Pod błękitnym niebem, z kotem i kieliszkiem wina

Wino smakuje genialnie, arbuz rozpływa się w ustach. Do tego wszystkiego pod nami błękit morza, nad nami błękit nieba. W oddali widać stambulskie wieżowce. Trudno mi to wytłumaczyć, ale łapię w tym miejscu jakiś dziwny spokój. Najlepsze jest to, że nigdzie nie musimy się spieszyć. Mamy to miejsce i chwilę tylko dla siebie.

W momencie, gdy zauważamy dno butelki, oboje stwierdzamy, że trunek był klasa. Humory szybują nam pod samo niebo 😉. Z uśmiechami na twarzy żegnamy się ze wzgórzem, świątynią i restauracją, po czym schodzimy w dół. Droga do portu mija błyskawicznie. Za ten stan odpowiada bankowo winny doping ze „świętego miejsca” 😉.
Gdy docieramy do pierwszych zabudowań, łapie nas kofeinowy głód. Wchodzimy do małej kawiarni, która jest integralną częścią pensjonatu. Zamawiamy kawę i siadamy na kanapie, na której wyleguje się kot. W chwili, gdy mój tyłek styka się z siedziskiem, kociamber już leży na moich nogach.
Bez głasków i mruczenia obejść się nie może. Kocur, mimo że nie ma jednej nogi, jest zadbany. Szybko orientujemy się, że to mieszkaniec pensjonatu. Ciężko nam się z nim rozstać, ale pora wracać. Chcemy w porcie zjeść kolację i wrócić do Stambułu.
Po kilkunastominutowym spacerze meldujemy się na wybrzeżu. Ala wyszukuje restaurację, która ma u „wujka Google” dobre recenzje. Lokal nazywa się „Anastasia”. Od centrum miasta do naszej kolacji dzieli nas jakieś 15 minut spacerem. Mamy nadzieję, że będzie warto.
Czy było? No totalnie nie!!!
Docieramy do restauracji głodni jak wilki. Siadamy przy stoliku na zewnątrz, czytam menu i rozglądam się zaciekawiony. W karcie bieda, w tym sensie, że królują dania robione na szybko, a ceny są dość wysokie. Gości nie ma zbyt wielu. Przy stoliku obok turecka młodzież skupia się na flirtowaniu i wlewaniu w siebie chmielu 😉. Mimo że obsługa jest miła, samo miejsce zupełnie nam nie przypada do gustu.
Wciągam burgera, który – jak dla mnie – jest jedyną rozsądną propozycją w karcie. Ala kończy makaron, płacimy rachunek i spadamy do portu. Po recenzjach z netu sporo sobie po tym lokalu obiecywaliśmy, ale niestety rozczarowanie było spore. Idziemy na prom i żałujemy, że po prostu nie zdecydowaliśmy się zjeść jakiegoś kebaba – byłoby smaczniej i zdecydowanie taniej.

 

Kiedy docieramy do portu, Ala chce osłodzić sobie obiad i staje w kolejce po loda. Ludzi przed nią jest sporo, ale kolejka szybko przesuwa się do przodu. Jeden Turek nakłada lody, drugi, starszy, stoi za nim z terminalem i kasuje. Cena lodowego deseru wypisana jest na wielkiej tekturze. Oczywiście co innego jest napisane, a co innego płaci osoba o jasnej karnacji – ta zapłaci drożej.
Jak to możliwe? Kiedy Ala chciała uregulować rachunek, koleś mówi jej, że płaci więcej, bo dostała loda w „specjalnym” wafelku. Oczywiście nigdzie nie było żadnej informacji o takiej opcji zakupu. Mało tego, gdy stałem obok, zauważyłem, że Turcy płacili normalnie, niezależnie od wafelka. Taka sytuacja. Nie muszę Wam mówić, ile bluzgów i niecenzuralnych słów poleciało pod adresem tureckich handlarzy wszelakich. Oczywiście kwota, którą Ala dopłaciła, nie była wysoka, ale chodzi o sam fakt.
Straszne jest to, że handlarze (nie wszyscy) potrafią „skroić” przyjezdnego tylko dlatego, że ma jasną karnację. Czujemy spory niesmak z powodu takiej sytuacji. Mamy kolejną lekcję handlu z tutejszymi.
Pakujemy się na prom. Sama podróż mija błyskawicznie. W pewnym momencie na pokładzie dwóch gości zaczyna grać na jakimś instrumencie i śpiewać pieśni. Oczywiście nic za darmo – po występie jeden z nich robi rundę z kapeluszem i zbiera kasę.
Docieramy na ląd i pakujemy się do metra. Kilkanaście minut i jesteśmy w naszej dzielnicy. Robimy jeszcze ostatnie zakupy – już w sklepie z normalnymi cenami – i wracamy na kwaterę. Jesteśmy zmęczeni i, jak to w Stambule, odczucia co do dzisiejszej wycieczki mamy skrajne. Z jednej strony – dzień super: fajny spacer, przepiękne widoki, całkiem inny klimat niż w Stambule. Z drugiej – Turcy, którzy widzą w Tobie tylko bankomat, z którego chcą wyciągnąć jak najwięcej kasy. Cóż, taki tu klimat. Cały czas się uczymy i już myślimy, że gdy wrócimy do Stambułu z dzieciakami, nasza wycieczka i pobyt będą wyglądały już całkiem inaczej.
Kładziemy się spać w naszym kuchennym pokoju. Przed snem układamy plan na nasz przedostatni dzień w mieście. Plan jest mało ambitny: chcemy zobaczyć cysternę bazyliki – czyli must have Stambułu – a potem coś wymyślimy. Przykładam głowę do poduszki i momentalnie zasypiam.

CDN…

Zostań PaTrOnEm bloga Zmysłami przez Świat. Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl  

Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem 😉  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat 

Do moich Patronów i kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży

Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !