Pięć pałaców i browar – część II

Zbieramy nasze tyłki z Miedzianki. Na szczęście deszcz przestaje padać. Siadamy na rowery i tym podjazdem, którym tu przyjechaliśmy pnąc się mozolnie pod górę, śmigamy w dół. Pędząc z góry zdaję sobie sprawę, że nabrałem takiej prędkości, że jeden błąd miałby fatalne skutki. W tym momencie jestem pełen podziwu dla zawodowych kolarzy. To z jaką prędkością i w jaki sposób w trakcie ścigania pokonują strome zjazdy jest mistrzostwem. Po przejechaniu około 11 kilometrów meldujemy się przy Zamku w Karpnikach.

Obiekt otoczony jest fosą, ma wieżę strzegącą wejścia do środka, co nadaje budowli zamkowego charakteru. W chwili obecnej na jego terenie znajduje się luksusowy hotel wraz ze SPA i restauracją. Widać, że  zainwestowano tam potężne pieniądze. Marek mówi, że cała inwestycja poszła pod kontem turystów z zachodu, a głównie obywateli Niemiec, którzy mają ogromny sentyment do Dolnego Śląska i bardzo chętnie odwiedzają ten region. Doskonale rozumiem naszych zachodnich sąsiadów. Też chętnie odwiedzam Dolny jak tylko mam okazję.
Z zewnątrz zamek imponuje wyglądem. Do środka nie wchodzimy zatem mogę się tylko domyślać, że jest wypas. Obchodzimy obiekt  podziwiając jego wygląd oraz to w jaki sposób jest utrzymana zamkowa zieleń. Wszystko zadbane – wdać, że właściciel zwraca uwagę na detale i to rzuca się w oczy. Oczywiście w zamku można zorganizować sobie imprezy okolicznościowe czy spotkania integracyjne. Czas nam umyka, bo czekają na nas jeszcze dwa pałace  i na końcu wypasiony kebab w Jeleniej Górze. Wsiadamy na rowery i wioooo. Tym razem do miejscowości Łomnica. Odległość to około 6 kilometrów. Mimo, że już trochę w nogach mamy, to ten dystans pokonujemy ekspresowo. Po drodze przepiękne widoki i co najważniejsze pogoda dla nas nadal jest łaskawa.
                Pałac Łomnica to tak naprawdę dwa obiekty pałacowe. Do tego dochodzi otoczenie tych budynków, na które składa się Lniany Dom Towarowy czyli po ludzku klimatyczny sklep z wyrobami lnianymi i innymi dobrami regionalnego rzemiosła. W pałacu oczywiście funkcjonuje hotel, restauracja. Do dyspozycji gości jest też szkoleniowa kuchnia ziemiańska i piekarnia. Funkcjonuje również muzeum pałacowe i ogród. Wszystko utrzymane w nienagannym porządku. Tu podobnie jak w Karpnikach widać, że ktoś zainwestował duże pieniądze i włożył tu swoje serce. Cieszę się bardzo, że są ludzie, którzy ratują takie obiekty od ruiny i zapomnienia. To ważne dla historii, kultury i dziedzictwa ludzi zamieszkujących te ziemie.
Żegnamy się z Pałacem w Łomnicy, bo czeka na nas Pałac na Wodzie. Nazwa intrygująca. Jestem ciekawy jak taki obiekt może wyglądać i czy faktycznie jest na wodzie. Czyżby gdzieś w pobliżu było jakieś jezioro, na nim wyspa, a na wyspie pałac? Hmm. Ten obiekt jest naszym ostatnim  „pałacowo-zamkowym” przystankiem  naszej rowerowej eskapady. Z Łomnicy jedziemy do Staniszowa, bo to właśnie w tej miejscowości jest zbudowany ten cały pałac na wodzie. Marek tak ułożył trasę, że „zaliczając” kolejne przystanki zbliżamy się do Jeleniej Góry. Powiem szczerze, że całodzienne pedałowanie powoli daje się we znaki. Jestem już trochę zmęczony no i oczywiście głodny. Mam mega wielką ochotę na obiad czy raczej obiadokolację 😉 . Staniszów położony jest praktycznie już na przedmieściach Jeleniej Góry, co mnie bardzo cieszy, bo szczerze mówiąc mam kryzys. W tym momencie mamy już przejechane tak koło 60 km. Jak dla mnie jest to spory dystans. Pałac na Wodzie w Staniszowie raczej pałacem nie jest. Budynek swoim wyglądem pałacu czy zamku nie przypomina. Bliżej