Późno wieczorny rekonesans…

My tu gadu gadu a Lizbona czeka. Szybkie przepakowanie i ruszamy w miasto. Szkoda czasu- przecież jesteśmy w Lizbonie gdzie życie zaczyna się po 21. Na dodatek napędza nas głód. Trzeba zaspokoić potrzeby niższego rzędu żeby móc wskoczyć level wyżej. Poza tym chcemy rozejrzeć się po okolicy, „chłonąć miasto”, jego atmosferę i klimat. Głodni, jesteśmy głodni naprawdę bardzo chcemy zjeść cokolwiek !
Zaraz po wyjściu z klatki schodowej kierujemy się zapachem, który prowadzi nas do  maleńkiego lokalu znajdującego się dosłownie rzut beretem od naszego mieszkania. Przybytek ten nosi nazwę „AS BIFANAS DO AFONSO”. W oknie tego mini lokaliku stoją mieszkańcy Lizbony. Jedzą bułki, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak burgery, popijają to winem. Przed wejściem mamy moment zawahania. Czy wejść do środka, bo pomieszczenie jest naprawdę małe, a w środku tłum w liczbie dosłownie 7 osób  i żadnego turysty. Szybko podjęta decyzja. Wchodzimy do środka, a raczej się wciskamy. Obsługa w liczbie dwóch mężczyzn – młody i starszy wita nas uśmiechem. Zastanawiamy się co zjeść. Szukamy jakiegoś jadłospisu. Znajdujemy na ścianie rozpiskę po portugalsku, z której nic nie rozumiemy, ale widzimy jak nasi sąsiedzi pochłaniają bułki z mięsem. Patrząc na nich i na te bułki stwierdzamy, że my też to chcemy. Przecież oni nie mogą się mylić ;).  Ala zamawia po bule i do tego wino. Pan w oka mgnieniu podaje nam przez bar zamówienie i nalewa do kieliszków białe wino. Jedzenie jest pyszne. Jemy w ciszy przyglądając się wszystkiemu dookoła. W środku gwar, śmiechy. Ktoś wchodzi, ktoś wychodzi. Przy ladzie baru toczą się żywe dyskusje w „szeleszczącym” języku, z którego nie rozumiemy nawet pół słowa. Zapach jedzenia jest wszechogarniający. Bułka z mięsem, przepyszna i sycąca. Czujemy jak robi się nam błogo. Zamawiamy jeszcze po jednym kieliszku wina. Co ciekawe mimo, że ten punkt gastronomiczny znajduje się przy ruchliwej ulicy klientami są tylko Portugalczycy. W różnym wieku: kobiety mężczyźni, pracownicy wracający z roboty, wstępujący, by coś zjeść, napić się wina, spotkać znajomych, porozmawiać, pośmiać się przed powrotem do swoich domów.  Atmosfera jest tak swojska, że mamy ochotę tam zostać dłużej. Oboje czujemy się w tym lokalu jak na imprezie u przyjaciół. Mimo to postanawiamy rozpocząć eksplorację Lizbony. Płacimy rachunek 8 euro, żegnamy się portugalskim obrigado-a i ruszamy dalej. Oczywiście zaraz po wyjściu postanawiamy, że będziemy tam wracać. Z kronikarskiego obowiązku ta bułka z mięsem nazywa się  BIFANA. Zapamiętajcie tą nazwę ;).
Niepozorny "Bifanas Do Afonso Najedzeni spacerujemy po mieście. Mijamy mnóstwo turystów. Do naszych uszu dobiegają odgłosy muzyki, gwar ludzi. Przed oczami migają nam rozświetlone wystawy sklepowe, widok mnóstwa urokliwych bocznych uliczek wijących się i znikających za zaułkami. Po kilkunastu minutach tracimy orientację i tak naprawdę spacerujemy bez celu, bez pośpiechu, delektując się atmosferą. Przechodząc przez coś na styl paryskiego łuku tryumfalnego trafiamy na plac, po którym przechadzają się ludzie. Jak się potem okazuje jest to Plac de Comercio. Ciekawe miejsce nad samym Tagiem ale, że pora robi się późna, a nas o poranku czeka umówiony spacer po Lizbonie z przewodnikiem, postanawiamy wracać do domu. Po drodze robimy zakupy na poranne śniadanie.
Po dotarciu do pokoju z Alą stwierdzamy, że podróże są niesamowite i możliwości są ogromne jeśli chodzi o poznawanie nowych zakątków naszego świata. Jeszcze rano piliśmy kawę w Pile. Wystarczyło kilka godzin jazdy autem, kilka godzin lotu samolotem i człowiek wieczorem wcina bułkę z mięsem i pije wino na półwyspie Iberyjskim.   Nie ma co się bać trzeba podróżować bo … szkoda życia na siedzenie w domu. Do niego genialnie się wraca ale raz na jakiś czas trzeba się wyrwać w jakiś uroczy zakątek za „ludzkie” pieniądze by móc zaciągnąć się innym powietrzem, spojrzeć na świat z innej perspektywy.
W sklepie zakupy okazały się  owocne: białe porto, sery różnego rodzaju, szynka, pieczywo, oliwki. Na naszej kwaterze przed pójściem spać wypiliśmy  zacny kieliszek  porto, szybki prysznic i luli, bo rano czeka nas intensywny dzień. Tak przynajmniej się zapowiadało, ale jak było rzeczywiście o tym w kolejnej odsłonie.

 

CDN…