Meldujemy się przy porcie i namierzamy restaurację rybną. W Stambule jesteśmy już szósty dzień, a jeszcze nie jedliśmy ryb ani owoców morza. No bo być tutaj i nie spróbować tych specjałów to wręcz grzech.
Przed lokalem, na ladzie i w skrzyniach, leżą ryby oraz inne stwory z morskich głębin, które miejscowi rybacy wyciągnęli dziś rano z otchłani. Mijamy ladę, którą co chwilę polewa wodą mężczyzna ubrany w gumowy rybacki fartuch. Do naszych nosów dociera obłędny zapach przygotowywanych potraw. W powietrzu miesza się aromat smażonej ryby, przypraw i morskiej bryzy.
Wnętrze lokalu przypomina mi trochę bałtyckie, komunistyczne smażalnie. Podobny wystrój. 😉 Mam pewne obawy, czy na pewno dobrze tu zjemy i czy rachunek nie przyprawi nas o zawrót głowy. Widok ludzi siedzących przy stolikach szybko mnie jednak uspokaja. Większość z nich to miejscowi, a to zwykle najlepszy znak, że trafiliśmy pod właściwy adres.
Siadamy przy stoliku i dosłownie po chwili podchodzi do nas młody, uśmiechnięty kelner. Pyta, na co mamy ochotę. Oczywiście na rybę, ale patrząc w kartę, nie mamy pojęcia, co wybrać. Prosimy o chwilę do namysłu. Ala studiuje menu, a ja korzystam z okazji i zmykam do toalety.
Kiedy wracam, zamówienie jest już złożone. Będą ryby, ale jakie? Któż to wie? Nasz gospodarz coś nam polecił i zapewnił, że będziemy zadowoleni. Ala z entuzjazmem opowiada mi o ich rozmowie i z wyraźną ulgą stwierdza, że tutaj raczej nikt nie będzie próbował nas naciągnąć. 😉
Po chwili na stół wjeżdża ogromny talerz smażonych ryb, świeży chleb i sałatka. Wszystko pachnie obłędnie. Ryby są soczyste, doskonale doprawione, a dodatki idealnie dopełniają całość. Zajadamy się tak, że uszy nam się trzęsą.
W trakcie posiłku obserwuję człowieka, który nas obsługuje. Im dłużej na niego patrzę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to nie jest zwykły kelner. Musi być jednym z właścicieli lokalu albo przynajmniej kierownikiem sali. 😉 Nasza obiadokolacja znika w oka mgnieniu.
Po chwili podchodzi do nas i upewnia się, że wszystko smakowało. Zamieniamy kilka zdań, po czym prosimy o rachunek.
Z tego, co pamiętam, za ogromny talerz ryb i sałatkę płacimy w przeliczeniu około 120 zł. Dawno nie byłem nad polskim morzem, ale wydaje mi się, że za takie pieniądze trudno byłoby dziś dostać podobny zestaw.
Co ciekawe, podczas całego posiłku zauważyłem, że smażalnię odwiedzają przede wszystkim Turcy. To dla mnie najlepsza możliwa rekomendacja. Turyści często kierują się opiniami z internetu, ale mieszkańcy doskonale wiedzą, gdzie naprawdę warto zjeść. Jeśli lokal utrzyma ten poziom, przy kolejnej wizycie w Stambule na pewno tu wrócimy.
Mimo że jest już wieczór i wypadałoby wracać do hotelu, po tak udanej rybnej uczcie nie może zabraknąć kawy. Ala wyszukuje w internecie kolejną polecajkę. Tym razem jest to kawiarnia, z której okien ma rozpościerać się piękny widok.
Czemu nie? Skoro powoli żegnamy się z azjatycką częścią miasta, zróbmy to właśnie tam.
Kawiarnia znajduje się niedaleko parku. Po kilku minutach spaceru docieramy pod schody. Chwila wspinaczki i trafiamy bez pudła. Lokal nazywa się Peyadar. Wejście porośnięte jest kwiatami, które sprawiają, że miejsce wygląda jak stworzone do zdjęć na Instagrama.
Wchodzimy do środka. Wystrój jest orientalny, choć raczej nie powiedziałbym, że typowo turecki. Chłopak stojący za ladą odwraca się i posyła nam uśmiech. Już po jego rysach twarzy widać, że raczej nie pochodzi z Turcji. Zastanawiam się, skąd jest, i obstawiam któryś z azjatyckich regionów Rosji.
Zamawiamy kawę i schodkami wchodzimy na piętro. Ala, jak zwykle, wybiera cappuccino, a dla mnie przygotowywana jest specjalna kawa z mlekiem. Podchodzę do tego sceptycznie, bo na co dzień piję wyłącznie czarną. Z drugiej strony pomyślałem, że skoro chłopak poleca coś, co sam pije, to warto zaryzykować. Podróże są przecież po to, żeby próbować nowych smaków.