mu do zabudowań dworskich niż pałacowych, no ale wiecie – pałac brzmi dumnie 😉 . Myślę, że nazwa przyciąga turystów i o to właśnie chodzi. Sam obiekt podobnie jak dwa poprzednie pięknie odrestaurowany, zadbany, otoczony zielenią. Na co zwracam uwagę to fakt, że stoi raczej przy wodzie- bezpośrednio przy zabudowaniach położone jest małe jeziorko nadające uroku i klimatu temu miejscu. W budynku oczywiście funkcjonuje hotel. Można tam też zorganizować sobie wesele. Jeśli ktoś z Was coś planuje to myślę, że  klimat byłby naprawdę dworski 😉 . Z uwagi na dość późną porę w Staniszowie gościmy dosłownie chwilę. Można powiedzieć, że z naszej strony następuje przysłowiowy „rzut okiem”  na tą miejscówkę. Szybko odhaczamy ją na naszej mapie rowerowej i śmigamy do domu. Jadę na oparach sił. Marek jeszcze ma w zanadrzu jedną atrakcję w Cieplicach, ale zgodnie stwierdzamy, że sobie to odpuszczamy i jedziemy prosto do Jeleniej na podobno pyszny i wypasiony kebab. Po drodze przejeżdżamy przez uzdrowisko Cieplice, które jakiś czas temu stały się częścią Jeleniej. Trasa wiedzie też przez mniej turystyczną cześć Jeleniej Góry, gdzie dominuje widok fabryk i zakładów pracy. Taka strefa przemysłowa. Generalnie bez szału. Jestem już naprawdę zmęczony, sił i motywacji do pedałowania dodaje mi tylko jedna myśl – kolacja. Jadąc  ulicami Jeleniej Góry obaj stwierdzamy, że dziś przejechaliśmy naprawdę kawał drogi. Jestem z siebie zadowolony. Trochę obawiałem się dystansu. Miało być około 50 km, a wyszło znacznie więcej. Wreszcie zajeżdżamy pod adres Grunwaldzka 41, gdzie mieści się nasza dzisiejsza jadłodajnia czyli Bistro Doner Kebab.
Marek jest pod wrażeniem tego miejsca, a raczej dań, które tam serwują. Parkujemy rowery i wchodzimy do środka. Pierwsze odczucie – super. Jasno, czysto przestronnie. Zapach jedzenia roznosi się po całym lokalu. Ludzi sporo. Część przy stolikach, a część w kolejce po zamówienia na wynos. Generalnie podczas naszego pobytu  drzwi Bistro się nie zamykają. W pewnym momencie dochodzę do wniosku, że na kebaby wpada tam chyba cała Jelenia Góra 😉 . Zresztą po zamówieniu jakie ląduje na naszym stole to się nie dziwię. Za ladą młoda uśmiechnięta kobieta, która uwija się jak w ukropie żeby wszystkich chętnych obsłużyć. Jestem pełen podziwu dla jej pracy, bo praktycznie nie odchodzi od lady. Wszystkim tłumaczyły, doradza, proponuje zestawy – słowem pełne zaangażowanie i profesjonalizm.
Nie wiem czy lubi swoją pracę, ale sprawia takie wrażenie i wydaje się być to szczere, a to w takim lokalu jest podstawą.  Marek zamawia mały kebab na talerzu, do tego po pysznym czeskim piwku. Początkowo trochę się dziwię, że bierze mały zestaw, ale wierzcie mi – na talerzu jest tyle, że to w zupełności wystarczy 😉 .  Jedzenie jest pyszne. Wszystkie składniki są świeże i dobrze doprawione. Do tego rozpływające się w ustach czeskie piwo, które jest zwieńczeniem rowerowej wyprawy.

Nasza eskapada zaczęła się w Kopańcu o godzinie 10.00, a zakończyła w Jeleniej Górze około godziny 18.00. Pogoda okazała się być  dla nas łaskawa, deszcz nas nie zmoczył. Łącznie przejechaliśmy 70 km. Zobaczyliśmy pięć pałaców – zamków. Zaliczyliśmy premie górską zdobywając Browar Miedzianka. Podziwialiśmy przepiękne widoki. Zjedliśmy epicki kebab. Generalnie spędziliśmy na rowerach super dzień. Mam nadzieję, że będziemy mogli to przy najbliższej nadarzającej się okazji powtórzyć. No i że może uda mi się wówczas przejechać magiczną liczbę 100 km. Jeśli będziecie wybierać się na Dolny Śląsk  to warto ze sobą zabrać bicykle. Naprawdę jest gdzie pojeździć 🙂 .