Lidl od naszego czeskiego domu oddalony jest o pół kilometra, co dla rowerzysty  nie jest dystansem  dużym pod warunkiem, że się wie gdzie dokładnie sklep jest. Do końca nie wiemy, bo wcześniej padły nam telefony, a jedyną podpowiedzią jest strzałka pokazująca kierunek, w którym należy jechać,  by trafić do marketu. Cóż, decyzja zapadła. Jedziemy! Postanawiamy, że biorąc przykład z miejscowych, śmigniemy ścieżką rowerową brzegiem rzeki. Na początku trasa nie przysparza nam żadnych trudności, jednak jak się okazuje, są to dobre złego początki. Jadąc w pewnym momencie ścieżka rowerowa się kończy. Przed nami otwiera się możliwość wjechania na ulicę lub dalszego pedałowania, ale już po wąskiej gruntowej nawierzchni biegnącej wzdłuż rzeki. W sumie mimo zmęczenia, jedzie się super więc czemu nie wybrać opcji terenowej. Z biegiem czasu wąska ścieżka robi się bardzo wąska, do tego dochodzą rosnące przy niej drzewa i krzaki a teren staje się trochę błotnisty. Jedzie się coraz trudniej. Trasa wymaga sporych umiejętności technicznych żeby się utrzymać w siodełku. Z drugiej strony widoki są kapitalne – wijąca się jak wąż rzeka, której brzegi są gęsto porośnięte trawą. Mijane kładki wędkarskie nieoczekiwanie wyłaniają się z wysokich traw oraz trzcin. Cisza i spokój. W pewnym momencie jedziemy wzdłuż ogrodzenia wykonanego z siatki, za którą znajdują się  ogrody działkowe, na których Czesi spędzają wolny czas. Jest wszystko co trzeba, tylko sklepu  cholera brak! Jedziemy wzdłuż tej rzeki już dobrych kilka kilometrów. Nagle słyszę dziwny odgłos i krzyk Ali. To nie zwiastuje nic dobrego! W zasadzie momentalnie wiem, że  wydarzyło się coś złego.  Pierwsza myśl jaka pojawia się w głowie, to taka co się stało i czy z Alą wszystko w porządku? Kiedy się zatrzymuję i odwracam, widzę ją leżącą w krzakach, przygniecioną przez rower. Mam niezłego stracha. Podbiegam i po upewnieniu się, że nic jej nie jest, pomagam wstać. Mimo, że wygląda to groźnie, to kończy się jedynie na strachu i kilku zadrapaniach. Po tym zdarzeniu mamy dość i cała przyjemność z jazdy pęka jak bańka mydlana. Chcemy tylko dotrzeć do sklepu, zrobić zakupy i wracać do domu. Niestety jedziemy wzdłuż rzeki jeszcze kilka dobrych kilometrów, by wreszcie wyjechać na ulicę. W końcu cywilizacja. Nie żeby mi się przejażdżka nie podobała, ale po całym dzisiejszym dniu i emocjach jakie nam towarzyszą czujemy już zmęczenie. Mamy ochotę na prysznic, kolację i morawskie wino. Łudzimy się jeszcze, że uda nam się wreszcie trafić do Lidla. Niestety ten plan spalił na panewce. Kilka razy pytamy  miejscowych o drogę i powiem szczerze, nawet podejmujemy kilka prób podążania za ich wskazówkami, ale zakupów spożywczych nie jest nam dane dziś zrobić. Telefony nam padły, mapy nie mamy, do tego nie wiemy gdzie dokładnie jesteśmy. Postanawiamy wrócić tą samą drogą tylko, że nie będziemy już jechać nad rzeką, tylko standardowo wpakujemy się na ścieżkę rowerową. Powrót na kwaterę zajmuje nam jakieś 30 minut. Zakupy spożywcze nie zrobione, ale po drodze udaje mi się kupić wino. Co ciekawe dostaje je w takiej drewnianej budce, którą mogę porównać do kiosku ruchu, tylko z takim strzelistym dachem – coś w stylu zakopiańskim. Przed okienkiem stoi grupa młodych mężczyzn, która robi zakupy. Kiedy dostrzegam ten kiosk, pierwsza moja myśl jest taka, że może uda nam się kupić coś do jedzenia. Jakież było moje zdziwienie, kiedy stojąc tam, orientuję się, że jedynym asortymentem będącym w sprzedaży jest alkohol z olbrzymią przewagą wina. Sądząc po etykietach jest to kiosk jednej winnicy, która w ten sposób sprzedaje swoje produkty. Czekam kiedy młodzi Czesi zaopatrzą się w trunki i upatruję sobie butelkę białego wina, którą zamierzam kupić. Kiedy młoda klientela odchodzi od okienka, przychodzi moja kolej na złożenie zamówienia. Grzecznie proszę panią moją nieudolną angielszczyną o butelkę białego wina i wskazuje jej tę, którą sobie upatrzyłem. Kobieta odwraca się, podchodzi do kraników, które wystają ze ściany, bierze plastikową butelkę o pojemności 1,5l i z jednego z tych kraników nalewa trunek do butelki. W zasadzie w tym momencie przestaje mieć znaczenie, że to nie jest to wino, które chciałem. Nie wiem co myśleć. Kurde, upatrzyłem sobie butelkę z piękną etykietą a dostaję wino w plastiku. Jedyne pocieszenie jest w tym, że te w plastiku jest sporo tańsze i a do tego pojemność butelki ratuje sytuację. Następnie pakuję ją do plecaka, płacę i tak oto ogarnąłem nam 1,5l morawskiego trunku na dzisiejszy wieczór. To nic, że w domu chleba nie ma. Jest wino !! 😉 .
W czasie kiedy robię zakupy, Ala czeka na mnie zniecierpliwiona, bo chce jak najszybciej już być w domu. Pokazuje jej zakup i mówię jak to wszystko przy tym kiosku wyglądało, że chciałem co innego, a dostałem to. Generalnie jesteśmy ciekawi jak będzie „to” smakowało. Pamiętam, że kiedyś zrobiłem podobne zakupy. Będąc przejazdem w Harrachovie też kupiłem wino w plastiku z „kija”. Tamto smakowało super więc mam nadzieję, że te też nas nie zawiedzie.
Na kwaterę zjeżdżamy już mocno wieczorową porą. Jesteśmy padnięci. Pierwsze co robimy to prysznic. Okazuje się, że mamy jeszcze jakieś zapasy i kolacja z tego będzie całkiem, całkiem. Obydwoje stwierdzamy, że jutrzejsze śniadanie zjemy na mieście. Otwieram plastikową butelkę o pojemności 1.5l i nalewam do kieliszków. Dzisiejszy dzień był bardzo intensywny. Wiele udało się nam zobaczyć, a to dopiero drugi dzień naszego urlopu. Wznosimy za to toast. Wino z plastiku jest po prostu pyszne. Nie będę Wam się tu rozpisywał o smaku, bukiecie, kolorze i innych rzeczach zarezerwowanych dla sommelierów. Dla nas  morawskie z plastiku smakuje wybornie 😉 .  Ogarniamy nasz pokój i pakujemy część naszego bagażu. Jutro rano jeszcze szybki wyskok na miasto, bo po południu „wgryziemy” się w Morawy. Jedziemy do Mikulova na drugą część naszego czeskiego „pandemic tour”. Póki co, jemy szybką kolację i schodzimy jeszcze do naszego baru pod oknem posiedzieć razem z miejscowymi.

 

CDN…