Sama plaża, na którą trafiamy ma wszystko czego potrzeba. Bary, toaletę, ratowników i sklep spożywczy na dworcu kolejowym oddalonym jakieś 400m. Rozkładamy nasze plażowe prześcieradło, które przywieźliśmy ze sobą z Polski i… ja zasypiam. Budzi mnie muzyka, którą raczą nas nasi ratownicy. Niestety gusta muzyczne nasze i ich są całkowicie rozbieżne.
Plaża jest prawie pusta- panuje święty spokój zakłócany od czasu do czasu przez ptactwo, które stara się wyżebrać coś na dziób. Taka porada z cyklu praktycznych. Nie dokarmiajcie tych plażowych ptaków, bo się od nich potem nie można opędzić 🙂 . Błogie plażowanie trwa może trzy godziny kiedy postanawiamy zwijać się do Lizbony.
Oczywiście przed wyjazdem fundujemy sobie mały spacer po Cascais. Miasteczko urocze z kilkoma ciekawie wkomponowanymi w nabrzeże miejskimi plażami. Niestety da się tu już wyczuć komercję i zdecydowanie nie są to nasze klimaty. Oczywiście zobaczyć warto, pospacerować, ale to tyle.
Generalnie drogo i jakoś tak mam skojarzenia z typowymi nadmorskimi kurortami w naszym kraju, gdzie no brakuje mi trochę takiej intymności i życzliwości dla turysty. Cascais słynie z tego, że wielu Portugalczyków ma tam swoje letnie rezydencje. Ala chce kupić kilka ceramicznych płytek, słynnych portugalskich Azulejo. Miały one być wkomponowane nad otworem drzwiowym w naszej łazience. Spacerując szukamy jakiegoś sklepu czy straganu z takim asortymentem.
W końcu trafiamy na taki mały sklepik i tu wielkie rozczarowanie. Ala podejmuje rozmowę ze sprzedawcą na temat kupna kilku sztuk, ale jak sprzedawca zaczyna przewijać, że jedna płytka kosztuje 10€, bo to antyk to odechciewa się nam wszystkiego. Odpuszczamy temat, bo generalnie szykujemy się na odwiedzenie targu złodziei w Lizbonie. Tam jest szansa, że bez problemu kupimy płytki do naszej łazienki 😉 .
Do Lizbony wracamy pociągiem. Postanawiamy, że na chatę idziemy na „pieszkę”. Na Placu Rosso Hubert zakomunikował nam, że ma potrzebę nr 1. Toalety publicznej nie ma w pobliżu, więc wchodzimy do restauracji CASA DAS BIFANAS i jak się okazuje spędzamy tam kilka miłych a w zasadzie smacznych chwil. Hubert załatwia swoje potrzeby, a my w tym czasie zamawiamy zajebistą bifanę za 2,30€, do tego wino ( oczywiście dla dorosłych).
Atmosfera w środku jest rewelacyjna. Mimo, że restauracja mieści się praktycznie w samym centrum przy Placu Rosso, to w wewnątrz siedzą przeważnie sami Portugalczycy. Oczywiście są też zbłąkani turyści, ale gołym okiem widać, że to knajpa lokalsów. Kelner uwija się jak w ukropie, ale wszystko co robi cechuje profesjonalizm i klasa. Mimo, że próchnica zżerała mu zęby strzela uśmiechy na lewo i prawo. Zna się gość na swojej robocie. Przyglądając się jego pracy twierdzę, że obsługa klientów w lokalach gastronomicznych to podstawa sukcesu. Zjadamy tam pyszny posiłek i idziemy do domu. Po drodze z Alą zachodzimy jeszcze do lokalu nieopodal kościoła Dominikanów, gdzie raczymy się kieliszeczkiem pysznej jingi. Tak na trawienie dla zdrowotności 😉 . Odpalam nawigację i kierujemy się na kwaterę. Ale jak to w Lizbonie, drogi proste raczej nie są. Nasza też wiodła rejonami, w których jeszcze nas nie było. Spacer naprawdę bardzo ciekawy. Miło było tak na spokojnie połazić poobserwować te boczne uliczki i życie w nich tętniące, sklepiki, place, parki, skwery. Spokój niestety nie trwa wiecznie. Hubert wszem i wobec komunikuje, że potrzeba wielka nakazuje mu przyśpieszyć kroku. Widać, po jego minie, że to nie są przelewki i każda chwila jest cenna. Przyspieszamy kroku i nawet nie wiedzieć kiedy znajdujemy się przy naszym domu. Mimo wcześniej zjedzonego posiłku Ali i mi spacer ulicami Lizbony zaostrzył apetyt. Komunikujemy dzieciakom, że zabieramy ich do Telheirinho de Arroios na owoce morza. Nasza propozycja nie znajduje uznania w ich oczach. W związku z taką postawą młodzieży, idziemy na późną kolację, a oni zostają w domu.
W restauracji siadamy przy tym samym stoliku co poprzednio. Kelnerka widząc nas od progu się uśmiecha. Miło jest być tak witanym. Człowiekowi od razu humor się poprawia i ma ochotę z tej restauracji już nie wychodzić. Do tego zapachy unoszące się z kuchni. No po prostu miód na nasze kulinarne serca. Nie wiem jak oni to robią, że mają takie podejście do klienta. Mi gdzieś w uszach kołaczą się słowa Magdy Gessler. Żeby prowadzić restaurację trzeba to kochać i trzeba kochać ludzi. Czasem zdarza się trafić do takiego lokalu pełnego miłości 😉 . Ma się wtedy wrażenie, że jesteś z wizytą u przyjaciół.
Zamawiamy owoce morza. Tym razem celuję w ośmiornicę, natomiast Ala atakuje kalmary. Jedzenie bez zarzutu. Jeśli będziecie gdzieś w pobliżu śmiało polecamy. Do tego lampka wina i kilka zdań zamienionych z szefem na temat piłki nożnej oczywiście, bo akurat w TV leci meczyk. Czego chcieć więcej. Popijając wino rozmawiamy o mijającym dniu. Nam się bardzo podobało i mamy nadzieje, że dzieciakom też, bo przede wszystkim im chcemy pokazać Lizbonę i zarazić ich miłością do tego niesamowitego miasta. Przed snem postanawiamy że skoro świt polecimy na Targ Złodziei. Zapolujemy tam na lizbońskie kafelki, płyty winylowe i co tam jeszcze uda się wypatrzyć 😉 .
Jak było na Targu Złodziei ? Czy udało nam się kupić kafelki do łazienki ? Co jeszcze przyniesie nam kolejny lizboński dzień ? O tym w kolejnym poście.
CDN…







