Plażing w stylu greckim

Otwieram oczy szczekając zębami.  Jest mi zimno, cholernie zimno! Półprzytomny zakładam bluzę. Dotykam swoich stóp – są jak dwa sople lodu. Po omacku szukam skarpetek, które wsuwam na stopy. W głowie mam jedną myśl: „Co to za jakaś masakra!” Jesteśmy w Grecji latem, a ja marznę jak żołnierz zimą w okopie. Kiedy wciągam bluzę słyszę dochodzący z góry charakterystyczny szum. Dosłownie w sekundę odzyskuję jasność umysłu. Jestem jak Neo wyrwany z matrixa ???? Trzymając się poręczy idę na piętro. Spoglądam w stronę wiszącej pod sufitem klimatyzacji. Dioda urządzenia świeci na zielono. Teraz wiem, dlaczego na dole panuje taka „kosta”. Po ciemku lokalizuję pilota i klnąc pod nosem naciskam przycisk stop. Dioda zmienia kolor na czerwony. Urządzenie milknie. Teraz mogę spokojnie wrócić do wyrka. Kiedy się kładę nadal nie dowierzam, że ubrałem bluzę i skarpety. Zakładam kaptur na głowę i zasypiam.
Kiedy rano otwieram oczy widzę, że Ala jest już na nogach. Dzieciaki za to jeszcze okupują swoje łóżka. Pytam się Alicji czy też zmarzła. Przez chwile rozmawiamy o tym jak to się mogło wydarzyć. Kiedy zasypialiśmy klima była wyłączona. Pytam się młodych czy oni też zmarzli?  Hubert z rozbrajającą szczerością odpowiada, że w nocy było im tak gorąco, że musiał uruchomić chłodzenie. Teraz wiadomo, dlaczego w naszej sypialni powiało zimą. Musimy opracować jakiś sposób użytkowania tego urządzenia, żeby oni na piętrze mieli odpowiedną temperaturę do spania, a my na dole żebyśmy nie musieli ubierać ciepłej odzieży do łóżka ????
Wakacyjna atmosfera udziela się wszystkim. Nigdzie się nam nie spieszy. Mamy czas na celebrowanie poranka – późnego poranka. Ala idzie do miejscowego sklepiku spożywczego, który znajduje się tuż za rogiem. Razem z młodymi przygotowujemy stół do śniadania. Wychodzę przed dom. Pogoda przepiękna. Na niebie nie zauważam nawet najmniejszej chmurki. Idealny dzień na plażowanie. Alicja z zakupów wraca przeszczęśliwa.
Opowiada, że najpierw poszła na kawę do pobliskiej kawiarnio – piekarni. Tam ucięła sobie krótką pogawędkę z lokalsami, którzy przy szklaneczce czarnego naparu celebrują początek dnia. Później zaszła do sklepu, zrobiła zakupy i poznała sprzedawcę. Mówi, że starszy pan zza lady właśnie udzielił jej pierwszej lekcji języka greckiego. Generalnie jest zachwycona atmosferą na wyspie. Bardzo się cieszę, że właśnie w taki sposób zaczynamy nasz pobyt na Skiatos.
Przy rodzinnym śniadaniu zastanawiamy się co dziś robimy? Oczywiście odpowiedź może być tylko jedna. Dzień spędzamy na plaży! Tylko teraz pytanie na której, bo na wyspie praktycznie w jakąkolwiek stronę się nie pójdzie tam trafia się na kąpieliska. Postanawiamy, że dziś ponownie skorzystamy z polecajki Spirosa i śmigniemy sobie na Megali Ammos. Nasz dom od tego miejsca dzieli dziesięciominutowy spacer. Miejscówka wydaje się nam idealna. Poza tym jak do tej pory to, co polecał nam nasz gospodarz za każdym razem było strzałem w dychę. Mamy nadzieję, że teraz będzie tak samo.
