Docieramy do placu otoczonego kamienicami. W koło niego poustawiane są ławki, na których siedzą „lokalsi”. Dzisiejsza pogoda daje się nam trochę we znaki. Zrobiło się bardzo ciepło. Niebo błękitne, żadnej chmurki, delikatny wiaterek – klimat typowo południowy.  Udaje nam się znaleźć miejsce w cieniu i tam płaszczymy nasze tyłki. Przyglądam się temu miejscu. Sam plac raczej duży nie jest. Za to w fasadzie jednej z kamienic jest coś na zasadzie ujęcia wody.

Ze ściany wystają rury, z których woda spływa bezpośrednio do otwartego zbiornika. Co jakiś czas w tym miejscu pojawiają się grupki  turystów. Przystają na moment, robią sobie  zdjęcia i ruszają w dalszą drogę. Za to stada miejscowych gołębi mają tu swój prywatny wodopój. Raz za razem zlatują się, by ugasić pragnienie.

 Dookoła jest kilka knajpek z rozłożonymi na zewnątrz ogródkami.  Tuż obok biegnie ulica, po której od czasu do czasu przejeżdża jakieś auto. Za ulicą stoi budynek. Nad jego wejściem wisi szyld z napisem MUSEU DO FADO. Pierwotnie w budynku mieściła się stacja pomp. Samo muzeum zaczęło działać w tym miejscu od 25 września 1998 roku. W chwili obecnej to podobno jedno z większych ośrodków kulturalnych w Lizbonie. Oprócz muzeum mieści się tam wiele innych ciekawych atrakcji jak chociażby szkoła gry na gitarze. No bo gdzie jak nie tu! Przecież nikt sobie nie wyobraża fado bez gitarowego akompaniamentu.

