Park zielony, nocne granie, kac, biblioteka czarodzieja – Porto do zobaczenia

Po wypitej kawie ze świeżą dawką kofeiny w organizmie postanawiamy, że przespacerujemy się w głąb dzielnicy. Jak magnes przyciąga nas kawałek zieleni, który znajduje się praktycznie po sąsiedzku z miejscem, w którym się znajdujemy. Wchodzimy na teren Parku Virtudes.
Fantastyczne miejsce z kapitalnym widokiem na Douro. Co ciekawe praktycznie w całości opanowane przez młodzież. Wszędzie ludzie siedzący pod drzewami na kocach, pijący wino, piwo. Jedni czytają książki, inni randkują a jeszcze inni imprezują. Zajmujemy sobie miejscówkę przy bardzo rozśpiewanej grupie młodych ludzi. Ich pieśni „nakręcane” winem wypełniają całą przestrzeń. Czujemy się jak na festiwalu portugalskiej piosenki młodzieżowej 😉 .
W takich okolicznościach kulturalnych spędzamy dobrych kilka chwil. Dziwimy się trochę, że Dorota nas tu nie przyprowadziła. Mamy małą satysfakcję, że sami odkrywamy taką perełkę. Rozglądając się dookoła dostrzegamy pewną budowlę. Jest to kopuła, którą mijaliśmy kilka dni temu jadąc uberem znad oceanu. Naszej czwórce wystarcza porozumiewawcze spojrzenie. Podejmujemy decyzję, że koniecznie trzeba zobaczyć, co tam faktycznie się znajduję. Lubię takie spontaniczne akcje, kiedy wychodzimy z domu, nie wiemy, co chcemy zobaczyć, gdzie iść. Super jest to, że wystarczy na coś spojrzeć i jeśli czujemy potrzebę to najzwyczajniej w świecie tam idziemy.  Wychodzimy z parku i obieramy kurs na tajemniczą kopułę. Po drodze razem z Markiem odbijamy zrobić szybkie zakupy. Konieczne jest uzupełnienia zapasów spożywczych. Dziewczyny idą na shopping do akurat mijanego sklepu. Natomiast Marecki i ja lecimy do najbliższej Pingo Doce. Lubię te portugalskie „Biedry”. Za co? Przeważnie na terenie większości sklepów jest biedronkowa kawiarnia. Można tam sobie usiąść i wypić małą czarną. Ale najbardziej lubię odwiedzać stoiska ze świeżymi rybami i owocami morza. Stoję chwilę przed ladą wyłożoną lodem.
Przyglądam się tym wszystkim leżącym tam stworzeniom. Można byłoby wyczarować z tych darów oceanu niesamowite dania. Widok całkowicie inny niż w naszych sklepach rybnych 😉 
Zakupy robimy w ekspresowym jak na nas tempie. Z załadowanymi plecakami docieramy do dziewczyn. Na ich twarzach widzimy uśmiechy. Ala tryumfalnie komunikuje, że kupiła super pasek i jest z tego powodu mega zadowolona. Generalnie wszyscy jesteśmy w znakomitych humorach. Zakupy zrobione, możemy teraz iść odkryć tajemnice kopuły.
Po kilkuminutowym spacerze docieramy do celu. Okazuje się, że nasza kopuła jest dachem hali widowiskowo – koncertowej o miło nam kojarzącej się nazwie Super Bock Arena.
W momencie, w którym tu docieramy orientujemy się, że przed obiektem odbędzie się dziś jakaś impreza artystyczna. Świadczy o tym rozstawiona scena i krzątający się przy niej ludzie z obsługi technicznej.  Na razie nic się na niej nie dzieje, ale wszelkie znaki na niebie mówią nam, że szykuje się tu koncert muzyczny.
Kiedy spacerujemy wokół hali dostrzegamy w oddali kolejną budowlę, którą z kolei widzieliśmy z pokładu statku płynąc po rzece. Konstrukcja  ta, to nic innego jak kamienna mini wieżyczka.
