Idziemy w górę dzielnicy. Po drodze mijamy sklepy, restauracje i — co ciekawe — bardzo wiele zakładów mechanicznych, w których naprawia się samochody. Wygląda to tak, jakbyśmy trafili do dzielnicy mechaników samochodowych. Mijamy szkoły pełne rozwrzeszczanych dzieci i markety, z których Turcy wychodzą z torbami pełnymi zakupów.

Według mapy jesteśmy już całkiem blisko tych wspaniałych domów, które koniecznie trzeba zobaczyć. Rozglądamy się jednak i nigdzie nie dostrzegamy nic szczególnego. Jedyną ciekawą zabudową, jaką zauważamy, jest posterunek policji. Wszystko pięknie, tylko ten budynek nie jest celem naszej wycieczki, która trwa już ponad 30 minut.

Kluczymy po ulicach, szukając stylowej zabudowy. Mijamy trzy domy, które swoją architekturą odbiegają od reszty — i to by było tyle.

Nie chce się nam wierzyć, że autorowi przewodnika chodziło właśnie o te trzy, słownie: trzy stare budynki. Zdezorientowani chodzimy jeszcze jakieś 15 minut w poszukiwaniu ulicy z klimatycznymi domami — i nic. Otacza nas typowa zabudowa socjalistyczna i nic poza tym.

Wreszcie dochodzimy do wniosku, że te trzy mijane wcześniej przez nas drewniane domy to zapewne ta miejscówka. Jesteśmy rozczarowani i sfrustrowani. Szliśmy tutaj pod górę ponad 30 minut. Na miejscu kluczyliśmy kolejne 15 — wszystko po to, żeby zobaczyć trzy drewniane budynki. Takich domów jak te na wyspie Büyükada było mnóstwo.

Szczerze mówiąc, jesteśmy mega źli i rozczarowani. Stoimy na środku jezdni i zastanawiamy się, co dalej. Mamy dwie opcje do wyboru. Decydujemy, że wracamy. Znajdziemy jakąś knajpkę i zjemy porządny obiad. Tak sobie wynagrodzimy ten spacer.

Nie odpalam nawigacji. Na dół dzielnicy idziemy na czuja. W pewnym momencie zauważam między blokami kilka stojących straganów i kręcących się ludzi. Bez namysłu skręcamy w tamtą stronę. Okazuje się, że trafiamy na miejscowy targ.

Na ulicy między blokami mieszkalnymi porozkładane są stragany z różnymi artykułami spożywczymi. Jest ich naprawdę mnóstwo. Zapominamy o jedzeniu. Wiedzeni ciekawością i nieodpartą pokusą obejrzenia prawdziwego tureckiego targu dla lokalsów, idziemy coraz dalej, a stoiskom nie ma końca. Ludzi jest momentami tak wielu, że ciężko się przeciskać. Zewsząd dochodzi gwar rozmów. Handel kwitnie na całego.

Z ciekawości spoglądam na ceny. Jestem w szoku. W przeliczeniu na złotówki wszystkie dobra oferowane przez sprzedających są dla nas śmiesznie tanie. Kilogram pięknych pomidorów kosztuje od 4 do 5 zł! Włoszczyzna to grosze. Przypominają nam się czasy, kiedy kalafior kosztował złotówkę. Tutaj takie są ceny.

Poza owocami i warzywami sprzedawcy oferują też sery, miody, różnego rodzaju orzechy, jajka i inne przetwory. Oczywiście są też stoiska z ciuchami i artykułami gospodarstwa domowego. Generalnie można tu dostać wszystko, czego dusza zapragnie. Natomiast dla ludzi kochających gotować ten kawałek ziemi zdecydowanie jest rajem.

Zatrzymujemy się przy jednym straganie z serami. Sprzedawca częstuje nas obłędnie smacznym białym serem. Jedyny minus jest taki, że na całym targu nie można płacić kartą, a my nie mamy przy sobie nawet jednej liry. Jesteśmy źli na siebie na maksa, ale cóż — mamy nauczkę. Następnym razem gotóweczkę trzeba mieć w kieszeni.

Jak człowiek tak naogląda się tych wszystkich smakowitości, to robi się głodny. Właśnie osiągamy taki stan, że musimy coś zjeść — i to szybko. Już bez zbędnego błądzenia schodzimy w stronę portu. Mijamy bloki i zapuszczone podwórka. Nie są to rejony odpicowane dla turystów. Spoglądamy w oczy rzeczywistości, w której funkcjonują tutejsi mieszkańcy.

Jednak dla mnie najważniejsze jest to, że czuję się tu bezpiecznie. Nie spotkałem się z żadnym krzywym spojrzeniem, żadną zaczepką czy „kwaśną” sytuacją.

W pewnym momencie dostrzegam mężczyznę, który w swoim warsztacie zajmuje się odnową starych, stylowych mebli.

Z ciekawości zaglądamy do środka. Kiedy mężczyzna orientuje się, że ma gości, natychmiast na jego twarzy pojawia się promienny uśmiech. Oczywiście bez rozmowy obyć się nie może.

Ta sytuacja bardzo mnie ujmuje. Koleś widzi nas pierwszy raz w życiu i pewnie ostatni, a rozmawia z nami jak ze starymi przyjaciółmi. Pokazuje nam cały warsztat. Stara się nam pewne rzeczy tłumaczyć. Oczywiście między nami jest ogromna bariera językowa, ale w tym momencie nie ma to większego znaczenia i w zasadzie zbytnio nam nie przeszkadza.

Kiedy żegnamy się z tym człowiekiem, jesteśmy pod wrażeniem. Po raz kolejny utwierdzamy się w tym, że Stambuł to miasto wielu kontrastów.

CDN…

Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię.
Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem 😉  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat 
Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !