Kiedy tylko zdążyłem się rozpakować do domu jak petarda wpada Marta. Już od progu mówi nam, że wydarzyło się coś strasznego. Ala w jednej chwili robi się blada. Moje kolana uginają się do samej ziemi. Pytamy o co chodzi? Co się wydarzyło i gdzie jest Hubert? Marta mówi, że młody idzie powoli do domu. Podczas kąpieli stanął na Jeżowca. W stopie utkwił mu kolec!! No nie, to nie może być prawda!! To nie jest możliwe! Nasze wakacje nie mogą rozpocząć się w taki sposób! Wizja tego, co może być następstwem takiej sytuacji staje mi przed oczami. Widzę, że Ala jest bardzo zdenerwowana. Zastanawiam się co dalej robić? Jak wygląda stopa Huberta? Odruchowo szukam kartki z numerem telefonu do Spirosa. Na szczęście facet jest lekarzem. Pracuje w tutejszym szpitalu, więc w razie czego wspólnie ogarniemy jakoś ten problem. Kiedy czarne wizje przesłaniają nam oczy do domu wchodzi Hubert. Na nasze pytania co się stało, młody tłumaczy, że kiedy wchodził do morza poczuł ukłucie w stopę i zobaczył jeżowca. Mówi, że ma wbite coś czarnego i trochę go to boli, ale w zasadzie to prawie wcale. Zaczynam się zastanawiać o co chodzi? Młody siada na krześle. Oglądam jego stopę i faktycznie zauważam coś co za cholerę nie wygląda jak kolec jeżowca. Do tego jest tak małe, że praktycznie ciężko mi jest to dostrzec. Hubert wydrapuje ze swojej stopy ciało obce wielkości milimetra, może dwóch i w zasadzie jest po sprawie. Dużo hałasu o nic. Całe szczęście nic się złego nie wydarzyło. Więcej było w tej sytuacji paniki niż faktycznego zagrożenia. Kamień spada nam z serca. W momencie kiedy mówimy młodym, żeby się ogarnęli, bo idziemy na kolację, temat ataku jeżowca na Huberta umiera śmiercią naturalną. Po 5 minutach nie mówimy już o niczym innym jak tylko o tym, co kto zamówi i jacy to głodni jesteśmy ????
Wychodzimy z domu. Idziemy wąskimi uliczkami w poszukiwaniu restauracji, którą pokazywał nam i polecał Spiros. Po chwili spaceru trafiamy do naszego wieczernika. O dziwo jesteśmy pierwszymi gośćmi. Zajmujemy sobie miejsce. Rozglądam się dookoła. Knajpka jest genialnie klimatyczna. Mieści się w dwóch kamienicach stojących po dwóch stronach placyku, na którym poustawiane są stoliki. To wszystko kryje się w cieniu drzewa.
Lokal nazywa się La cucina di Maria. W karcie króluje włoskie jedzenie. Trochę jestem tym zdziwiony, ale Spiros uprzedzał nas, że tutejszą gastronomię zdominowali Włosi, którzy chętnie, szczególnie w weekendy, odwiedzają wyspę. Do stolika podchodzi uśmiechnięta kobieta, odbiera zamówienie. Po chwili przynosi nam zamówioną wodę i wino. Zrobiło się mocno biblijnie ???? .
Po około 20 minutach na blacie lądują nasze potrawy. Marta dostaje swoje spaghetti, Hubert tradycyjnie pizzę, Ala sałatkę grecką, natomiast dla mnie makaron z mulami. Wszystkie dania są naprawdę pyszne.
Nie mamy prawa niczego skrytykować. Rekomendacja Spirosa okazała się strzałem w dziesiątkę. Kiedy wcinamy nasz posiłek zauważam, jak stoliki w błyskawicznym tempie zapełniają się gośćmi. Wskazuje to na jedno, tj., że lokal ma swoją renomę i w zasadzie to się nie dziwię. Niebanalny wystrój, położenie, pyszne jedzenie i klimat. Za nasz pierwszy włoski posiłek na greckiej ziemi płacimy 72,30€.
Najważniejsze jest to, że jesteśmy bardzo zadowoleni i najedzeni jak mopsy. Kończąc obiadokolację jednogłośnie postanawiamy, że w trakcie naszego pobytu bankowo jeszcze raz zajrzymy do Marii ????.
Regulujemy należność i spacerem idziemy w stronę portu. Chcemy jeszcze gdzieś wyciągnąć młodzież, ale oni już na nic nie mają ochoty. Ten dzień, który spędziliśmy w podróży, lot, zwiedzanie wyspy z naszym gospodarzem, przygoda z jeżowcem i obfita kolacja sprawiają, że młodzi już tylko chcą iść do domu i najzwyczajniej w świecie odpocząć. Rozumiemy ich doskonale. Sami jesteśmy bardzo zmęczeni, ale jednocześnie nie chcemy tracić ani minuty. Po drodze na kwaterę postanawiamy, że złapiemy oddech i wyskoczymy jeszcze na drinka, sprawdzić koleją rekomendację Spirosa.