Okazuje się, że można na nią wejść. Ewidentnie pełni rolę punktu widokowego. Decyzja może być tylko jedna. Po chwili wdrapujemy się na jej szczyt. Najpierw dziewczyny, chwilę po nich my. Widok kapitalny, ludzi praktycznie zero. Nie ma ścisku, tłoku. Tę atrakcję mamy praktycznie tylko dla siebie. Monika w pewnym momencie mówi, że kiedy płynęliśmy statkiem i widziała to z pokładu to pomyślała sobie, że fajnie by było tu trafić. Proszę bardzo oto jesteśmy całym składem.
 Po sesji zdjęciowej schodzimy  kamiennymi schodami, znajdujemy sobie ławkę w parku. Idealne miejsce na chwilę odpoczynku. Czas upływa nam na rozmowach, śmiechu i oczywiście przy okazji planujemy nasz kolejny wspólny wyjazd. Jest tak sympatycznie, że nawet nie zauważamy jak robi się ciemno. Decydujemy, że idziemy w stronę domu, ale po drodze zajdziemy jeszcze na nabrzeże. Tam chcemy pożegnać się z miastem.
Przemykając przez „wieczorowe” Porto docieramy nad brzeg rzeki. W zasadzie to na miejsce prowadzi nas muzyka. Okazuje się, że na promenadzie rozstawił się zespół muzyczny. Rozsiadamy się na ciepłym asfalcie i najzwyczajniej w świecie razem z ludźmi, których nie ma zbyt wielu dobrze się bawimy. Kapela, której skład stanowią gitarzysta i perkusista gra utwór za utworem, same klasyki 😉W pewnym momencie wokalista prosi do siebie faceta, który stoi obok nas otoczony gronem swoich znajomych. Przedstawia go publiczności oddaje mikrofon. Gość zaczyna śpiewać. Ma niesamowity głos. Trochę podobny do Roda Stewarda. Mimo kilku potknięć wokalnych spowodowanych zapewne przez nadmiar wypitego wina jego występ wzbudza aplauz wśród publiczności. Niestety z uwagi na obostrzenia pandemiczne chwilę po godzinie 22.00 duet kończy swoje występy. Pełni muzycznych wrażeń i pozytywnych emocji zbieramy się do domu. Po kilku minutach meldujemy się na kwaterze. Ostatnie spojrzenie na Porto z naszego balkonu, kładziemy się spać. Jutro przyjdzie pora pożegnać się z tym niesamowitym miastem.
Wstaję z wyra, spoglądam przez okno i dociera do mnie, że to ostatnie chwile naszego urlopu. Samolot wzniesie się w powietrze po godzinie 15.00. To oznacza, że całe przedpołudnie mamy do naszej dyspozycji. Pierwsza tego poranka jednak wstaje Monika. Kiedy otwieram oczy jej nie ma już w mieszkaniu. Marek mówi, że poszła zobaczyć słynną księgarnie, która była podobno inspiracją autorki książki o Harrym Potterze. Kiedy kończy zdanie odzywa się  telefon Ali. Na łączach jest Monika. Informuję, że zajęła miejsce w kolejce. Na horyzoncie pojawia się szansa wejścia do środka tej turystycznej atrakcji.
Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, kiedy Ala się wyszykowała i popędziła do Moniki. Wykorzystując ten czas z Mareckim pakujemy nasze „klamoty”. Zaraz po dopięciu plecaków zabieramy się za balkon. Trzeba go uporządkować. Przez te kilka dni był naszym ulubionym miejscem w mieszkaniu 😉 . Sofę wnosimy z powrotem do pokoju, wyrzucamy śmieci. Zawsze staramy się pozostawić po nas porządek. Kiedy kończymy sprzątanie dziewczyny wracają z zaczarowanej księgarni Lello. Po odhaczeniu tej atrakcji mają mieszane wrażenia. Okazało się, że po pierwsze, na miejscu miały problem z kupnem biletów. Obsłudze ciężko było wytłumaczyć, że ktoś może chcieć kupić bilet tradycyjnie, nie przez internet. Po drugie, pomieszczenie biblioteki nie jest zbyt duże, więc najzwyczajniej w świecie było tłoczno.
