Porto z przewodnikiem – epizod III

Zbieramy się do dalszej drogi. Jesteśmy już trochę głodni, co komunikujemy Dorocie mówiąc, że czas najwyższy na obiadek. Ona ma jednak inne plany. Z tajemniczym uśmiechem mówi nam, że teraz zabierze nas na wyspy, a później pójdziemy przekąsić genialne kanapki z mięsem i nie są to broń Boże bifany. Z przewodnikiem się nie dyskutuje, więc przyjmujemy plan gry do wiadomości i nastawiamy się na zwiedzanie wysp. Czym są wyspy? Nie wiem jak mam to rozumieć. Wyspy w środku miasta? Brzmi tajemniczo i intrygująco. Okazuje się, że wyspami nazywa się w Porto dzielnice mieszkalne, do których prowadzą wyjątkowe drzwi ukryte wśród kamienic. Szczegółów celowo nie będę Wam zdradzał, bo nie chcę Wam psuć wrażenia, kiedy staniecie na ulicy przed wejściem do takiej dzielnicy i przekroczycie próg prowadzących do nich drzwi. Samo odnalezienie wejścia jest sporym wyzwaniem. Gdyby nie wiedza Doroty nigdy byśmy tych miejsc nie zobaczyli, a naprawdę warto, bo jest to jak dla mnie nr 1 tego dnia i robi na mnie gigantyczne wrażenie.
Kręcąc się po zagubionych dzielnicach Porto tracimy poczucie czasu. O tym, że czas coś zjeść „burczą” nam nasze żołądki. Żegnamy się z tymi magicznymi dzielnicami miasta i dziarsko maszerując idziemy na przekąskę. Gdzie? Kolejny punkt programu to CASA GUEDES. W tej restauracji są serwowane najlepsze bułki z wieprzowiną w całym Porto. Lokal niepozorny, ale o jego popularności świadczy to, że prawie wszystkie stoliki na zewnątrz są zajęte i to przeważnie przez lokalsów. Ten widok mówi mi, że jesteśmy w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze. Kiedy widzę na talerzach gości te bułki z mięsem, automatycznie kojarzę to z lizbońską Bifaną.
Mówię o tym Dorocie i dostaję radę żebym w tym miejscu nie śmiał głosić takich herezji, bo może się to spotkać z niezrozumieniem właścicieli tego miejsca. Różnica między kanapkami jest taka, że miejscowi mięso do bułki pieką kilkanaście godzin, co daje efekt taki, że jest ono bardzo delikatne i smaczne. Mięso następnie kładzie się w kawałkach na bułki. Na mięsie ląduje jeszcze ser i uwierzcie mi jest to kulinarna petarda. Oczywiście wszyscy zamawiamy ten przysmak, butelkę wina i zaczynamy biesiadę.
Atmosfera iście wakacyjna. Jak to u nas w zwyczaju przy posiłkach zawsze jest trochę śmiechu. Jedzenie jest naprawdę pyszne, ale jak dla nas trochę mało. Chcemy coś jeszcze domówić. Dorota z uśmiechem na ustach „wstrzymuje konie” mówiąc, że teraz zabiera nas w jeszcze jedno klimatyczne miejsce, a obżerać się nie ma co, bo na obiad jedziemy przecież do legendarnej już babci Klarysy, która ma w zwyczaju dobrze karmić swoich gości. Nie zdarzyło się żeby ktokolwiek  od niej wyszedł głodny. Taka perspektywa do nas przemawia tym bardziej, że Klarysa gotuje po domowemu. Wszystko jest przyrządzone jak dla rodziny – zero mrożonek, no może oprócz lodów 😉 . Płacimy rachunek, podnosimy tyłki i idziemy na zamkniętą stację kolejową. Idąc tam totalnie schodzimy z turystycznych szlaków i możemy oglądać Porto takim jakie jest. Po kilkunastu minutach spaceru i przejściu przez kilka portugalskich podwórek, stajemy na wzgórzu trochę na uboczu od dzielnic miasta.
Stąd rozpościera się przepiękna panorama na rzekę. Okazuje się, że jesteśmy na terenie, gdzie kiedyś stało osiedle i biegła linia kolejowa. Schodzimy stromymi schodami między ruinami domów, które tworzą niesamowity klimat. Uwielbiam takie historie.
Widoki kapitalne. Nie mogę zrozumieć, dlaczego w takim miejscu nikt nie postawił budy z kawą czy browarem, kilku leżaków i nie robi tu biznesu. Miejsce tak bardzo nieszablonowe, że wręcz magiczne. Do tego dochodzi piękna dzika roślinność, która pozostała po dawnych właścicielach. Jestem zachwycony.
