Po drugiej stronie Bosforu

Ostatni dzień w Stambule zaczynamy ostatnim śniadaniem — i dzięki Bogu. Mimo dużej sympatii do pani, która je przygotowuje, kolejny poranek z dokładnie tym samym menu złamałby chyba każdego 😉
Wstajemy wcześnie. Nauczeni doświadczeniem postanawiamy zaatakować Hagię Sophię o poranku, zanim pojawią się tłumy turystów i długie kolejki do kas oraz wejścia.
Zgodnie z naszym rytuałem po śniadaniu obowiązkowo kawa w pobliskiej kawiarni i coś słodkiego na start. Znanymi już uliczkami ruszamy w stronę meczetu. Na miejscu spotyka nas miłe zaskoczenie. Pierwszy dobry znak pojawia się przy Błękitnym Meczecie — ludzi niewielu, kolejek brak. Myślimy: jest dobrze. Może tym razem w końcu uda się wejść do Hagii Sophii?
Mijamy Błękitny Meczet i stajemy przed Sofią. Uśmiechy nie schodzą nam z twarzy — zwiedzających jest jak na lekarstwo. Nasze morale rośnie jeszcze bardziej, gdy zauważamy, że ceny biletów podane są w tureckiej walucie, a nie w euro. Okazuje się, że weekendowe ceny obowiązują w euro, natomiast od poniedziałku płaci się w lirach. Oczywiście szybko studzimy entuzjazm i przeliczamy kurs. Cena w lirach idealnie odpowiada weekendowej cenie w euro. No cóż — inaczej być nie mogło.
Na szczęście ludzi jest naprawdę niewielu, więc zwiedzanie zapowiada się spokojnie. Ala kupuje bilety umożliwiające wejście na górne galerie. Na dół meczetu nie można zejść, ale to właśnie na piętrze znajdują się słynne freski z czasów chrześcijańskich.
Wchodzimy do środka. Trudno powiedzieć, czego się spodziewam — tyle się nasłuchałem o tej budowli, że liczę na efekt opadającej szczęki.

Widok z galerii rzeczywiście robi wrażenie, choć nie powala mnie na kolana. Szczerze mówiąc, Błękitny Meczet wywarł na mnie większe wrażenie. Z ciekawością oglądamy pochrześcijańskie graffiti 😉. Zastanawiamy się, czy podobne malowidła miałyby szansę przetrwać, gdyby to katolicy przejęli muzułmańską świątynię. Dochodzimy do wniosku, że raczej nie.

Obchodzimy świątynię dookoła, robimy kilka pamiątkowych zdjęć. Kolejna ikona Stambułu odhaczona. Co dalej z tak dobrze rozpoczętym dniem? Decyzja zapada szybko — metro. Po chwili wysiadamy po azjatyckiej stronie Bosforu, na stacji Üsküdar.
Już po wyjściu z metra czujemy różnicę. Kierujemy się do meczetu stojącego tuż nad wodą. Klimat jest zupełnie inny niż w części europejskiej. Mam wrażenie, jakbym trafił do innego miasta. Wszystko toczy się wolniej. Ludzie się nie spieszą, nigdzie nie czuć nerwowości. Przed knajpkami siedzą mężczyźni popijający herbatę, nad wodą miejscowi wędkarze spokojnie zarzucają wędki. Nawet ruch samochodowy wydaje się bardziej… normalny.

Trudno mi opisać to uczucie, ale w chwili gdy stajemy na azjatyckiej ziemi, ogarnia mnie dziwny spokój. Rano, podczas kawy, Ala wyczytała w elektronicznym przewodniku kilka polecanych miejsc po tej stronie miasta. Postanawiamy się ich trzymać.
Pierwszy na liście jest niewielki meczet nad samą cieśniną. Mała, ale bardzo klimatyczna świątynia. Spędzamy tam chwilę i ruszamy dalej. Kolejny punkt to Nevmekan Sahil — niepozorny budynek, w którym mieści się biblioteka połączona z kawiarnią. To lokalne centrum spotkań, miejsce wydarzeń kulturalnych i towarzyskich.

Po przekroczeniu progu jesteśmy pod ogromnym wrażeniem. Pięknie zaprojektowane wnętrze, zapach kawy i jedzenia, a w witrynach kuszące słodkości. Przyjemny chłód. Siadamy do stolika. Po chwili podchodzi kelner — młody chłopak, który nie zna ani słowa po angielsku. Gdy orientuje się, że rozmowa po turecku odpada, kieruje Alę do koleżanki.
Alicja zajmuje się zamówieniem, a ja korzystam z Wi-Fi i sprawdzam pocztę. Po chwili Ala wraca z informacją, że koleżanka kelnera wcale nie mówi po angielsku lepiej od niego. Na szczęście bariera językowa szybko znika — z pomocą Tłumacza Google i języka migowego udaje się zamówić.
Na stoliku ląduje kawa i ciasto. Kawa po turecku nie robi już większego wrażenia, ale ciasto… jest absolutnie epickie. Już po pierwszym kęsie wiem, że jeśli jeszcze kiedyś wrócę do Stambułu, przyjdę tu specjalnie na kawę i ciacho.

Po słodkiej przerwie postanawiamy obejrzeć resztę obiektu. Trafiamy do sali pełnej młodych ludzi zatopionych w książkach. Widok robi ogromne wrażenie. Dawno nie widziałem tylu osób w bibliotece — chyba od czasów liceum i wizyt w miejskiej bibliotece w Ostródzie. Zastanawiam się, jak dziś wyglądają takie miejsca w Polsce. Tutaj to miejsce naprawdę żyje.

Przy stoliku Alicja znajduje kolejną polecaną atrakcję. Około 30 minut spaceru stąd znajduje się ulica z charakterystyczną zabudową, którą warto zobaczyć. Skoro dotychczasowe rekomendacje się sprawdziły, nie ma się nad czym zastanawiać. Ruszamy w drogę. Przy okazji przejdziemy się przez mniej turystyczne rejony. Naładowani kofeiną i węglowodanami obieramy kurs na kolejną atrakcję.
CDN…
Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię.
Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem 😉  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat 
Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !