym miejscem bloków mieszkalnych panuje tu totalna cisza. Jedynym towarzystwem jakie mamy, oprócz Maryjki na cokole jest uśmiechające się do nas słońce. Niestety nie mamy wina. Jakoś o tym ważnym aspekcie podróży ze „Zmysłami” nie pomyśleliśmy. 
Rekompensujemy sobie ten deficyt,  wcinając soczyste pomarańcze i gapiąc się w przed siebie. Kontemplujemy ciszę oraz piękne okoliczności przyrody i tak niepowtarzalne 🙂 .  Mam takie przemyślenie, że gdyby nie idea Dawida pójścia do sklepu z winylami, nie odkrylibyśmy tak kapitalnej miejscówki. Zdecydowanie warto było tu zwlec nasze tyłki.  
Żegnamy się z Maryjką i południowym Rzymem. Ruszamy przed siebie w stronę winylowego edenu Dawida. Po drodze mijamy lokalsów siedzących na ławeczkach, budynki między którymi rozstawione są stoiska second handów.
Dawid z szelmowskim uśmiechem proponuje mi zakup koszulki z Sophią Loren wskazując na taką z podobizną Audrey Hepburn… Nie będę tego komentować 🙂 . Po drodze widzimy jak w niepozornych małych barach siedzą panowie pod krawatami sącząc aperitivo.  Wreszcie czuję się jak u siebie 😉 . 
Po wielu przemierzonych kilometrach docieramy do vinylowego raju. Nazywa się  Elastic Rock. Przekraczamy jego próg. Wewnątrz tysiące płyt, kaset magnetofonowych, srebrnych krążków CD.
Można znaleźć tu dosłownie wszystko. Od oklepanych i popularnych tytułów, wykonawców, po prawdziwe białe kruki. Dawid jara się tym jak mały dzieciak watą cukrową na odpuście 😉 . Znika mi między regałami. W tym czasie ucinam pogawędkę z właścicielką sklepu. Kobieta mówi, że kolekcjonowanie płyt winylowych rozpoczęła jej babcia a ona przejęła rodzinny biznes. Jej rodzina przygodę ze sklepem muzycznym zaczęła jeszcze przed II Wojną Światową. Nie wiem czy to prawda, czy może piękna historia wymyślona na potrzeby wścibskich turystów. Nie zastanawiam się nad tym długo. Po prostu kupuję tę historię.
W pewnym momencie zza regału wyłania się  Dawid. W rękach trzyma jakąś płytę. W jego oku widzę błysk. Okazuje się, że znalazł tam egzemplarz, którego długo szukał. Mówi, że chciał go kupić już od dawna, ale za rozsądną cenę. No i ma. Trzypłytowy album Mellon Collie and the Infinite Sadness zespołu Smashing Pumpkins. Jak dla mnie to cena nie jest rozsądna, on twierdzi inaczej. Cóż. Najważniejsze, że Dejv jest uszczęśliwiony. Z tryumfalnym uśmiechem na ustach oświadcza, że możemy wracać do Polski 😉 .
Żegnamy się z właścicielką i wychodzimy z tego muzycznego raju. Przy wejściu na ławeczce śpi mężczyzna ze sklepu obok. Ten widok uświadamia nam, że właśnie jest czas sjesty. Człowiek śpi jak niemowlę.
Nikt mu nie przeszkadza, bo przecież dla Włocha sjesta to rzecz święta. Co za niesamowita rzeczywistość. Ta część miasta ujmuje nas do końca.  Obiecujemy sobie, że następnym razem też postaramy się zajrzeć do Elastick Rock.

Pora wracać do naszego włoskiego domu. W tym momencie mamy już „w nogach” 15 kilometrów.  Znakiem tego, że znowu jesteśmy na turystycznym szlaku jest gęstniejący tłum turystów i mijana przez nas siedziba ONZ mieszcząca się przy via P.P Rubens. Zaraz obok znajduje się Circus Maximus. Teren ten porasta głównie trawa, którą zresztą skrzętnie wykorzystujemy i zalegamy. Dla mnie to niesamowite miejsce. Nasze tyłki gniotą trawę w miejscu gdzie sam On, Juliusz Cezar urządzał wyścigi rydwanów. Ta świadomość działa na wyobraźnię. Leżymy, gryziemy resztki czekolady, gapimy się w niebo i obgadujemy przechodzących ludzi. Słowem, jak to się mówi kolokwialnie, „zbijamy bąki” 😉 .

Pora się „zbierać”. Ciężko nam wstać ale, jakoś się udaje 😉 . W tym momencie w zasadzie nie mamy żadnego szczególnego pomysłu co dalej. Instynktownie idziemy w kierunku amfiteatru Flawiuszów. Obchodzimy obiekt lustrując każdy jego fragment. Mimo, że jest to jedno z najbardziej popularnych miejsc turystycznych na świecie, to o tłumach mowy być nie może. Widzę Coloseoo po raz wtóry, jednak to dopiero teraz zaczynam czuć jakąś niewytłumaczalną więź z tym pięciokondygnacyjnym starociem 😉 . Zaczynam nawet go lubić, trochę.      

Zaczyna być chłodno. Jesteśmy już mocno zmęczeni. Nasze nogi automatycznie prowadzą nas do ” Andrzeja”. Maszerując zdaję sobie sprawę z tego, że kiedy będę wchodzić do tej trattorii nie będę  wyglądała wyjściowo. Moja bluza wyjęta z plecaka jest wygnieciona, poplamiona. O mojej fryzurze nawet nie wspomnę. Wyglądam jak dziecko wojny 😉 . Ale najlepsze jest to, że nie będzie mieć to najmniejszego znaczenia. U „Andrzeja” jakkolwiek byśmy nie wyglądali zawsze ktoś przywita nas ciepłym ” Buona sera! Accomodatevi”. 
W drodze powrotnej zahaczamy o Terrazza del Pincio w Ogrodach Borghese. Jest to nasza kolejna wizyta w tym punkcie widokowym. Chcę pobiegać tu z aparatem w nadziei na dobre kadry, w których zamknę mieszkańców Rzymu i turystów. Dziś ludzi jest bardzo wielu. Czy dziwi mnie widok mas wspinających się na piaskowe ogrodzenie tarasu? Absolutnie.
Gdybym była tu teraz sama przysięgam, stanęłabym na murku niczym Jack Dawson w Titanicu i krzyknęła: „Jestem królową życia!” W tym momencie obserwuję jeden z najbardziej niezwykłych zachodów słońca jakie do tej pory widziałam. Przyglądam się ludziom i czuję radość. Mimo, iż są obwieszeni złotem na metry, w dłoniach trzymają najnowsze modele i-phonów, to wciąż potrafią zachwycać się zwyczajną, leniwie sunącą po niebie kulą gazową.

Słońce położyło się spać, zrobiło się chłodno.  Dla naszego duetu oznacza to, że najwyższa pora na wizytę u Andrzeja.
CDN…