W oczekiwaniu na kolejne lądowanie dociera do mnie Ala z młodzieżą. Jestem ciekawy, jak oni zareagują na to, co za moment się wydarzy. Na horyzoncie dostrzegam już kolejną zbliżającą się maszynę. Uprzedzam ich, że będzie trochę huku i kapitalne widoki.
Ekipa zajmuje sobie dogodne miejscówki i przygotowuje się do zrobienia kilku zdjęć. Pilot maszyny British Airways z gracją przelatuje nad naszymi głowami i ląduje na pasie. Marta z Hubertem nie wykazują szczególnego zachwytu lotniczym widowiskiem – taki spektakl nie robi na nich większego wrażenia. Natomiast w oczach Ali dostrzegam delikatną fascynację.
Spoglądam na aplikację i stwierdzam, że czeka nas prawie godzina przerwy w lądowaniach.
Postanawiamy przeczekać ten czas w knajpce, obejrzeć jeszcze trzy lądujące samoloty i potem zdecydować, co dalej. Siadamy przy stoliku. Po chwili podchodzi do nas starsza, uśmiechnięta pani, która podaje nam menu. Oczywiście przez kilka minut debatujemy, co kto zamawia. Starsza pani ponownie się pojawia, by przyjąć zamówienie. Młodzi biorą soki, Ala wodę, a ja mam ochotę na piwo, tylko nie wiem, czy małe, czy duże. ????
Nagle, totalnie nieoczekiwanie, z ust kobiety płynie czysta polszczyzna: „Jeśli piwo, to tylko duże.”
Wszyscy jesteśmy w szoku. Kto by się spodziewał rodaczki w tym miejscu! Okazuje się, że starsza pani jest Polką. Rozmawiamy chwilę. Kobieta opowiada, że przyleciała tu na wakacje siedemnaście lat temu i tak się jej pobyt na Skiathos przedłużył. Wcale się jej nie dziwimy – ten kawałek Grecji jest naprawdę piękny.
W trakcie rozmowy dowiadujemy się, że udało nam się przybyć na wyspę dosłownie przed rozpoczęciem sezonu turystycznego, dzięki czemu nie ma tu jeszcze tłumów. Kobieta mówi, że za dwa tygodnie, kiedy sezon ruszy pełną parą, nie będzie tu gdzie igły wbić. Pytamy, kiedy najlepiej przylecieć na Skiathos. Okazuje się, że idealne miesiące na greckie wakacje to maj i październik. Kto wie, może kiedyś uda się nam wrócić właśnie w tym czasie.
Kończąc kawę i piwo, podejmujemy decyzję, że obejdziemy lotnisko i odwiedzimy plażę Xanemos Beach. To miejsce jest nie lada gratką dla fanów lotnictwa, bo tam, bezpośrednio nad głowami plażowiczów, startujące maszyny, na pełnej mocy silników, wzbijają się w powietrze.
Oglądamy jeszcze dwa lądowania i ruszamy w stronę Xanemos. Idziemy wzdłuż lotniska, kiedy Hubert zauważa, że obiekt praktycznie nie jest pilnowany. Teren całego portu jest ogrodzony, ale płot w większości jest już mocno zdezelowany. Nie ma żadnego problemu, żeby przedostać się na pas startowy. Standardy ochrony takich obiektów na Skiathos praktycznie nie istnieją.
Idąc ulicą, mijamy domki i farmy. Widoki są tu zupełnie inne niż w mieście – widzimy inne, bardziej wiejskie oblicze wyspy.
W pewnym momencie schodzimy z asfaltu i wchodzimy na wzniesienie, skąd rozpościera się kapitalny widok na dziką plażę i sąsiadującą z Skiathos wyspę Skopelos.
Mamy ogromną pokusę, żeby zejść ścieżką na dół i zostać tam, ale stwierdzamy, że skoro obraliśmy sobie za cel Xanemos, to tam idziemy.