Żałuje jedynie, że nie możemy spędzić tam więcej czasu, bo już na nas u siebie w domu czeka Klarysa z obiadem. Robimy jeszcze kilka zdjęć, zamawiamy ubera i śmigamy na obiad, który ma ukoronować nasz dzisiejszy dzień z przewodnikiem. Podjeżdża auto. Kierowca wysiada, pomaga nam się zapakować do środka. Kiedy wsiadamy do samochodu zauważamy, że gość ma w reklamówce jabłka. Oczywiście on od razu dostrzega nasze zainteresowanie i bez chwili namysłu częstuje jabłkami każdego z nas. Jest nam trochę głupio objadać faceta, ale nawet nie było mowy o jakiejkolwiek odmowie. Po kilku minutach jazdy wysiadamy pod domem babci Klarysy. Dorota idzie z nami do środka. Jesteśmy umówieni, że ona nas tam zostawi i w tym miejscu nasza wycieczka dobiegnie końca. Pora jest już wieczorowa. Nawet się nie obejrzeliśmy, a spędziliśmy ze sobą cały dzień. Jeśli chodzi o Klarysę to powiem Wam tylko tyle. Przywitała nas kieliszkiem Porto. Było swojsko, domowo i pysznie.
Lepszego risotto z owocami morza nie jadłem, do tego domowe wino i wspaniała atmosfera. Idealne zwieńczenie jak mawia mój znajomy petardastycznego dnia. Po obiadokolacji pięknie dziękujemy i spacerkiem wracamy na kwaterę. Pora jeszcze nie jest zbyt późna – jak na Porto, dlatego po drodze zahaczamy o kolejny punkt widokowy, który jak się okazuje jest blisko naszej kwatery. Z ulicy Passeio das Virtudes rozciąga się kapitalny widok na rzekę. Kiedy tam docieramy miejsce okupowane jest przez młodych mieszańców Porto. Towarzystwo rozłożone na kocykach popija wino. Część pozajmowała ławeczki a jeszcze inni okupują stoliki miejscowych barów.
Siadam za Alą na ławce. Patrzymy się na miasto i rozmawiamy. Marek z Moniką usadowili się w trochę innym miejscu. My mamy chwilę dla siebie. Patrzymy na to wszystko, co przed naszymi oczyma i nie dowierzamy. W takim czasie po tylu perypetiach jesteśmy tu! Jesteśmy w Porto razem z przyjaciółmi. Przeżywamy dzisiejszy dzień.  Jesteśmy pod wrażeniem tego wszystkiego, co pokazała nam Dorota. Jako przewodnik spisała się na medal. Stwierdzamy z Alą, że kobieta naprawdę ciężko pracuje. Będąc w stanie już zaawansowanej ciąży przechodziła z nami cały dzień. Dała z siebie tyle ile miała. Bardzo zaangażowana, profesjonalna bez nadęcia i krzty narcyzmu. Dorotę Woicką mogę polecić Wam z czystym sumieniem. Jeśli się zdecydujecie możecie być pewni, że pokaże Wam takie miejsca, o których nie wiedzą nawet mieszkańcy Porto 😉 .
Po tak intensywnym dniu wracamy do naszego portugalskiego domu i już po drodze cieszą się nam japy, bo czeka na nas jeszcze wieczorna posiadówa. Rano przed wyjściem z domu z Markiem zadbaliśmy o nasz komfort. Sofa stojąca  u nich w pokoju wylądowała na balkonie. Pora na kolację. Po dotarciu na kwaterę działamy według wakacyjnego schematu. Sofa, lampka wina, do tego kolacja, piękny widok. W takich okolicznościach nawet darcie dziobów przez miejscowe ptactwo ma urok. Siedząc przy stole obmyślamy plan działania na jutro. Dochodzimy do wniosku, że chętnie przepłyniemy się łodzią po rzece, żeby móc podziwiać miasto z takiej perspektywy. Łapiemy kontakt z Dorotą, która zamawia dla nas rejs u swojej znajomej. Ten temat jest ogarnięty w ciągu kilku minut. Oprócz łodzi Dorota proponuje nam spacer drugą stroną rzeki, aż do oceanu i wioski rybackiej. Tam możemy zjeść obiad w restauracji o futbolowej nazwie FC PORTO!! Bez chwili wahania korzystamy z jej rad. Jutro czeka nas, łódka, obiad i ocean. Nie mogę się doczekać, a Wy ? 

CDN…