Na piętrze znajduje się niewielka sala z zaledwie kilkoma stolikami. Siedzi tam tylko jedna osoba, więc bez problemu wybieramy miejsce przy oknie. Rozpościera się stamtąd fantastyczny widok na Bosfor i pobliski meczet.
Siadamy, łapiemy oddech i po prostu patrzymy. Klimatu dopełnia nawoływanie muezina do modlitwy. Nie wiem dlaczego, ale przez chwilę ogarnia mnie dziwny spokój i zaduma. Dopiero pierwszy łyk kawy wyrywa mnie z tego stanu.
I wtedy wiem jedno — to był strzał w dziesiątkę.
Napój okazuje się wyjątkowy. Delikatny, lekko orzechowy i zupełnie inny od wszystkiego, co piłem do tej pory. Trudno opisać ten smak, ale już po pierwszym łyku wiem, że długo go nie zapomnę.
Spędzamy w Peyadar jeszcze kilka bardzo przyjemnych chwil. To idealne zakończenie naszego pobytu w azjatyckiej części Stambułu.
Kiedy wychodzimy, zagaduję chłopaka z obsługi i pytam, co właściwie przed chwilą wypiłem. Wystarczy jedno słowo i już między nami wywiązuje się rozmowa o mieście, kawie i lokalnych zwyczajach. Ala szlifuje swój angielski, a ja rosyjski. Dwa lata nauki w podstawówce jednak nie poszły na marne. 😉
Nasz rozmówca wyciąga wielką puszkę z czarnym proszkiem i pokazuje mi jej etykietę. Ta niezwykła kawa z mlekiem nazywa się Menengiç Yağlı Orijinal.
Po wymianie uśmiechów i kilku miłych słowach opuszczamy Peyadar. To właściwie koniec naszej przygody po azjatyckiej stronie Stambułu. Tym razem wybieramy prom. Kilkanaście minut później jesteśmy już po europejskiej stronie miasta.
Do hotelu docieramy bez żadnych problemów. Teraz tylko szybkie pakowanie, prysznic i do wyrka, bo jutro czeka nas powrót do domu.
Dźwięk budzika wyrywa nas ze snu. Jest bardzo wcześnie. Na tyle wcześnie, że w kuchni znajdującej się tuż za drzwiami naszego pokoju panuje głucha cisza.
Ogarniamy się w ekspresowym tempie i wychodzimy z hotelu. Kiedy przechodzimy przez pustą kuchnię, czuję pewną ulgę — dziś nie będę musiał jeść śniadania. Mimo że podczas całego pobytu wszystko było świeże i smaczne, monotonia tych posiłków zaczęła już odciskać piętno na mojej psychice.
Na stację metra docieramy bez żadnych problemów. Stambuł jest jeszcze pogrążony w głębokim śnie. Ulice świecą pustkami, lokale są pozamykane, a nawet taksówek prawie nie widać. Trudno uwierzyć, że za kilka godzin miasto ponownie wypełni się ludźmi, hałasem i nieustannym ruchem.
Podróż metrem na lotnisko przebiega spokojnie. Dopiero po wyjściu na końcowej stacji czeka nas niespodzianka. Przy wejściu do terminala stoi skaner, taki sam jak podczas kontroli bezpieczeństwa przed odlotem. Pierwszy raz spotykam się z czymś takim.
Stajemy w kolejce, kładziemy bagaże na taśmie i po krótkiej kontroli możemy wejść na teren lotniska. Kiedy mijamy bramki, dociera do mnie, że za kolorowymi ulicami, gwarnymi bazarami i turystycznym obrazem Stambułu kryje się także mniej spokojna rzeczywistość. Dodatkowe środki bezpieczeństwa nie pojawiły się tu przecież bez powodu.
Na lotnisku przechodzimy jeszcze standardową kontrolę bezpieczeństwa i meldujemy się przy bramce. Niedługo później zajmujemy miejsca na pokładzie samolotu. Po kilku niezwykłych dniach w Stambule wracamy do domu.
Patrzę przez okno i próbuję uporządkować w głowie wszystkie obrazy z ostatnich dni: zatłoczone ulice, nawoływanie muezinów, zapach przypraw, promy przecinające Bosfor, rozmowy z przypadkowo spotkanymi ludźmi i smaki, których wcześniej nie znałem.
Stambuł zostaje w mojej głowie i pewnie już zawsze będzie zajmował w niej szczególne miejsce.
Czy chciałbym tam wrócić?
Zdecydowanie tak.
To miasto jest trudne do porównania z jakimkolwiek innym. Inni ludzie, zupełnie odmienna kultura, zwyczaje i codzienność. Trochę chaosu, trochę magii i nieustanne poczucie, że za każdym rogiem czeka coś nowego.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się powrócić do tego niezwykłego skrawka świata nad Bosforem.
KONIEC