Po kilkunastu minutach oczekiwania na plac wsypuje się nasza ekipa. Pierwsze oczywiście dzieciaki, za nimi dorośli. Młodzi z jednej strony są nieco zmęczeni, a z drugiej bardzo podekscytowani wizytą w oceanarium. Zaraz wyciągają telefony i chwałą się zdjęciami. Monika z Markiem też przyznają, że oceanarium zrobiło na nich duże wrażenie. W zasadzie to wcale nas to nie dziwi, bo miejsce jest faktycznie wyjątkowe. ( wystarczy kliknąć w link i wylądujecie w lizbońskim oceanarium  https://www.zmysłamiprzezświat.pl/oceanarium/ ) Monika z Markiem łapią dosłownie chwile oddechu i idą do muzeum. My zostajemy z młodzieżą. Siedzimy na ławce w oczekiwaniu na ich powrót. Słońce przygrzewa co sprawia, że czujemy się rewelacyjnie. Lubię takie chwile kiedy mogę obserwować to co dzieje się dookoła mnie. W pewnym momencie obserwując ruch przy ujęciu wody zastanawiamy się z Alą czy można się jej napić. Nawet dochodzimy do wniosku, że raczej tak. W tym przeświadczeniu trwamy do momentu kiedy na placu pojawia się mężczyzna. Siada ławkę obok naszej. Gość ma długie opadające na ramiona włosy. Sądząc po ich stanie nie były  myte od bardzo długiego czasu. Mimo, że facet wygląda na młodego człowieka to postarza go zarost, który nigdy barbera nie doświadczył.  Twarz opalona, zryta bruzdami, zaniedbana. Na grzbiecie flanelowa koszula, która zapewne nie jedno przeszła, spodnie dżinsowe typu dzwony wyglądające tak samo tragicznie jak koszula. Nadgarstki obu rąk przyozdobione rzemykami i różnymi kolorowymi koralikami. Na  stopach pokrytych kurzem i brudem ma założone klapki. Oczywiście jest ze swoim psim towarzyszem. Powiem Wam szczerze, że pies w porównaniu do pana wygląda jak milion dolarów. Facet przy ławce stawia swój  oldschoolowy plecak, z którego wyjmuje metalową  miskę, nalewa do niej wody z plastikowej butelki i daje psu. Burek radośnie merda ogonem i zajmuje się uzupełnianiem płynów. Z kolei pan zrzuca z siebie koszulę, zdejmuje klapki, podchodzi do ujęcia wody i najzwyczajniej w świecie zmywa z siebie cały brud. Brakuje tylko żeby wyjął płyn do kąpieli 😉 .  Widząc jego toaletę oboje ze śmiechem stwierdzamy, że raczej za tę wodę do picia z tego ujęcia to podziękujemy 😉 .  Po toalecie facet wraca na ławkę, wyjmuje piwo z plecaka, przeciąga się, otwiera butelkę, bierze solidnego łyka patrząc w słońce. Wygląda na bardzo szczęśliwego człowieka. Oboje obserwujemy go i zastanawiamy się skąd przyszedł i dokąd zmierza. Mamy nawet dwie teorie na jego temat. Pierwsza taka, że jest to gość, który wsiadł do wehikułu czasu i przeniósł się z roku 1969 do Lizbony prosto z Festiwalu Woodstock. Druga, że jest to jakiś były prezes wielkiej „korpo”, który jak się u nas w kraju mówi: „rzucił wszystko i wyjechał w Bieszczady”. Obie koncepcje wydają się nam bardzo prawdopodobne 😉 . Dochodzimy do wniosku, że gdyby tak porozmawiać z tym człowiekiem, zapewne mógłby nam opowiedzieć wiele interesujących historii ze swojego życia. Nasz towarzysz z ławki obok siedzi jakiś czas gapiąc się w słońce i popijając browar. W pewnym momencie podchodzi do niego jakiś młody mężczyzna, witają się serdecznie. Nasz obieżyświat zakłada koszule, pakuje swój dobytek, gwiżdże  na psa i wszyscy trzej jak duchy znikają w wąskich uliczkach Alfamy. Nie wiem kim był ten człowiek, skąd przyszedł i dokąd zmierzał. Fakt był taki, że mimo tego, że wyglądał jak z innej epoki i przypominał kloszarda, to z jego oczu promieniowało szczęście i spokój. Siedzę na ławce pogrążony w myślach o tym, że każdy ma swoją drogę i różne rzeczy czynią człowieka wolnym i szczęśliwym. Każdy dokonuje swoich wyborów, a każda chwila naszego życia jest darem, który możemy wykorzystać jak tylko chcemy. Ważne żeby słuchać głosu swojego serca i być w zgodzie z samym sobą. Spotkanie z tym człowiekiem nabiera dla mnie wymiaru, nie boję się użyć tego słowa, duchowego. Naprawdę dziwne wrażenie. W głowie pojawiają mi się kolejne  myśli. Chwilę po tym jak gość znika wracam do rzeczywistości. Z rozmyślań nad tą całą sytuacją wyrywają mnie rozmowy nieco już znudzonych oczekiwaniem na powrót Marka i Moniki dzieciaków. Żeby ratować sytuację Ala zabiera wszystkich na lody do lodziarni, którą widzimy siedząc na ławce. Po chwili cała czwórka z lodami w garści wraca i zapada cisza. Kupiliśmy kolejnych kilkanaście minut względnego spokoju. Tak jak na początku dzieciaki wykazują się cierpliwością, tak teraz coraz częściej słychać pytania z cyklu – klasyka gatunku: „ długo jeszcze”, „ile musimy tu jeszcze czekać”, „nudzimy się”. Młodzi starają się zabijać czas jak tylko mogą. Idą nawet na zakupy do pobliskiego spożywczego, ale sami wiecie. Młodość ma to do siebie, że jest niecierpliwa. Tak jest i teraz. Staramy się ich zająć jak tylko i czym tylko się da.

Wreszcie z muzeum wychodzi Marek z Moniką. Oczywiście pytamy o wrażenia. Ich miny mówią same za siebie. Było warto! Zgodnie twierdzą, że w tym muzeum można spędzić wiele więcej czasu. Monika poza samą wystawą  jest pod wrażeniem pracownika ochrony, od którego dostała opieprz. Kiedy chciała zrobić sobie zdjęcie i zdjęła maseczkę od razu nie wiadomo skąd pojawił się ochroniarz. Podniesionym głosem nakazał natychmiast założyć ją powrotem na twarz.  Ot taki to pandemiczny czas.

 

CDN…