Ala stwierdza, że Lello nie jest niczym nadzwyczajnym. Słowem podsumowującym, a nawet trzema, jest stwierdzenie, że to miejsce zdecydowanie „dupy nie urywa” Atrakcja typowo dla fanów Pottera.

Dopakowujemy walizki do końca i wychodzimy na śniadanie do pobliskiej kawiarni. Na miejscu ruch jest niewielki. Oprócz Pana z psem jest pusto. Dlaczego? Po prostu w Porto jest jeszcze wcześnie. Wszyscy jeszcze pewnie smacznie śpią 😉 
Kupujemy kanapki na drogę. Łyk kawy, który właśnie biorę jest tym, czego mi właśnie potrzeba. Po wczorajszej pożegnalnej nocy, śpiewach i wypitych kieliszkach Porto moje samopoczucie pozostawia sporo do życzenia. Mówiąc wprost mam takiego kaca jak z Porto do Warszawy. Trochę nawet jestem  przerażony tym, że będę musiał w takim niewyraźnym stanie wracać do domu. Oczywiście jak zawsze z moich ust pada uroczyste „nigdy więcej  przed powrotem” : ) .

Po śniadaniu wracamy do domu, zbieramy bagaże, upewniamy się, że nic nie zostawiliśmy. Zatrzaskujemy drzwi i wychodzimy. „Łapiemy ubera” na lotnisko. Po 30 minutach jazdy meldujemy się na terminalu. Odprawa, samolot, lądowanie w Warszawie. Wysiadamy z samolotu. Wszystko odbywa się jakoś tak bardzo szybko. Kurde, ciężko uwierzyć, że jeszcze kilka godzin wcześniej piliśmy kawę w miejscu z przepięknym widokiem na Douro. Po chwili oczekiwania przed terminalem podjeżdża po nas samochód. Wskakujemy do środka i jedziemy na parking. Tam pakujemy się do gangsterskiego fordzika Moni i pędzimy na Białołękę. Po drodze dostajemy informację, że Justyna już czeka na nas z kolacją. Marecki i ja mamy nadzieję, że nie przygotowała nam owoców morza. Marzy się nam schabowy 😉 .
W naszym warszawskim mieszkaniu meldujemy się grubo po 22.00. Kolacja jest królewska, bez owoców morza 😉 . Do późna siedzimy przy stole i opowiadamy Justynie o tym, jak to miasto nas zaczarowało.
Tak zakończył się nasz urlop. Pomysł na spędzenie go w Porto zrodził się 1 stycznia 2021roku. Mimo wielu komplikacji wynikających z pandemii udało się nam go zrealizować. Po tym jak Lizbona skradła mojej serce byłem raczej sceptycznie nastawiony do Porto, jednak kilka dni spędzonych w tym mieście okazało się genialnym czasem. Chcę szczególnie podkreślić, że podczas naszego całego pobytu czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Żadnych krzywych spojrzeń, zaczepek, dziwnych komentarzy czy szalejących kieszonkowców.  Dla fanów ryb i owoców morza to ziemia obiecana. Słońce praktycznie świeci tam zawsze (oczywiście latem). Samo miasto jest fantastycznie położone. Z jednej strony rzeka, która robi kapitalna robotę i scala aglomerację. Z drugiej strony ocean, który jest rajem dla plażowiczów i pasjonatów sportów wodnych. Do tego trzeba dodać jeszcze wiele unikatowych zabytków, które można podziwiać i oczywiście niesamowicie przyjaznych ludzi. Poza tym miasto jest idealna bazą wypadową do Doliny Rzeki Douro, którą po prostu trzeba zobaczyć.
Jeśli mogę jeszcze kilka słów?. Urlop, chociaż raz w roku bez dzieci jest błogosławieństwem. Będziemy kultywować takie wyjazdy. Zasługujemy na takie chwilę wytchnienia. Wszystkim nam one się po prostu należą  😉 .
Na zakończenie wypada mi tylko mieć nadzieję, że nasze podróże będą dla Was inspiracją. Pakujcie walizki, ogarniajcie urlop, zabezpieczcie na kilka dni Wasze pociechy i ruszajcie do Porto.   
Fim