Nasz „nieoczywisty” urlop w Czechach dobiegał końca, co czuło się w kościach. Odkryte przez nas Morawy zaskoczyły. Brno, które było trochę na doczepkę, zachwyciło i stało się zapowiedzią powrotu. Tak postanowiliśmy z Dawidem, że koniecznie trzeba tu wrócić – na rowerach i koniecznie z opcją spływu kajakowego. Mikulov natomiast nieco rozczarował. W zasadzie nie wiem dlaczego. Może z powodu zbyt dużych oczekiwań, a może to, że pogoda była mało słoneczna? Poza tym w Mikulovie denerwowały nas tłumy ludzi i fakt, że tak trudno było wbić się do jakiejkolwiek restauracji na posiłek. I tak oto zaskoczeni Morawami planowaliśmy nasz powrót do domu:
Ostatniego dnia w drodze powrotnej postanawiamy zahaczyć o Pavlov. To nieduża miejscowość słynąca z małych klimatycznych zabudowań, w których miejscowi składują swoje wina i sprzedają je turystom.
Przy tych małych domkach stoją stoliki zachęcające do degustacji. W sezonie to miejsce tętni życiem i „winną” atmosferą. Ostatniego dnia chcemy pożegnać się z Morawami właśnie w Pavlovie. Jesteśmy tam przed południem. Całe miasteczko dopiero budzi się do życia. Na małych uliczkach w zasadzie nikogo nie ma. Urocze „winne” domki są pozamykane. Ulicą schodzimy w dół miejscowości mijając zabudowania jak z „Hobbita”.
W końcu natrafiamy na plac otoczony wkoło budynkami. Wygląda to na centrum Pavlova. Mieści się tam informacja turystyczna, gdzie spotykamy młodego, miłego Czecha, który po angielsku udziela nam informacji na temat miejsca w, którym się znajdujemy, oferując foldery informacyjne również w języku polskim. Dobrze wiemy, że Pavlov jest dla nas tylko na chwilę i że czas wracać do kraju. Choć powiem szczerze przelatuje nam przez głowę myśl, by przedłużyć urlop przynajmniej o jeden dzień.
Ostatecznie decydujemy o szybkim rekonesansie okolicy i powrocie do domu. Śpiesznym krokiem idziemy jeszcze nad położone w dole miejscowości jezioro Nove Mlyny i mieszczącą się tam przystań żeglarską.
Wspinając się z powrotem w kierunku zaparkowanego w mieście samochodu, natrafiamy na nowocześnie urządzoną restaurację, gdzie siadamy by coś wypić i złapać oddech przed jazdą autem. Obsługę lokalu stanowią młode dziewczyny. Dawid zamawia oczywiście kawę, ja natomiast decyduję się na lawendową lemoniadę. Lawendowa lemoniada – brzmi zachęcająco. Po krótkiej chwili na stolik zostaje postawiona szklanka z włożonym kwiatem lawendy i pękatą butelką oklejoną klimatyczną etykietą. Przez chwilę myślę, że to będzie moje rozczarowanie, bo liczyłam na ich miejscowy wyrób, a dostaję coś w butelce… Hm. Co za pomyłka! Napój okazuje się niesamowitym doznaniem smakowym. Przyjemnie schłodzony z wyraźnym i jednocześnie subtelnym smakiem lawendy. Szybko czytam etykietę i widzę tylko naturalne składniki. Odnajduję również kto jest producentem i stwierdzam, że powinniśmy mieć taką lemoniadę w Polsce. Zaczepiam kelnerkę i pytam o lawendowy wyrób. Dowiadujemy się, że lemoniadę można kupić jedynie od producenta, natomiast miejsce gdzie ją wytwarzają znajduje się około 15 kilometrów od Pavlova. Mój zachwyt musi być wyraźny, bo Dawid z rozbrajającym luzem stwierdza, że jak chcę to tam zajedziemy. A co?! Całe lekkie napięcie związane z drogą powrotną gdzieś ulatuje. Śmieję się łapiąc chwilę. W zasadzie dlaczego nie? Lubię takie niezaplanowane akcje, a poza tym taka lawendowa lemoniada będzie wspaniałym podarunkiem dla moich przyjaciółek. Wklepujemy w nawigację adres „Lavandia” Chranena dilna, Starovicky 350. No to jedziemy!