Wchodzimy do domu. Wewnątrz panuje przyjemny chłód. Młodzież odpala tv i ogarnia wifi. Natomiast my bierzemy szybki prysznic, wskakujemy w wieczorowe stroje i oznajmiamy dziatwie, że nam najzwyczajniej w świecie szkoda wieczoru. Marta z Hubertem patrzą na nas z niezrozumieniem. Ich argumentacja, że na wyspie będziemy tydzień i nie ma co się spieszyć, totalnie do nas nie trafia.
Słońce schowało się za horyzontem. Na naszej dzielnicy jest cicho i spokojnie. Kiedy jednak stajemy na wzgórzu prowadzącym do portu, obraz diametralnie się zmienia. Skiatos dopiero teraz budzi się do życia.
Schodzimy po schodach do portu. Mijamy lokale, które już wypełnione są ludźmi. Zewsząd dobiegają nas dźwięki muzyki. Nasze nosy wyłapują obłędne zapachy przygotowywanego jedzenia. Ludzie wypełniający restaurację są uśmiechnięci, opaleni, zrelaksowani. Do głowy przychodzi mi taka myśl, że my za kilka dni też osiągniemy taki stan. Pomoże nam w tym greckie słońce, piękne plaże, święty spokój i wino ???? .
Wchodzimy na promenadę portową. Jesteśmy pod wrażeniem tego, jak to wszystko wygląda wieczorem. Podświetlone restauracyjki i tawerny, leniwie bujające się na wodzie jachty i ładzie, mnóstwo ludzi. Dopiero teraz czujemy, że idealnie trafiliśmy w wakacyjny kierunek.
Idziemy wzdłuż wybrzeża, kierując się do restauracji mieszczącej się na mini półwyspie. W zamierzchłych czasach funkcjonował tam fort morski strzegący wejścia do portu. Lokal nazywa się Bourtzi . Zwracam uwagę, że goście siedzą przy stolikach ustawionych na tarasie, z którego rozpościera się kapitalny widok na oświetlony port. Stoimy przed wejściem, czekając na kogoś z obsługi. Po chwili podchodzi do nas uśmiechnięta pani. Ala pyta o miejsce dla dwóch osób. Kobieta prowadzi nas do stolika i tam zostawia. Dosłownie po chwili zjawia się przy nas kelnerka. Zamawiamy po lampce czerwonego wina. Wznosimy toast za nasze pierwsze greckie wakacje.
Magia miejsca, w którym jesteśmy jest niesamowita. Ktoś kto prowadzi tę restaurację zna się na temacie. Lokal jest fantastycznie położony. Grzechem byłoby nie wykorzystać takiego potencjału. Już na pierwszy rzut oka widzimy, że ktoś tu bardzo się stara, dba o najmniejsze detale, które stanowią o klimacie Bourtzi. To dziś jest druga rekomendacja Spirosa, którą sprawdzamy i jesteśmy zachwyceni. Osobiście zwracam uwagę na muzykę, która nam towarzyszy. Z wiszących na drzewach głośników delikatnie sączą się nuty wypełniając całą przestrzeń. Co najważniejsze, muzyka nie jest nachalna, nie dominuje miejsca. Jestem tym zachwycony. Czasem w polskich restauracjach spotykam się z tym, że albo to co płynie z głośników wszystko zagłusza, albo jest odwrotnie i ledwo co słychać. Często wręcz zniechęca do dłuższego pobytu w lokalu. Tu jest inaczej. Dźwięk i otoczenie idealnie się wypełniają. Do tego kapitalny widok i czerwone wino. Czego chcieć trzeba jeszcze? Niczego.
Rozmawiamy o tym, że jeszcze dziś rano jedliśmy śniadanie w Pradze, a teraz pijemy czerwone wino, zachwycamy się widokiem i atmosferą na greckiej wyspie. Oboje dochodzimy do wniosku, że jutro idziemy na plażę i przeleżymy cały boży dzionek. Nie będziemy robić nic! Tylko leżeć i pływać w morzu egejskim. Już teraz wiemy, że jutro będzie dobry dzień.
Kończymy naszą wizytę. Żegnamy się z lokalem i spacerkiem obchodzimy cypel dookoła. Wychodzimy centralnie przy porcie. Stajemy jeszcze na moment obserwując nabrzeże. Co ciekawe oprócz turystów w oczy rzucają się nam miejscowi, którzy wyszli na spacer ze swoimi rodzinami. Dzieciaki bawią się ze sobą, grają w piłkę. Dorośli dyskutują między sobą, paląc papierosy. Wszędzie, gdzie nie spojrzeć tętni życie.
CDN…