Po śniadaniu, bez jakiejkolwiek spinki wrzucamy do naszych plecaków maski do snurkowania, wodę, przekąski, ręczniki plażowe. Zwarci i gotowi wychodzimy z naszej kwatery. Spacerkiem mijamy kościół, przechodzimy koło spożywczego, kawiarnio – piekarni, gdzie dziś rano Ala uskuteczniała dialog między narodami Grecji i Polski. Słońce na niebie prezentuje się w całej swojej okazałości. Czuję się trochę tak jak wtedy, kiedy byłem dzieckiem i razem z moimi bliskim spędzaliśmy wakacje nad polskim Bałtykiem w Mikoszewie. Podobnie jak teraz obładowani torbami szliśmy na plażę. Uczucie to potęguje się, kiedy wychodzimy z miasteczka i wchodzimy między drzewa. Nie jest to las, ale zapach jaki dociera do mojego nosa sprawia, że w mojej pamięci pojawiają się obrazy z dzieciństwa. Kiedy po drodze mijamy cmentarz śmiejemy się z Alą, że nekropolie są nieodłącznym aspektem naszych wojaży. Oczywiście znakomita część drogi wiedzie ulicami, z których rozpościera się kapitalny widok na morze i okalające zatokę wysepki.
Nigdy nie widziałem takich krajobrazów. Ala mówi mi, że wygląda to trochę jak w Chorwacji. Schodzimy z piaszczystej górki, mijamy pierwsze bardzo kameralne kąpielisko. Po kilku metrach przechodzimy przez restaurację, której stoliki ustawione są na tarasie, z którego rozpościera się kapitalny widok. Mimo, że dochodzi południe, to ludzi praktycznie nie ma wcale. Życie na Skiatos zaczyna się dość późno, co generalnie mi bardzo odpowiada ????
Z restauracji po schodach schodzimy bezpośrednio na piaszczystą plażę. Jestem wniebowzięty. Nigdzie nie widzę parawanów, za to na ograniczonej przestrzeni porozstawiane są parasole, pod którymi stoją leżaki. Idziemy przez kilka minut, szukając sobie miejsca do „zalegnięcia”. Zwracam uwagę na fakt, że jest tu bardzo czysto. Po kilku minutach spaceru docieramy do ostatniej strefy z parasolami i leżakami. 
Decydujemy, że tu wypożyczymy takie stanowisko dla dzieciaków, a my legniemy się na piaseczku. Rozglądam się za kimś kto czuwa nad tym biznesem. Widzę, że w cieniu krzaków na leżaku drzemie mężczyzna. Kiedy dostrzega nas swoim jednym otwartym okiem leniwie się podnosi. Podchodzi do nas z uśmiechem od ucha do ucha. Kasuje 20€ za dwa leżaki i parasol. Oczywiście nie obywa się bez kurtuazyjnej miłej pogawędki. Chociaż jestem tu zaledwie kilkadziesiąt godzin to zdążyłem się zorientować, że miejscowi lubią pogadać i potrafią wykorzystać do tego każdą okazję. Regulujemy należność, rozkładamy nasz plażowy ekwipunek i zaczyna się kilkugodzinne nic nierobienie. Cieszymy się ze słońca, wspaniałych widoków i ciepłego morza.

Plaża, na której się znajdujemy jest piaszczysta, jednak żeby wejść do wody trzeba przebić się przez kamienie małe i duże. Po godzinnym gniciu na ręczniku decyduję się zerknąć co tutejszy akwen ma do zaoferowania pod taflą. Z plecaka wyciągam maskę do snurkowania, wchodzę do wody i znikam na jakieś 40 minut. Czytałem przed przyjazdem, żeby nie nastawiać się na nie wiadomo jakie widoki. Faktycznie, mając w głowie obrazy kolorowej rafy z Egiptu, tutejsze podwodne życie jest dość ubogie co nie oznacza, że nudne. Snurkując wzdłuż brzegu napotkam na kilka rodzajów kolorowych rybek, jest też trochę roślinności. Cytując klasyka: „bunkrów nie ma, ale i tak jest zajebiście”.