Starovicky jest miejscowością, gdzie znajduje się Lawendowa Farma. Oczywiście w drodze do domu nadrabiamy trochę kilometrów, natomiast to już nie ma znaczenia. Mam plan na oryginalne prezenty z naszego wypadu na Morawy, no i chcę zobaczyć to miejsce, gdzie produkują taki niesamowity napój. Miasteczko do, którego docieramy ma typowo małomiasteczkową zabudowę. Przeważają nowoczesne i „późno komunistyczne” budynki mieszkalne rozmieszczone przy ulicach. Samochód parkujemy na „trawnikowym” parkingu i idziemy tam, gdzie kierują się inni ludzie.
Tak oto bez problemów trafiamy do lawendowego sklepu, przed którym stoją stoliki z krzesłami, zachęcające do spróbowania lawendowych przysmaków. W środku napotykamy na sporą grupę klientów rozglądających się jak w amoku po asortymencie. Towar rozłożony jest na drewnianych regałach i skrzyniach. Rozglądam się i doznaję zakupowej zadyszki: poduszki z lawendą, lawendowe woreczki zapachowe do szafy, syropy i lemoniady lawendowe, magnesy z logo lawendowej farmy, fartuchy kuchenne… Ech! Co tu kupić? Oczywiście nie ograniczam się do lemoniady.
Dawid patrzy na mnie z tym męskim spojrzeniem, pytającym ile jeszcze czasu zabierze mi wybieranie? Jestem w raju! Zachwyca mnie rozmach tego ile można wyprodukować bazując na lawendzie. Cóż, lawenda kojarzy mi się z pasją, marzeniami i… niewymagającymi warunkami. Lawenda ma to do siebie, że wystarczy podjąć decyzję i przejść do działania. Reszta dzieje się sama. Zaczynasz od posadzenia jednej rośliny, a potem masz już całe poletko. Po czasie krzewinki nachodzą na siebie szukając sobie życiowej przestrzeni. Generalnie lawenda nie wymaga żyznej gleby. Najlepsza jest przepuszczalna, a nawet piaszczysta. Potem słońce i dostarczana od czasu do czasu woda robią swoje. Masz swoją lawendę. Następnie przycinasz ją początkowo na mały bukiecik, potem dla znajomych. Po czasie pakujesz do woreczków i zawieszasz w szafie. Tak dochodzisz do ciastek z lawendą, lawendowych syropów i lemoniad zamawianych gdzieś na Morawach.
Wracając do lawendowej czeskiej farmy zachwyca mnie to, że ten przysłowiowy pierwszy krzaczek lawendy wystarcza, by stworzyć takie miejsce i tyle produktów, które cieszą jakością i swoją naturalnością. Myślę, że zachwyt udziela się nie tylko mi. Widząc wciąż nadciągających ludzi stwierdzam, że to miejsce i lawendowe produkty muszą być popularne nie tylko lokalnie.
I tak też kończymy nasz urlop na Morawach – lawendowo. Wymieniając się w samochodzie wrażeniami z naszego urlopu składam Dawidowi propozycję napisania na jego bloga postu o Pavlowie i lawendowej farmie. Godzi się z uśmiechem. Patrząc przez boczną szybę naszej starej Toyoty na szybko uciekające winno-lawendowe krajobrazy postanawiam, że jeszcze tu wrócimy.
Ps. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że nad Pavlovem wznoszą się ruiny średniowiecznego zamku Divci Hrad. My tam nie doszliśmy, ale podobno widok z góry jest przepiękny. Poza tym blisko pavlovskiego yacht klubu mieści się Park archeologiczny. Tam też nie udało się nam zajrzeć. Może następnym razem 😉 .
THE END 😉