Po kilku minutach docieramy na miejsce. Plaża jest zupełnie inna niż te, na których dotychczas byliśmy. Ukryta w zatoce, z kamienisto-piaszczystym brzegiem. Przed wejściem na plażę, przy drodze, stoi tawerna, gdzie można coś zjeść. Na tablicy przed knajpą napisane jest, że jeśli będziemy mieli ochotę, by posiłek przyniesiono nam na plażę, nie ma problemu. Na małym wzniesieniu stoi barak, który służy jako przebieralnia i miejsce, gdzie można napić się piwa. Przed nim, na jezdni, stoi kilka aut. Na samej plaży są dwa rzędy parasoli i to w zasadzie tyle – cisza, spokój, sceneria iście kameralna. Tuż obok, po prawej stronie, jest wzgórze, na które można się wdrapać.
Rozkładamy się pod parasolami i rozpoczynamy plażowanie, czyli kolejny standardowy dzień na wyspie. Oczywiście wskakujemy do morza, i tu niemiła niespodzianka – o ile woda jest czysta jak kryształ, to niestety na brzegu walają się plastikowe przedmioty.
Kilka metrów od nas pływa wielka plastikowa beczka. Co ciekawe, nikt się tym nie przejmuje. Jest facet, który skasował nas za wynajem parasola, ale żeby posprzątać brzeg czy wyciągnąć dryfującą beczkę – na to już nie ma siły. Szkoda, bo kąpielisko jest malowniczo położone, ale zaniedbane.
Kiedy ekipa chłodzi się w wodzie, korzystam z okazji i, by zapobiec powstaniu odleżyn, idę na sąsiadujące wzniesienie. Podejście na szczyt wiedzie udeptaną ścieżką wśród kwitnących na niebiesko krzewinek, pośród których jak opętane buszują niezliczone ilości pszczół.
Widok z góry zapiera dech w piersiach. Siedzę na skale i z tej perspektywy podziwiam plażę, zatokę, lotnisko. Kiedy odwracam głowę i spoglądam na morze, widzę kilka kameralnych wysp, a w oddali największą z nich – Skopelos.
Na szczycie spędzam kilkanaście minut, ciesząc się spokojem. Sprawdzam aplikację, według której za kilka minut maszyna serbskich linii lotniczych powinna rozpocząć procedurę startu. Cieszę się, że zrobię kilka zdjęć z tej perspektywy. Niestety, ku mojemu rozczarowaniu, start nie następuje. Zastanawiam się chwilę, o co chodzi, ale szybko o tym zapominam. Mimo że dobrze mi jest na górze – bo widoki są zacne, a wiatr przyjemnie wieje – decyduję się zejść. Zbliża się pora obiadowa. 
Łapię jeszcze kilka pamiątkowych kadrów i dosłownie po kilku minutach jestem już na ręczniku.
Wracamy do domu spacerowym tempem. Na kwaterze meldujemy się już dość późnym wieczorem. Dzieciaki nawet nie chcą słyszeć o wieczornym wyjściu. Ala idzie zrobić szybkie zakupy w lokalnym spożywczaku. Kiedy wraca, jest bogatsza nie tylko o artykuły spożywcze, ale i o kolejne greckie słówko, które nauczył ją sprzedawca. To już stało się swego rodzaju tradycją – każde zakupy to nowy zwrot do słownika. ????
Robimy szybką kolację. Młodzież odpala telewizor, a my z butelką wina logujemy się na werandzie naszego domku. Mimo że jesteśmy w centrum turystycznego miasteczka, to na „naszej” dzielni panuje cisza i spokój. Wznosimy toast za nasze greckie wakacje.
Pora kończyć ten dzień – zmęczenie daje się we znaki. Ala ucieka do łóżka, a ja jeszcze przez chwilę siedzę i rozmyślam, jak fajnie jest móc podróżować. Z zadumy wyrywają mnie głosy turystów dobiegające z dołu. Wychylam się ostrożnie i widzę, jak grupa ludzi z aparatami stoi pod werandą i fotografuje nasze suszące się na linkach ciuchy. Śmieję się do siebie, bo właśnie nasze „gacie” zostały uwiecznione na czyjejś fotografii z wakacji.
Jutrzejszy dzień spędzimy na plaży. Będzie to niemal pożegnanie z wyspą, bo pojutrze wracamy do domu. Cholera, czas zdecydowanie zbyt szybko tu mija.
CDN…