Wychodzę z morza, kładę się na ręczniku i delektuję wszystkim co mnie otacza. Przy okazji obserwuję kolesia, któremu zapłaciliśmy za leżaki. Oboje z Alą zastanawiamy się czy on jest tu tylko pracownikiem? Czy może jest to jego interes? Jakkolwiek by nie było wydaje się nam na pierwszy rzut oka i na to jak postrzegamy jego pracę, że facet ma najlepszą fuchę na świecie. Cały dzień na leżaczku, w cieniu, co jakiś czas pójdzie się wykąpać i skasuje turystów. Śmiało można powiedzieć, że złota robota, tylko dzionek krótki. Tak to wygląda z jednej strony, ale kiedy się tak bardziej zastanawiamy nad jego fuchą, to dochodzimy do wniosku, że można tu oszaleć. Pierwszy tydzień takiej „roboty” – spoko. Drugi tydzień jeszcze jakoś ujdzie. Kiedy jednak sobie pomyślimy, że dzień w dzień przez kilka miesięcy przychodzisz na plażę i od rana do zachodu słońca praktycznie robisz to samo – taka perspektywa już tak kolorowo nie wygląda.
Kiedy schodzimy z plaży wskazówki zegarka zbliżają się do godziny 17.00. Postanawiamy, że idziemy na zakupy do największego marketu w Stolicy. Po 20 minutowym spacerze ulicami wyspy docieramy do sklepu. Szczerze mówiąc myślałem, że ten market będzie naprawdę duży. Tymczasem wchodzimy do środka. Powierzchniowo szału nie ma, ale za to na półkach towaru do wyboru. Kupujemy najpotrzebniejsze produkty. Zaopatrujemy się w greckie wino i śmigamy do domu. Kiedy docieramy na kwaterę czujemy, że ten dzień na plaży nas wymęczył, ale tak pozytywnie, wakacyjnie. Młodzież jako pierwsza zajmuje łazienkę. My w tym czasie robimy szybką kolację. Po wieczornym posiłku z naszej strony pada propozycja wieczornego wyjścia. Ta opcja totalnie nie spotyka się ze zrozumieniem ani Huberta, ani Marty, cóż…. Zostawiamy ich w domu i wychodzimy na wieczornego drinka oczywiście do „Bartuzi”. Przechodzimy przez dzielnicę portową, gdzie  wszystkie restauracje są już wypełnione po brzegi. Zastanawiamy się czy będziemy mieli miejsce, kiedy dotrzemy do lokalu. Sądząc po ilości turystów, którzy wylegli na ulicę może być z tym ciężko.
 Stajemy przed wejściem do restauracji. Dostrzegam kilka wolnych miejsc. Po chwili podchodzi do nas pracownica. Uśmiecha się i prowadzi do stolika. Zamawiam kieliszek wina, Ala prosi o lampkę czerwonej sangrii. Kelnerka przynosi zamówienie. To co Alicja ma w kieliszku wygląda imponująco. Biorę łyk i jestem zachwycony. W porównaniu do mojego czerwonego wina trunek w kieliszku Alicji wymiata. Postanawiam, że kiedy wpadniemy tu jutro porzucę tradycyjne wino bez żalu ????
Wracamy do domu, przebijając się przez zatłoczony port. Wszędzie słychać muzykę. W zasadzie to z każdej mijanej knajpki słychać inną nutę. Przed lokalami siedzą opaleni uśmiechnięci ludzie. Wcinają kolacje, piję trunki i szykują się na nocne parkietowe szaleństwa. Klimat wkoło iście wakacyjny. Cieszę się, że możemy tu być!
Kiedy wracamy do domu młodzi katują jakiś film. Ala kładzie się spać. Idę na górę i siadam na werandzie. Jest ciepło i mimo, że w porcie tętni życie to na naszej dzielnicy panuje spokój. Od czasu do czasu słychać tylko ściszone głosy turystów, którzy niczym zabłąkane na morzu okręty szukają drogi do portu.
CDN…
Zostań PaTrOnEm bloga Zmysłami przez Świat. Jeśli lubisz moją twórczość, wesprzyj mnie w rozwoju tego projektu. Nawet najmniejsze finansowe wsparcie będzie dla mnie dowodem uznania dla tego co robię https://patronite.pl/www.zmyslamiprzezswiat.pl  
Ja piszę, Ty stawiasz kawę, pijemy razem ????  https://buycoffee.to/zmyslamiprzezswiat 
Do moich Patronów i kawowych wspomożycieli co jakiś czas będą leciały artefakty z naszych podróży ???? 
Za okazane wsparcie z góry serdecznie dziękuję !