Co robimy dalej z tak pięknie rozpoczętym dniem? Do godziny 15:00 jeszcze mamy sporo czasu. Nie chcąc go marnować postanawiamy, że ruszamy tyłki, zwiedzimy okolicę, oczywiście na tyle na ile pozwolą nam nasze siły witalne. Opuszczamy Bus Stop i nabrzeżem spacerujemy przed siebie. Generalnie nie wiemy, gdzie chcemy iść i co chcemy zobaczyć. W tym momencie jesteśmy w takim stanie, że po prostu jakoś musimy przetrwać. Przemierzanie maltańskich ulic bez celu okazuje się ciekawym doświadczeniem. Po drodze podziwiamy cumujące przy brzegu piękne łodzie. Jest ich tu mnóstwo. Chyba każdy Maltańczyk ma swoją. Sprzęt pływający jest różny.
Od skromnych jednostek, po wypasione za dziesiątki tysięcy eurasów, które na swoich pokładach dodatkowo mają jeszcze skutery wodne czy małe łodzie motorowe. Idąc przed siebie orientujemy się, że w pobliżu nas nie ma żywego ducha. Wszyscy rozsądni ludzie kryją się w klimatyzowanych pomieszczeniach czy barach popijając zimne piwo. Tylko my ludzie o bladych twarzach spacerujemy w porze największego upału. Myślę, że musimy wyglądać co najmniej zjawiskowo. Po drodze mijamy miejską plażę. Nie jest to kąpielisko, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
Pod falochronem rozciąga się skalisty brzeg, z którego do wody można wejść po drabince. Wygląda to dość osobliwie. Z perspektywy czasu nie rozumiem, dlaczego wówczas nie legliśmy na tych kamieniach i nie wskoczyliśmy do wody. Chyba już byliśmy tak zmęczeni, że nie myśleliśmy racjonalnie.
Przemieszczając się po naszej dzielnicy w głowach mamy tylko łóżko i sen. W pewnym momencie czujemy, że nie mamy już na nic sił. Znajdujemy ławkę, która stoi w cieniu drzewa. W tym momencie nic bardziej sensownego nie przychodzi nam do głowy. Zajmujemy miejscówkę i trwamy tam prawie do godziny 15:00. Wyglądamy przy tym tragicznie.
Wszyscy jesteśmy wypompowani na maksa. Nasze morale szoruje po dnie. Jedyne co motywuje nas do dźwignięcia się i pójścia do hotelu to perspektywa prysznica i łóżka.
Dosłownie o 15:00 ponownie meldujemy się w recepcji. Chłodne powietrze z hotelowej klimatyzacji w tym momencie to doznanie z serii tych fantastycznych. Najchętniej to położyłbym się teraz na korytarzu i tu przekimał. Podziwiam resztę ekipy. Ja przynajmniej przespałem kilka godzin na lotniskowej glebie, natomiast oni praktycznie nie śpią już grubo ponad dobę. Z dołu zabieramy nasze bagaże. Razem z Moniką siadamy na skórzanych sofach. Ala z Mareckim chcąc nas zameldować podchodzą do recepcjonisty. Obserwuję tę sytuację. Wyraz twarzy naszych wysłanników nie wróży nic dobrego. Kiedy wracają do nas mówią, że ten hotel ma kilka obiektów, a my zostaliśmy zakwaterowani w innym budynku. Na szczęście nie jest to daleko. Dosłownie kilka minut spacerkiem.
Zakładamy plecaki, bierzemy walizki i mapę, na której recepcjonista nakreślił nam plan dotarcia do naszego obiektu noclegowego ???? . Droga niby wydaje się prosta, ale… No właśnie. Upał i zmęczenie sprawiają, że mimo trzymanej w dłoni mapy z zaznaczoną trasą nie możemy znaleźć właściwego budynku. Krążymy po dzielnicy, pytamy przechodniów o adres. Nikt nie potrafi nam pomóc! Sytuacja staje się bardzo irytująca i nerwowa. Niby jesteśmy na ulicy, gdzie powinien być hotel, a nie możemy go odnaleźć. Błąkamy się w tą i z powrotem. Wyglądamy jak siedem nieszczęść. Próbuję znaleźć te przeklęte hotelowe drzwi i dupa. To już nawet przestaje być zabawne. Siadamy z naszymi tobołami na krawężniku w cieniu kamienicy. Pojawia się pomysł, że wrócimy skąd przyszliśmy i poprosimy, żeby ktoś nas zaprowadził na miejsce. W pewnym momencie Marek przejmuje inicjatywę poszukiwawczą. Niczym indiański tropiciel podejmuje kolejną, ostatnią próbę zlokalizowania wejścia do naszej kwatery. Siedzimy na ulicy i zrezygnowani czekamy na rezultat. Po chwili Marecki wraca z tryumfem wypisanym na twarzy. Cholera udało mu się! Odnalazł nasz hotel widmo ???? ! Dźwigamy z ulicy nasze tyłki i idziemy za przewodnikiem. Okazuje się, że klika razy przechodziliśmy obok tego hotelu. Drzwi prowadzące do jego wnętrza można powiedzieć są ukryte we wnęce budynku. Dlatego nie mogliśmy ich dostrzec. Myślę, że duży wpływ na taką sytuację ma nasz stan psychofizyczny- jesteśmy totalnie wypruci. Maltańska aura dosłownie nas zmiażdżyła, przejechała się po nas jak walec po świeżo kładzionym asfalcie.
Kwatera, w której będziemy mieszkać przez kolejnych kilka dni znajduje się na trzecim piętrze. Przywołujemy windę, wsiadamy do środka i nie wierzymy. Urządzenie komunikuje nam, że nigdzie nie ma zamiaru się ruszać. Dlaczego? Za dużo ważymy!! To niemożliwe. Cztery osoby z małym bagażem ważą tyle, że winda hotelowa tego nie ogarnie? Co to ma do cholery znaczyć? Wkurzony wychodzę z windy i o dziwo maszyna „odpala”. Drzwi się zamykają. Marek z dziewczynami jadą na piętro i wysiadają dosłownie przy drzwiach naszego mieszkania. Sapiąc jak lokomotywa pokonuję ostatnie schody. Kiedy wychodzę z zza winkla, widzę jak przed drzwiami stoi moja umęczona ekipa i nerwowo wsuwa karty magnetyczne do zamka. Nie wiem o co chodzi? Idąc do góry myślałem, że oni będą już okupować prysznic i łóżka, a tu niespodzianka. Ala swoją kartą próbuje otworzyć zamek, bez skutku. Marek wsuwa przypisany mu kawałek plastiku, po chwili kombinuje z „kluczem” Moniki. Zero rezultatu. Drzwi jak były zamknięte tak są. Za każdym razem, kiedy próbują otworzyć zamek migająca czerwona dioda sygnalizuje porażkę. Stoimy na klatce schodowej z naszymi tobołami skonani jak konie po westernie i nie możemy wejść do środka. To nie może być prawda! Nie teraz. Wizja ponownego udania się do macierzystego hotelu po nowe karty jest nie do przełknięcia. Karta Moniki, Ali i Marka nie działają.
Drogi czytelniku!!! Będzie mi niezmiernie miło jeśli zechcesz postawić mi kawę. W ten sposób wesprzesz mnie w mojej blogowej twórczości. Wystarczy kliknąć poniższy link https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat